Topinambur i warzywne bliny

8 Luty 2010

Zanim zaczniemy szaleć czekoladowo, powrócę jeszcze do tematu zimowych warzyw i pomysłów na ciekawe dania z ich udziałem. W książce Marii Elii o której Wam niedawno wspominałam znalazłam przepis na bardzo smaczne bliny warzywne. I choć regularnie robię podobne ‘na oko’ ;) tym razem postanowiłam zrobić je dokładnie wg tego właśnie przepisu (jedynie dressing zamieniłam na ‘mój’ i zrezygnowałam z topinamburowych ‘chipsów’ jako dodatek).
Jeśli nie dysponujecie topinamburem – wystarczy zamienić go (jak proponuje autorka) np. na pasternak lub… całkowicie pominąć, robiąc bliny w 100% ziemniaczane. Robiłam je już kilkukrotnie, zamieniając topinambur również na korzeń pietruszki i seler, zmieniając nieco proporcje warzyw, zamiast rozmarynu dodając inne zioła lub je pomijając. Każda wersja jest pyszna, warto więc nie zniechęcać się brakiem topinamburu np. i eksperymentować do woli.
Bliny te można też przygotować nieco wcześniej i podgrzać je w piekarniku tuż przed podaniem. Nam posmakowały również z ciepłym sosem z gorgonzoli zamiast winnego dresingu.

*

blinywarzywne

Bliny z topinamburem i ‘niebieskim’ serem

8-10 sztuk

350 g ziemniaków
400 g topinamburu
100 g mąki
80 ml gęstej, tłustej śmietany
2 łyżeczki musztardy (Dijon)
2 łyżeczki poszatkowanego rozmarynu
4 jajka
50 g masła (lub oliwy)
400 g ‘niebieskiego’ sera pleśniowego (np. gorgonzola)
sól, pieprz

dressing (na bazie tego przepisu)
1/2 cytryny (skórka + 2 łyżki soku)
3 łyżki oliwy z oliwek
¾ łyżki białego octu winnego
1 łyżka miodu
sól, pieprz

dodatkowo
1 gruszka
młode listki sałaty (np. rukoli) do dekoracji

Warzywa obrać, pokroić w kawałki i ugotować w wodzie (osobno) do miękkości. Przetrzeć je przez praskę, wystudzić. Następnie dodać mąkę, śmietanę, musztardę, rozmaryn oraz żółtka i dobrze wymieszać. Białka ubić, dodać do masy warzywnej i delikatnie wymieszać. Doprawić do smaku.

Masło rozgrzać na patelni, łyżką nakładać masę warzywną i smażyć placuszki na średnim ogniu ok. 2 min z każdej strony.

W tym czasie rozgrzać piekarnik/ grill. Na każdy placuszek nałożyć plaster sera i wstawić do piekarnika na kilka minut (aż ser zacznie się topić).

Gotowe bliny udekorować listkami rukoli i plasterkami gruszki, polać sosem, podawać natychmiast.

W oryginale autorka proponuje również zrobienie topinamburowych ‘chipsów’ : kawałki / plastry topinamburu (250 g) solimy i pieprzymy i smażymy w gorącej mieszance masła i oliwy (aż warzywa będą rumiane i miękkie). Do smażenia możemy dodać odrobinę świeżego tymianku lub rozmarynu.

*

Smacznego!

Czekoladowy Weekend – zaproszenie

2 Luty 2010

bannerczeko2010Już po raz trzeci mam przyjemność zaprosić wszystkich chętnych na kolejną edycję Czekoladowego Weekendu, w dniach 19-21 lutego.
Ten zeszłoroczny cieszył się olbrzymim zainteresowaniem, mam więc nadzieję że i w tym roku chętnych do wspólnej czekoladowej zabawy nie zabraknie. Tym bardziej, że – z tego co wiem – jest wśród nas wieeelu czekoladoholików ;)
Jeśli macie ochotę, zerknijcie również na podsumowania wcześniejszych edycji : 2009 – klik oraz 2008 – klik.
Ja już od kilku tygodni szukam kolejnych, czekoladowych inspiracji, testuję wybrane przepisy i jak zwykle trudno mi podjąć ostateczną decyzję… Mam jednak już kilku czekoladowych faworytów ;) I jak zwykle ciekawa jestem, co Wy wybierzecie na ten nasz wspólny weekend :)

Zasady zabawy są jak zwykle takie same : wystarczy przygotować coś z czekoladą w roli głównej, w dniach trwania Czekoladowego Weekendu opublikować przepis na blogu i przesłać mi linka do niego w komentarzach lub mailowo (klikając na ‘kontakt’ w prawym górny rogu). Znacznie usprawni to i przyspieszy przygotowanie czekoladowego podsumowania :)

Blogujących zachęcam również do umieszczenia czekoladowego bannera na swoim blogu (wystarczy skopiować poniższy kod html) :

Mam nadzieję, że chętnych do tej wspólnej zabawy i tym razem nie zabraknie!

Pozdrawiam bardzo serdecznie i raz jeszcze gorąco zapraszam :)

*

* * * * *

*

PS. Na koniec dodam jeszcze, że wczoraj w dosyć świeżym cyklu Gazety.pl - ‘Blog Tygodnia’ wspomniano również o mojej Kuchni; nie ukrywam, że zaproszenie do tego artykułu było dla mnie (i rzecz jasna nadal jest ;)) bardzo miłą niespodzianką. Zainteresowanych lekturą zapraszam tutaj – klik.

