Archiwum kategorii ‘książki’

Na rozgrzewkę :)

sobota, 23 Styczeń 2010

Dziś już nie będzie warzywnie ;) Choć też będzie rozgrzewająco ;)

Ostatnio wspominałam Wam o przepisach z nowych książek, które miałam ochotę wypróbować. Jednym z nich były ciasteczka mocno imbirowe z książki ‘Gingerbread’ Jennifer Lindner McGlinn
Spodobało mi się i zdjęcie, i sama ich nazwa - Old-Time Gingersnaps :) Mam sentyment do potraw typu ‘old-time’… To trochę jak przenieść się w przeszłość, zamknąć oczy i wyobrazić sobie babcię przygotowującą takie pyszne ciasteczka dla roześmianych wnucząt; mały domek z kamienia z zielonymi okiennicami, drewniana, przytulna kuchnia, na środku olbrzymi, stary stół, a na nim obrus w czerwoną kratę. Niestety nie do końca pokrywa się to z moimi kulinarnymi wspomnieniami z dzieciństwa, gdyż babcia ciasteczek nie robiła, za to piekła chleb i pyszne, drożdżowe ciasta. Ale od czego mamy wyobraźnię, nieprawdaż? ;)

*
biscuitsgingmelasse3

*
Ciasteczka polecam przede wszystkim miłośnikom imbirowych i korzennych smaków. Konsystencją przypominają mi nieco szwedzkie ciasteczka kakaowe, o których wspominałam Wam dwa lata temu. Po wyjęciu z piekarnika bowiem są one jeszcze dosyć miękkie, za to mocno twardnieją podczas stygnięcia. Są lekko chrupiące i bardzo aromatyczne, a dodatek melasy nadaje im specyficznego posmaku. Ze zdumieniem stwierdziłam, że bardzo smakują dzieciom (‘przetestowałam’ na pociechach przyjaciółki ;) ). I Mariance (lat 2) i Michałowi (lat 9) barrrdzo smakowały :)

*

biscuitsgingembremelasse

Ciasteczka imbirowe w stylu retro ;)

Old-Time Gingersnaps

ok. 30 – 40 sztuk

2 szklanki mąki
2 łyżeczki sody
1/2 łyłeczki soli
2 łyżeczki imbiru w proszku
1,5 łyżeczki mielonego cynamonu
3/4 łyżeczki mielonych gozdzików
170 g roztopionego i ostudzonego masła
1 szklanka cukru (u mnie mniej, jasny cukier trzcinowy)
1/4 szklanki melasy
1 duże jajko

+ cukier do obtaczania ciasteczek

Wymieszać mąkę, sodę, sól i przyprawy w średniej wielkości misce.
W dużej misce wymieszać masło, cukier i melasę. Dodać jajko i dobrze wymieszać. Następnie mieszając stopniowo dodawać mąkę z przyprawami (powstanie dosyć miękkie ciasto). Miskę przykryć folią i wstawić do lodówki na minimum 2 godziny (lub na całą noc).
Piekarnik nagrzać do 180°C.
Z ciasta formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego, obtaczamy je w cukrze (u mnie również w trzcinowym) i układamy na blasze wyłożonej papierem do pieczenia (w odległości ok. 5-6 cm – ciasteczka bowiem mocno się ‘rozlewają’ podczas pieczenia; jeśli w kuchni jest dosyć ciepło, wstawiajmy czekające na pieczenie ciasteczka w chłodne miejsce).
Pieczemy ciasteczka w środkowej części piekarnika przez ok. 10-12 minut (popękania nadal mają być wilgotne). Po wyciągnięciu z piekarnika pozostawiamy ciasteczka na blasze przez 1 minutę, następnie studzimy je na kratce.
(uwaga – ciasteczka mocno twardnieją stygnąc, z piekarnika należy je wyjmować jeszcze miękkie)
Przechowujemy w hermetycznym pudełku.

*

*    *    *    *    *

*

Miałam o tym nie wspominać, ale… ale był to na tyle miły akcent tych ostatnich dni, że i z Wami mam ochotę się nim podzielić ;) Otóż jak ‘doniosła’ mi w komentarzach Cafe ole (której serdecznie dziękuję za info…), tydzień temu w ‘Rzeczpospolitej’ ukazał się artykuł o blogach kulinarnych, w którym i o mojej skromnej Kuchni wspomniano ;)
Nie ukrywam, że było mi (i nadal jest! ;)) bardzo miło :)
To taki wirtualny prezent, więc tym bardziej dziś bardzo mnie on cieszy ;)

*

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę udanego weekendu!