*

Warzywa sezonowe - zima

27 Styczeń 2010

warzywazima2Już od prawie roku noszę się z zamiarem zapoczątkowania pewnego ‘cyklu’ ;) Nie wiem, czy to dobry pomysł czy nie (liczę więc że napiszecie mi, co o tym sądzicie ;)), chcę jednak w miarę regularnie pisać tu o produktach sezonowych. Choć dziś w supermarketach można kupić praktycznie każdy owoc czy warzywo przez cały rok, to warto choć od czasu do czasu przypomnieć sobie o ich sezonowości i porach roku, w których dany produkt najlepszy jest jakościowo.

Jak pewnie już wiecie, jestem ‘za’ spożywaniem tego, co sezonowe. Zimą nie goszczą w mojej kuchni pomidory, cukinia czy szparagi lub truskawki z drugiego końca świata. Czy przez to zimą zionie kulinarną nudą? Nie! Bowiem dostępne zimą warzywa i owoce dają nam naprawdę spore pole do popisu.

Jak każdy chyba ‘tęsknię’ rzecz jasna za nowalijkami, za warzywami i owocami pełnymi letniego słońca. Nie jest to jednak dla mnie problemem, by uzbroić się w cierpliwość i na nie poczekać ;) Czy choinka cieszyła by nas tak samo, gdyby była przez cały rok? Czy w lipcu mogła by cieszyć tak jak w Boże Narodzenie? Mnie z całą pewnością nie. A czekanie na coś to też przecież swoista przyjemność :)

Poza tym, kupowanie niesezonowych produktów, które przemierzyły pół Europy (lub świata…), nie jest niczym dobrym dla ekologii. Jak pisałam kilka miesięcy temu (klik klik) - pamiętajmy, że transport importowanych produktów nie tylko kosztuje, ale przede wszystkim zanieczyszcza środowisko, dlatego naprawdę – kiedy tylko to możliwe – warto pokusić się o kupowanie tego, co produkowane lokalnie. Co do produktów niesezonowych, to wiemy już, że naszpikowane są duuużą ilością chemii, a smakowo również niewiele mają wspólego z tymi sezonowymi (bardzo ważna notka na ten temat również tutaj – klik klik). Nie jest to więc dobre ani dla naszego zdrowia, ani dla naszego portfela, ani dla naszych kubków smakowych ;)

Jakie więc warzywa mamy do dyspozycji zimą? Co Pani Natura ma nam teraz do zaoferowania? Wbrew pozorom – całkiem sporo :)
*
legumeshiver
*
Na powyższym zdjęciu widnieje tylko część zimowych warzyw (wszak samych kapust mamy kilka rodzajów... ) ale z tego co widać, jest w czym wybierać. Choć wiem oczywiście, że w pewne warzywa nie zawsze łatwo jest się zaopatrzyć, tym bardziej że nie wszyscy niestety mamy własny ogródek (nad czym ja osobiście bardzo ubolewam…;) ).

Przejdźmy  do konkretów.

W naszym zimowym koszyku warzyw znaleźć możemy :

- przede wszystkim ziemniaki! Których z całą pewnością nigdy nie brakuje w naszych kuchniach ;) Ta niezwykle wszechstronna bylina gości na naszych talerzach pod wieloma postaciami : zupy, sałatki, puree, placki, pierogi, zapiekanki, tarty, chleby a nawet ciasta! (tak, tak – zerknijcie proszę do Tatter ;)) są dowodem na niesamowitą wszechstronność ziemniaka. Jak pewnie wiecie, istnieje kilka tysięcy jego odmian (w Peru utworzony został największy na świecie bank genów ziemniaka – szczegóły dla zainteresowanych tutaj – klik).

- marchewka - prócz tradycyjnej pomarańczowej również np. żółta i fioletowa. To warzywo nie potrzebuje chyba dodatkowych rekomendacji. Dodam więc może tylko, że świetnie smakuje np. z dodatkiem sezamu (ziaren lub oleju), także z kuminem lub kardamonem. Czy to w zupie, w surówce, czy w puree (na przykład tutaj – klik), czy nawet w cieście (jak w tym oto szwajcarskim marchewkowym – klik) – sposobów na jej przygotowanie mamy naprawdę sporo.

- korzeń pietruszki i pasternaku, z których również można wyczarować wiele wspaniałości; pozwolę sobie przypomnieć Wam ten oto ostatni pasternakowy wpis - klik, a przy okazji polecam Wam również świetny pomysł na pietruszkę Truskawkowej Ani :)

- seler – nie tylko jako dodatek do rosołu ;) Wspaniale smakuje np. zupa-krem z selera lub selerowe puree; jakiś czas temu jadłam też seler smażony w cieście naleśnikowym : ciasto nieco gęściejsze niż na tradycyjne naleśniki, dobrze przyprawione do smaku – u mnie bardziej na ostro; następnie bardzo cienkie plasterki selera obtaczamy w cieście i smażymy kilka minut z każdej strony, pycha! Poza tym możemy też ‘ożenić’ seler z imbirem czy orzechymi laskowymi, lub podać go w formie surówki np. z sosem ‘rémoulade’.

- buraki – pyszne również na surowo z dodatkiem wyrazistego sosu. Polecam też buraki pieczone, niesamowicie bowiem zyskują one na smaku; można użyć ich do sałatki, do tarty, do wszelakich przekąsek, można też zrobić z nich pyszną ‘pastę’ – na przykład do kanapek. Buraki świetnie czują się w towarzystwie koziego sera i orzechów, a także… czekolady! Tym, którzy jeszcze tego połączenia nie kosztowali, polecam np. ciasto przetłumaczone (i przetestowane ;) ) dla nas przez Polkę – klik.

- zimą królują również warzywa z rodziny kapustnych; kapusta biała, czerwona, jarmuż, brukselka (która u mnie akurat nie gości ;));  należące do tej grupy brokuły i kalafior niestety kończą swój sezon już na poczatku zimy. Traktowana nieco po macoszemu kapusta jest niesamowicie zdrowym warzywem. Zawiera sporo witaminy C i E, a także żelazo, magnez i miedź. Podobno zjadanie kapusty surowej, kiszonej lub gotowanej tylko raz w tygodniu może zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka jelita grubego o ponad 60%.
Tymianek, cząber, majeranek czy kminek zapewnią kapuście świetne towarzystwo.

- por to kolejne warzywo, które często gości zimą w mojej kuchni; uwielbiam na przykład porową zupę-krem z dodatkiem ziemniaków, czosnku i kuminu. Często mieszam lekko podduszonego pora z innymi, mniej wyrazistymi warzywami i używam go jako farszu do tart, pieczonych pierożków czy też – z dodatkiem soczewicy lub quinoa – do warzywnych kotlecików. Imbir, tymianek, orzechy czy gomasio również będą tutaj pasować. Całkiem niedawno po raz pierwszy jadłam pora z sosem z awokado i muszę przyznać, że było to dosyć ciekawe smakowo połączenie.

- cykoria - endywia oraz sałatowa (sałatowa to ta koloru bordo w dolnym lewym rogu), nadaje się nie tylko do sałatek, lecz również do gotowania i zapiekania. Pamiętajmy jednak, że jej białe części zawierają sporo goryczki, by się jej pozbyć należy więc je odciąć. Cykorię możemy poddusić kilka minut na patelni i serwować ją z lekkim sosem typu vinaigrette lub użyć jej jako farsz do tarty np. Możemy też ją zapiec np. pod beszamelem (np. każdą cykorię – możemy ją wcześniej lekko podgotować - zawijamy w plasterek szynki, zalewamy beszamelem, posypujemy stratym serem i zapiekamy). Jest to warzywo bogate w żelazo, magnez, wapń, potas i fosfor, warto więc włączyć je do naszego zimowego menu.

- rzepa (również czarna rzepa) oraz brukiew zdecydowanie rzadziej goszczą w naszej kuchni. Dawniej były to bardzo popularne warzywa, dziś jednak odeszły nieco w zapomnienie. Przyznaję, ich smak jest nieco specyficzny, jednak odpowiednio doprawione mogą przekształcić się w całkiem smaczne danie.

- topinambur to kolejne z nieco zapomnianych warzyw; bogaty w potas, fosfor, żelazo i tiaminę (witamina B1), w smaku przypomina nieco smak karczocha (dlatego też nazywany jest ‘karczochem biednych ;) ). Można spożywać go ugotowanego na parze, można robić z niego wszelakie zupy-krem czy zapiekanki. Chętnych odsyłam do nieco wcześniejszego wpisu - klik, gdzie wspominałam już o topinamburze (i gdzie znajdziecie np. przepis na zupę z jego dodatkiem)

*

*skorzonera

- skorzonera (czarna salsefia) to w Polsce chyba nadal dosyć rzadkie warzywo. Bogata przede wszystkim w witaminy z grupy B oraz w potas, wapń i magnez, w smaku przypomina nieco szparagi (często nazywana jest ‘zimowym szparagiem’). Obierając korzenie skorzonery umieszczajmy je od razu w naczyniu z wodą z dodatkiem soku cytrynowego, by warzywo nie sczerniało. Do obierania jej dobrze jest też zaopatrzyć się w gumowe rękawiczki, skorzonera bowiem wydziela mocno klejący się sok.
Możemy ugotować ją w wodzie (z dodatkiem soku z cytryny właśnie) lub na parze i podać z podobnym sosem jak szparagi. Możemy po ugotowaniu pokroić ją w plasterki i poddusić np. z dodatkiem czosnku, natki pietruszki, odrobiny papryki czy nawet orzechów laskowych. Możemy też przygotować z niej pyszną zupę – krem.
Zainteresowanym polecam również wpis Komarki o skorzonerze, dodatkowo okraszony pięknymi zdjęciami :)

*
roszponkaklaytonia
*
- z typowo zimowych sałat mamy aktualnie do dyspozycji roszponkę (na zdjęciu po prawej) oraz klajtonię przeszytą - Claytonia Perfoliata – (na zdjęciu po lewej). Obydwie zawierają bardzo dużo witaminy C (o wiele więcej niż tradycyjna sałata) szczególnie zimą więc są one bardzo cenne dla naszego organizmu. I roszponkę i klajtonię możemy konsumować również lekko podduszone (jak świeży szpinak) lub w formie zupy-kremu (pyszna!).
O klajtonii wspominałam Wam jakiś czas temu, a propos jej ‘letniej’ wersji (wpis tutaj – klik).

*

Nadal też możemy jeszcze rozkoszować się niektórymi odmianami dyni (przynajmniej teoretycznie, w praktyce bowiem nie wszystkie sklepy czy stragany są teraz w nią zaopatrzone).
*

dyniapieczona

(zainteresowanych przepisami z dyni, których ominął ‘dyniowy festiwal’ zapraszam do lektury kilku wpisów m.in. tutaj; dodatkowo klikając na dyniowy baner na prawym pasku bloga traficie na spis wszystkich wspaniałych potraw przygotowanych przez uczestników Festiwalu)

*

Praktycznie każde z tych zimowych warzyw można przygotować na wiele sposobów. Mogą być spożywane w surówkach, gotowane, duszone, pieczone. Możemy zrobić z nich pyszną zupę, puree, kotleciki warzywne, tarty, zapiekanki, wszelakie warzywne omlety / frittaty, możemy też na przykład użyć ich jako farszu do pierożków (pieczonych lub gotowanych). W połączeniu z ryżem, kaszami, soczewicą czy quinoa – za każdym razem otrzymamy coś innego. Warto też eksperymentować z ziołami i przyprawami – wszak to one dodają potrawom wyrazistości i charakteru.

Warto też oczywiście korzystać z mrożonek czy domowych przetworów, by urozmaicić nasz zimowy jadłospis. Dobrej jakości przecier z dojrzałych latem na słońcu pomidorów wprawdzie ich nie zastąpi, ale z całą pewnością będzie smakował lepiej niż pomidory, które aktualnie kupić można w sklepie.

*

To tyle na dziś.

Ciekawa jestem, czy choć chęściowo Was przekonałam, że zimowe warzywa wcale nie są takie złe? ;)

*

Na rozgrzewkę :)

23 Styczeń 2010

Dziś już nie będzie warzywnie ;) Choć też będzie rozgrzewająco ;)

Ostatnio wspominałam Wam o przepisach z nowych książek, które miałam ochotę wypróbować. Jednym z nich były ciasteczka mocno imbirowe z książki ‘Gingerbread’ Jennifer Lindner McGlinn
Spodobało mi się i zdjęcie, i sama ich nazwa - Old-Time Gingersnaps :) Mam sentyment do potraw typu ‘old-time’… To trochę jak przenieść się w przeszłość, zamknąć oczy i wyobrazić sobie babcię przygotowującą takie pyszne ciasteczka dla roześmianych wnucząt; mały domek z kamienia z zielonymi okiennicami, drewniana, przytulna kuchnia, na środku olbrzymi, stary stół, a na nim obrus w czerwoną kratę. Niestety nie do końca pokrywa się to z moimi kulinarnymi wspomnieniami z dzieciństwa, gdyż babcia ciasteczek nie robiła, za to piekła chleb i pyszne, drożdżowe ciasta. Ale od czego mamy wyobraźnię, nieprawdaż? ;)

*
biscuitsgingmelasse3

*
Ciasteczka polecam przede wszystkim miłośnikom imbirowych i korzennych smaków. Konsystencją przypominają mi nieco szwedzkie ciasteczka kakaowe, o których wspominałam Wam dwa lata temu. Po wyjęciu z piekarnika bowiem są one jeszcze dosyć miękkie, za to mocno twardnieją podczas stygnięcia. Są lekko chrupiące i bardzo aromatyczne, a dodatek melasy nadaje im specyficznego posmaku. Ze zdumieniem stwierdziłam, że bardzo smakują dzieciom (‘przetestowałam’ na pociechach przyjaciółki ;) ). I Mariance (lat 2) i Michałowi (lat 9) barrrdzo smakowały :)

*

biscuitsgingembremelasse

Ciasteczka imbirowe w stylu retro ;)

Old-Time Gingersnaps

ok. 30 – 40 sztuk

2 szklanki mąki
2 łyżeczki sody
1/2 łyłeczki soli
2 łyżeczki imbiru w proszku
1,5 łyżeczki mielonego cynamonu
3/4 łyżeczki mielonych gozdzików
170 g roztopionego i ostudzonego masła
1 szklanka cukru (u mnie mniej, jasny cukier trzcinowy)
1/4 szklanki melasy
1 duże jajko

+ cukier do obtaczania ciasteczek

Wymieszać mąkę, sodę, sól i przyprawy w średniej wielkości misce.
W dużej misce wymieszać masło, cukier i melasę. Dodać jajko i dobrze wymieszać. Następnie mieszając stopniowo dodawać mąkę z przyprawami (powstanie dosyć miękkie ciasto). Miskę przykryć folią i wstawić do lodówki na minimum 2 godziny (lub na całą noc).
Piekarnik nagrzać do 180°C.
Z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczamy je w cukrze (u mnie również w trzcinowym) i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (w odległości ok. 5-6 cm – ciasteczka bowiem mocno się ‘rozlewają’ podczas pieczenia; jeśli w kuchni jest dosyć ciepło, wstawiajmy czekające na pieczenie ciasteczka w chłodne miejsce).
Pieczemy ciasteczka w środkowej części piekarnika przez ok. 10-12 minut (popękania nadal mają być wilgotne). Po wyciągnięciu z piekarnika pozostawiamy ciasteczka na blasze przez 1 minutę, następnie studzimy je na kratce.
(uwaga – ciasteczka mocno twardnieją stygnąc, z piekarnika należy je wyjmować jeszcze miękkie)
Przechowujemy w hermetycznym pudełku.

*

*    *    *    *    *

*

Miałam o tym nie wspominać, ale… ale był to na tyle miły akcent tych ostatnich dni, że i z Wami mam ochotę się nim podzielić ;) Otóż jak ‘doniosła’ mi w komentarzach Cafe ole (której serdecznie dziękuję za info…), tydzień temu w ‘Rzeczpospolitej’ ukazał się artykuł o blogach kulinarnych, w którym i o mojej skromnej Kuchni wspomniano ;)
Nie ukrywam, że było mi (i nadal jest! ;)) bardzo miło :)
To taki wirtualny prezent, więc tym bardziej dziś bardzo mnie on cieszy ;)

*

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę udanego weekendu!

*

A ja idę testować 'dietetyczny' cheescake z syropem z agawy między innymi ;)

*

Pasternakowy ‘gorący kubek’ :)

19 Styczeń 2010

Czy mogę Was jeszcze trochę pomęczyć pasternakiem? Mam nadzieję, że odpowiedź brzmi TAK! ;)
Mam bowiem jeszcze jedną jesienno-zimową zupę dla Was :) Zanim jednak przejdę do konkretów, cofnę się nieco w czasie, by nadrobić pewną zaległość…
Otóż w listopadzie zeszłego roku (a propos wpisu o zupie z pieczonych warzyw) obiecałam m.in. Feli i Mirabelce ‘porównawcze’ zdjęcie korzenia pasternaku i pietruszki, którego jednak do tej pory nie zamieściłam… Dziś więc mam ku temu idealna okazję ;)

Pasternak i pietruszka są do siebie faktycznie bardzo podobne, jednak patrząc na nie razem - łatwo jest zauważyć różnicę :
*
pietruszkaipasternak

*

Czyli?

Który jest który?

Wszyscy mają już poprawną odpowiedź? ;)

*

Po lewej stronie mamy korzeń pietruszki, po prawej zaś – pasternak (jest on równomiernie ‘wklęsły’ u nasady, korzeń pietruszki zaś wygląda u nasady na ‘rozwarstwiony’). Mam nadzieję, że zdjęcie to choć trochę pomoże Wam w rozróżnieniu tych dwóch wspaniałych, aromatycznych warzyw...
Kupując je – wybierajmy korzenie niezbyt duże, będą delikatniejsze w smaku i mniej ‘włókniste’.
Dodam jeszcze, że smak pasternaku jest nieco delikatniejszy od smaku pietruszki, lekko przypominający słodycz marchewki. Zawiera on sporo witaminy C oraz potasu, jest też bogaty w białko i błonnik. Wszystko to sprawia, że jest to bardzo cenne dla naszego organizmu warzywo, a przy tym smaczne i nadające się do wielu przeróżnych preparacji. Pasternak możemy bowiem konsumować na surowo, gotowany (w wodzie lub na parze) jako dodatek do wszelakich tart i zapiekanek, w formie purée, pieczony, duszony, smażony, jako dodatek do wszelakich warzywnych placków (z warzyw surowych lub gotowanch), a nawet jako… dodatek do ciast! Starty, spełnia tę samą rolę co marchewka (pod warunkiem rzecz jasna, że lubicie tego typu ciasta ;)).
Pasternak lubi się np. z kardamonem i imbirem, z otartą skórką z cytryny oraz z olejami o nieco intensywnym smaku – jak np. orzechowy, pistacjowy czy z pestek dyni. A niedawno posmakował mi również z kuminem i kolendrą :)
Oto szczegóły :
*

soupepanaispommepdet

Aromatyczna zupa z pasternakiem

2 łyżki oliwy z oliwek
1 cebula
500 g pasternaku
250 g ziemniaków
duże jabłko (ok. 220 - 250 g)
1,5 łyżeczki mielonego kuminu
1 łyżeczka mielonej kolendry
mały pęczek świeżej kolendry
sól, pieprz
ok. litr bulionu / wody

Cebulę poszatkować. Pozostałe warzywa oczyścić i pokroić w małą kostkę (lub zetrzeć na tarce na dużych oczkach).
Cebulę zeszklić na oliwie, następnie dodać kumin i kolendrę i chwilę jeszcze dusić. Dodać warzywa, zalać bulionem / wodą, doprawić i gotować ok. 20 minut. Natępnie dodać z grubsza poszatkowaną świeżą kolendrę i całość zmiksować. Doprawić do smaku.
*   *   *

Tak jak i poprzednią zupę, tę również przetestowałam z korzeniem pietruszki i muszę przyznać, że smakowała wybornie. To taki domowy, aromatyczny  ‘gorący kubek’, idealny na zimowy wieczór.
Mam nadzieję, że i Wam posmakuje :)

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

EDYCJA

Oczywiście zapomniałam o najważniejszym…

Chciałam bowiem serdecznie podziękować Cyrylli za wyróżnienie i za przemiłe słowa, przy czytaniu których ciepło się robi na serduchu :) I nawet wiedząc o tym, że ‘łańcuszek’ niestety przerwę, miała ochotę o mnie i do mnie napisać :) Tym bardziej więc mnie to cieszy :)
Wszystkim, którzy (jeszcze ! ! !) wirtualnego kącika Cyrylli nie znają – zapraszam do niej serdecznie; ja znalazłam u mniej między innymi inspirację na naszyjnik ( a nawet kilka ;) ) i powoli zbieram ‘materiały’ :)

Cyryllo, raz jeszcze bardzo serdecznie dziękuję!

*


Rozwiązanie zagadki ;)

16 Styczeń 2010

Okało się, że jednak dość dobrze mnie znacie :) Osoby, które obstawiały zupę oraz jakieś małe słodkości – miały rację! Dziś będzie właśnie o zupie, a o słodkościach już niebawem :)

cooking-with-applesPierwszy przetestowany przepis pochodzi z książki ‘Cooking with Apples and Pears’ Laury Washburn. Teoretycznie (i praktycznie ;)) chciałam znaleźć do przetestowania – jak to zasugerowali niektórzy z Was – jakiś przepis z dynią. Na zużycie czekało jednak kilka korzeni pasternaku, którymi należało się zająć w trybie natychmiastowym. Dlatego, gdy wertując książkę ujrzałam przepis na zupę z pasternakiem, stwierdziłam że jest to dobry znak ;) Tym bardziej, że zupa brzmiała dosyć oryginalnie, pasternak bowiem został ‘ożeniony’ z jabłkiem :) Próbowałam już kiedyś zupy-krem z selerem i jabłkiem, oraz z korzeniem pietruszki i jabłkiem. Teraz przyszła więc pora i na pasternak :)

Zupa ma bardzo ciekawy smak, o ile oczywiście lubi się tego typu połączenia. Tyle tylko, że na zdjęciu w książce zupa ma biały kolor, co rzecz jasna jest niemożliwe, jako że w przepisie widnieje curry ;) Ale to nic, dzięki temu później powstała druga zupa, którą zrobiłam już z innymi przyprawami i w nieco innej konfiguracji warzywnej i która posmakowała nam jeszcze bardziej. Ale o tym będzie już następnym razem ;)

*soupepanaispomme1

Zupa z pasternakiem i jabłkiem

2 łyżki oliwy z oliwek
1 mała poszatkowana cebula
1 łyżeczka curry
kilka łodyżek świeżego tymianku
450 g pasternaku*
1 spore jabłko (do gotowania / pieczenia)
1 ¼ litra bulionu (u mnie nieco mniej)
sól, pieprz
śmietana (crème fraîche) do serwowania + ewentualnie grzanki

*przepis przetestowałam również z korzeniem pietruszki

Pasternak i jabłko obieramy i kroimy w małą kostkę (lub ścieramy na tarce na dużych oczkach). Cebulę, curry i dużą szczyptę soli dusimy kilka minut na rozgrzanej oliwie (aż cebula zmięknie). Dodajemy tymianek i warzywa i dusimy ok. 5 minut (możemy dodać nieco oliwy). Następnie dodajemy bulion i gotujemy ok. 15-20 minut, po czym zupę miksujemy (ja zmiksowałam bez tymianku) i ewentualnie doprawiamy do smaku. Serwujemy z kleksem śmietany (w oryginale śmietana wymieszana z łyżką masła) i / lub z grzankami.

Smacznego!

*

Zimowo i książkowo

12 Styczeń 2010

Nareszcie i do mnie zawitał śnieg i prawdziwa zima :) Gdybym co rano miała wychodzić do pracy, to pewnie nieco mniej by mnie ona cieszyła, jednak aktualnie nie skarżę się (tym bardziej, że nie jesteśmy na szczęście ‘sparaliżowani’ tak jak niektóre regiony Europy czy Ameryki).
W taką pogodę jednym z moich ulubionych zajęć jest czytanie :) A że blog kulinarny, więc dziś słów kilka o ostatnich kulinarno-książkowych prezentach. Prezentach ode mnie dla mnie ;) Ale sobie też od czasu do czasu należy sprawić jakąś przyjemność, nieprawdaż? ;)

Pierwszą z nich jest książka ‘Cookies’ Marthy Stewart.
*

cookies2

(okładka francuskiego wydania różni się od tego oryginalnego;
muszę jednak przyznać, że francuska chyba bardziej mi się jednak podoba ;) ).

*

Już jakiś czas temu przeglądałam tę książkę w księgarni stwierdzając, że ‘kiedyś pewnie ją kupię’. I troszkę o niej zapomniałam. Kiedy jednak zobaczyłam (a raczej przeczytałam ;) ) że i Basia zachwala ją na swoim blogu (pamiętacie jej wpis o ciasteczkach z rumem?) stwierdziłam, że to pewnie znak, bym i ja się w ‘Cookies’ zaopatrzyła ;) Książka te jest ładnie i starannie wydana (jak chyba wszystko u Marthy ;) ), ciekawych przepisów jest mnóstwo, a wszystko okraszone jest pięknymi zdjęciami. Nic tylko czytać, a potem piec, piec i piec… ;)

By pozostać w tematyce ‘wypiekowej’ – dwie kolejne pozycje. Pierwsza niestety po angielsku (niestety, gdyż nie władam nim tak biegle jak francuskim…) :
*
gingerbread

Gingerbread: Timeless Recipes for Cakes, Cookies, Desserts, Ice Cream, and Candy - Jennifer Lindner McGlinn

*

Jak widać już po tytule, są to przepisy idealne na ten zimowy czas - z aromatyczną, korzenną nutą :) Są tutaj receptury na ciasta, ciasteczka, lody, wszelakiej maści desery, domki z piernika oraz… smakowite pomysły również na ‘korzenne’ śniadania :) Do tego serwowane nam jest piękna szata graficzna oraz apetyczne zdjęcia (niestety nie do każdego przepisu).

W podobnym klimacie utrzymana jest kolejna książka (tym razem już po francusku ;) ) :

*

ginger

Ginger cookies, pains d'épices & cie - Alice Hart, Yuki Sugiura

*

Przepisy i zdjęcia są bardzo apetyczne i tak jak w przypadku ‘Gingerbread’ – trudno zdecydować, od czego zacząć ;)

Kolejna z książek również utrzymana jest w jesienno-zimowych klimtach, są to bowiem przepisy z jabłkami i gruszkami w roli głównej : sałatki, zupy, słodkie wypieki, desery i przetwory.
Kilka przepisów już wypróbowałam, dwa z nich z pewnością już niedługo pojawią się na blogu :)
*
*
cooking-with-apples

Cooking with Apples and Pears - Laura Washburn

*

Zazwyczaj, przed kupieniem jakiejś książki kulinarnej, lubię ją obejrzeć w księgarni; rzadko kupuję coś bez uprzedniejszego wertowania. Z kolejną pozycją było jednak inaczej, zdecydowałam się bowiem na nią po słowach zachęty Kiiri na forum CinCin ;) I absolutnie nie żałuję! Jest tam sporo ciekawych pomysłów na wegetariańskie dania (tak jak pisała Kiiri – są to dania bardziej w stylu ‘gourmet’), książka jest bardzo ładnie wydana i jedyna rzecz, jakiej żałuję to fakt, że nie wszystkie przepisy są opatrzone zdjęciami. Ale i tak mi to nie przeszkadza ;) Poza tym bardzo lubię przepisy autorstwa Marii Elia (kilka słów o niej również tutaj)  i tym razem również się nie zawiodłam.
*

the-modern-vegetarian2

The Modern Vegetarian: Food Adventures for the Contemporary Palate - Maria Elia

*

I na koniec jeszcze jedna wegetariańska pozycja – Kuchnia wegetariańska świata (ponad 250 przepisów z międzynarodowym rodowodem)
*

cuisine-vegetarienne2

Cuisine végétarienne du monde - Celia Brooks Brown

(tutaj wersja angielska)

*

Jest to wydana w Kanadzie sporych rozmiarów, albumowa książka, z pięknymi zdjęciami i sympatycznymi przepisami, które miło się wertuje (i z pewnością równie miło pałaszuje już po przyrządzeniu ;) ). Dla takich wzrokowców jak ja, to bardzo przyjemna lektura :)

A w kolejce czeka już na opublikowanie kilka nowych przepisów (niestety po raz kolejny przekonałam się, iż zdjęcie obok książkowego przepisu nie zawsze do końca odpowiada samemu przepisowi ;) ). Ale to nic, potrawy są bardzo smaczne, a to przecież najważniejsze :)

A propos, może ktoś zgadnie jaki przepis (na jaki typ potrawy…) wypróbowałam na pierwszy ogień? Myślę, że trochę mnie już przecież znacie ;)

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

(Po)świątecznie

6 Styczeń 2010

Po świątecznym rozleniwieniu, powoli wracam do blogowego pisania, bardzo powoli…
Jak wspominałam wcześniej w którymś z komentarzy, święta nie są dla mnie tak do końca radosnym czasem, zawsze bowiem spędzam je bez części rodziny. Wiem, wiem, wszystkiego mieć nie można. Oczywiście co rok znoszę to lepiej, ale i tak zawsze jest trochę smutno. Jest to dla mnie również czas wielu przemyśleń, choć nie w sensie podsumowań czy noworocznych postanowień. Ot, trochę zimowo-świątecznej melancholii ;)

Dzisiejszy tekst miałam napisać już wczoraj. Czego rzecz jasna nie zrobiłam. Jak zwykle. I dziś pewnie niewiele już napiszę… Od ponad dwóch godzin bowiem walczę z okropną migreną :/ Pulsujący ból rozrywa skroń, światło bijące z ekranu komputera każe mrużyć oczy, trudno mi zebrać myśli. Dziś będzie więc krótko ;)

Jak może wiecie / pamiętacie, dziś – w święto Trzech Króli - w niektórych krajach Europy (a może i świata?) konsumuje się pewien tradycyjny wypiek, zwany (w wolnym tłumaczeniu ;) ) ciastem Trzech Króli. Już w poprzednich latach pisałam Wam o nim i prezentowałam jeden z przepisów na to ‘chałkopodobne’ tutejsze ciasto (zeszłoroczny przepis tutaj - klik, a nieco więcej o samej tradycji tutaj - klik). I tym razem nie mogło go u nas zabraknąć. Jedynym ‘ale’ był fakt, że… że zachciało nam się czegoś bardziej brioszkowego i mocno cytrusowego. Dlatego zamiast tradycyjnego przepisu, postanowiłam wykorzystać ten na naszą ulubioną brioszkę cytrusową i jedynie kształt ciasta pozostał tradycyjny ;) Czyli jedna większa kulka ciasta po środku i osiem mniejszych przyklejonych do niej bułeczek :) I oczywiście przynosząca szczęście figurynka oraz złota korona dla Króla! lub Królowej ;)
*
briochedesrois1

Tu jeszcze w całej krasie, z czekającą na Króla (lub Królową…) koroną :)

Brioszka cytrusowa

(dziś z 2/3 oryginalnej porcji)

330 g mąki
otarta skórka z 1 cytryny, z 1 małej pomarańczy i z 1 limonki
80 g miękkiego masla
2 jajka
letnie mleko
1,5 łyżeczki suchych drożdży
50 g cukru
0,5 łyżeczki soli

+ żółtko i 1 łyżka śmietanki do posmarowania

Jajka roztrzepać w miarce i dolać tyle mleka, by otrzymać 200 ml płynu. Mąkę wymieszać z solą. Dodać pozostałe składniki i wyrobić na gładkie ciasto (można zrobić to przy użyciu maszyny do chleba lub robota). Ciasto na początku jest dosyć lepkie, później jednak nie klei się już do ścianek miski. Po wyrobieniu ciasta przykrywamy je ściereczką i pozostawiamy do wyrośnięcia aż podwoi objętość (lub do końca cyklu ‘ciasto’ w maszynie). Następnie odcinamy ¼ ciasta i formujemy z niego kulkę, którą umieszczamy na środku arkusza papieru do pieczenia. Resztę ciasta dzielimy na 8 równych kawałków, z każdego formujemy kulkę i ‘przyklejamy’ je do wcześniej uformowanego środka ciasta. Przykrywamy i zostawiamy do ponownego wyrośnięcia na ok. 30-45 minut (ja przykrywam dużą misą, dzięki temu nie mam już problemu przyklejającej się do ciasta ściereczki ;) ).
Piekarnik rozgrzewamy do 200°C.
Żółtko mieszamy ze śmietanką i smarujemy ciasto. Możemy też posypać je kryształkami cukru.
Pieczemy ok. 30 minut.

Smacznego!
#
briochedesrois2
*

(przepis pochodzi z ksiazki : 'La machine à pain : 300 recettes 300 photographies')

Nowy Rok…

31 Grudzień 2009

Jak większość z Was wie, ten 2009 rok był dla mnie dosyć specyficzny… Ponad 7 miesięcy spędzonych w domu z częściowo unieruchomioną stopą (i jeszcze trochę ich przede mną…), to nie jest to co Tygryski lubią najbardziej ;) Nie skarżę się, gdyż poprawa jest coraz bardziej widoczna, jednak nikt nie może mi dać gwarancji, że wszystko na 100% wróci do normy i że nie będzie żadnych powikłań. Zaciskam więc kciuki wierząc, że los będzie dla mnie łaskawy i że wszystko pomyślnie się zakończy.
Dlatego też i Wam na ten Nowy Rok życzę przede wszystkim zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia. Wiem, to takie banalne, a jednak takie ważne…
Poza tym życzę wszystkim, by ten Nowy Rok przyniósł radość, szczęście, ciepło i miłość bliskich nam osób, węwnętrzny spokój i uśmiech na każdy dzień.
By był to dobry Rok :)

*

Pozdrawiam bardzo serdecznie i życzę szampańskiej zabawy! :)

*

Pebernødder

28 Grudzień 2009

… czyli ciasteczka, których miało tu nie być ;)
Początkowo miały zagościć na blogu przed Świętami, jednak rozsądek (oraz sugestie Małgosi ;) ) sprawiły, iż postanowiłam wstawić przepis w nieco późniejszym terminie. I choć ciasteczka nie do końca może wyglądają tak jak powinny (w ‘oryginale’ są nieco bardziej okrągłe, dlatego właśnie nie byłam pewna, czy powinnam Wam je pokazać…), to drzemiący we mnie leń niestety wygrał i nie zdobyłam się na powtórne ich pieczenie, po cichu licząc na Waszą wyrozumiałość ;) Wszak prócz ‘mniej typowego’ wyglądu zewnętrznego, smak mają taki jak powinny! ;)
Jeśli więc jesteście purystami, nie patrzcie proszę na poniższe zdjęcie; jeśli jednak nimi nie jesteście – zapraszam na ciąg dalszy ;)

Pebernødder to tradycyjne duńskie ciasteczka (ich nazwę można przetłumaczyć jako ‘pieprzne orzeszki’), których nie może zabraknąć na tamtejszym adwentowo-świątecznym stole. Są maślane, aromatyczne i przyjemnie korzenne, a oryginalnie powinny wyglądać mniej więcej tak – klik klik.

Jako że Święta zawsze spędzam z dala od kogoś bliskiego (tak to niestety jest, gdy się decydujemy na daleką przeprowadzkę…), to choć tego typu akcenty nas wtedy łączą. Podczas dłuuugich rozmów telefonicznych z kuzynką (niech żyje Internet! ), każda z nas ‘przegryza’ takie same ciasteczka, więc jest prawie tak, jak byśmy były obok ;)
Prawie, wiem, ale lepsze to niż nic…
*
ciasteczkazprzyprawamidk

Duńskie ciasteczka w duńskiej puszce :)

Pebernødder

na ok. 400 malutkich ciasteczek

250 g masła
250 g cukru (u mnie jasny trzcinowy)
1 łyżeczka imbiru w proszku*
1 łyżeczka cynamonu*
1 łyżeczka zmielonego kardamonu*
1 łyżeczka zmielonego białego pieprzu
1 łyżeczka proszku
1 łyżeczka sody
100 ml słodkiej śmietany
500 g mąki

*tych przypraw dałam ok. 1/3 więcej, pieprzu natomiast odrobinę mniej

Piekarnik nagrzać do 200°C.

Masło utrzeć z cukrem, dodać pozostałe składniki i dokładnie wymieszać na jednolitą masę. Następnie formować niezbyt grube wałeczki (szerokości palca, w oryginale – małego palca ;) ), odkrawać malutkie kawałki ciasta, układać je na blasze wyłożonej papierem i piec ok. 10-12 minut. Studzić na kratce.
Przechowywać w metalowej puszce.

Przepis z duńskiego czasopisma MAD! nr 06/2009

* * * * *

A na koniec pragnę raz jeszcze serdecznie podziękować Wam wszystkim za przemiłe życzenia świąteczne! Mam nadzieję, że i dla Was były to radosne i pogodne dni :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę udanego tygodnia!