*

A ja idę testować 'dietetyczny' cheescake z syropem z agawy między innymi ;)

*

Rozwiązanie zagadki ;)

sobota, 16 Styczeń 2010

Okało się, że jednak dość dobrze mnie znacie :) Osoby, które obstawiały zupę oraz jakieś małe słodkości – miały rację! Dziś będzie właśnie o zupie, a o słodkościach już niebawem :)

cooking-with-applesPierwszy przetestowany przepis pochodzi z książki ‘Cooking with Apples and Pears’ Laury Washburn. Teoretycznie (i praktycznie ;)) chciałam znaleźć do przetestowania – jak to zasugerowali niektórzy z Was – jakiś przepis z dynią. Na zużycie czekało jednak kilka korzeni pasternaku, którymi należało się zająć w trybie natychmiastowym. Dlatego, gdy wertując książkę ujrzałam przepis na zupę z pasternakiem, stwierdziłam że jest to dobry znak ;) Tym bardziej, że zupa brzmiała dosyć oryginalnie, pasternak bowiem został ‘ożeniony’ z jabłkiem :) Próbowałam już kiedyś zupy-krem z selerem i jabłkiem, oraz z korzeniem pietruszki i jabłkiem. Teraz przyszła więc pora i na pasternak :)

Zupa ma bardzo ciekawy smak, o ile oczywiście lubi się tego typu połączenia. Tyle tylko, że na zdjęciu w książce zupa ma biały kolor, co rzecz jasna jest niemożliwe, jako że w przepisie widnieje curry ;) Ale to nic, dzięki temu później powstała druga zupa, którą zrobiłam już z innymi przyprawami i w nieco innej konfiguracji warzywnej i która posmakowała nam jeszcze bardziej. Ale o tym będzie już następnym razem ;)

*soupepanaispomme1

Zupa z pasternakiem i jabłkiem

2 łyżki oliwy z oliwek
1 mała poszatkowana cebula
1 łyżeczka curry
kilka łodyżek świeżego tymianku
450 g pasternaku*
1 spore jabłko (do gotowania / pieczenia)
1 ¼ litra bulionu (u mnie nieco mniej)
sól, pieprz
śmietana (crème fraîche) do serwowania + ewentualnie grzanki

*przepis przetestowałam również z korzeniem pietruszki

Pasternak i jabłko obieramy i kroimy w małą kostkę (lub ścieramy na tarce na dużych oczkach). Cebulę, curry i dużą szczyptę soli dusimy kilka minut na rozgrzanej oliwie (aż cebula zmięknie). Dodajemy tymianek i warzywa i dusimy ok. 5 minut (możemy dodać nieco oliwy). Następnie dodajemy bulion i gotujemy ok. 15-20 minut, po czym zupę miksujemy (ja zmiksowałam bez tymianku) i ewentualnie doprawiamy do smaku. Serwujemy z kleksem śmietany (w oryginale śmietana wymieszana z łyżką masła) i / lub z grzankami.

Smacznego!

*

Zimowo i książkowo

wtorek, 12 Styczeń 2010

Nareszcie i do mnie zawitał śnieg i prawdziwa zima :) Gdybym co rano miała wychodzić do pracy, to pewnie nieco mniej by mnie ona cieszyła, jednak aktualnie nie skarżę się (tym bardziej, że nie jesteśmy na szczęście ‘sparaliżowani’ tak jak niektóre regiony Europy czy Ameryki).
W taką pogodę jednym z moich ulubionych zajęć jest czytanie :) A że blog kulinarny, więc dziś słów kilka o ostatnich kulinarno-książkowych prezentach. Prezentach ode mnie dla mnie ;) Ale sobie też od czasu do czasu należy sprawić jakąś przyjemność, nieprawdaż? ;)

Pierwszą z nich jest książka ‘Cookies’ Marthy Stewart.
*

cookies2

(okładka francuskiego wydania różni się od tego oryginalnego;
muszę jednak przyznać, że francuska chyba bardziej mi się jednak podoba ;) ).

*

Już jakiś czas temu przeglądałam tę książkę w księgarni stwierdzając, że ‘kiedyś pewnie ją kupię’. I troszkę o niej zapomniałam. Kiedy jednak zobaczyłam (a raczej przeczytałam ;) ) że i Basia zachwala ją na swoim blogu (pamiętacie jej wpis o ciasteczkach z rumem?) stwierdziłam, że to pewnie znak, bym i ja się w ‘Cookies’ zaopatrzyła ;) Książka te jest ładnie i starannie wydana (jak chyba wszystko u Marthy ;) ), ciekawych przepisów jest mnóstwo, a wszystko okraszone jest pięknymi zdjęciami. Nic tylko czytać, a potem piec, piec i piec… ;)

By pozostać w tematyce ‘wypiekowej’ – dwie kolejne pozycje. Pierwsza niestety po angielsku (niestety, gdyż nie władam nim tak biegle jak francuskim…) :
*
gingerbread

Gingerbread: Timeless Recipes for Cakes, Cookies, Desserts, Ice Cream, and Candy - Jennifer Lindner McGlinn

*

Jak widać już po tytule, są to przepisy idealne na ten zimowy czas - z aromatyczną, korzenną nutą :) Są tutaj receptury na ciasta, ciasteczka, lody, wszelakiej maści desery, domki z piernika oraz… smakowite pomysły również na ‘korzenne’ śniadania :) Do tego serwowane nam jest piękna szata graficzna oraz apetyczne zdjęcia (niestety nie do każdego przepisu).

W podobnym klimacie utrzymana jest kolejna książka (tym razem już po francusku ;) ) :

*

ginger

Ginger cookies, pains d'épices & cie - Alice Hart, Yuki Sugiura

*

Przepisy i zdjęcia są bardzo apetyczne i tak jak w przypadku ‘Gingerbread’ – trudno zdecydować, od czego zacząć ;)

Kolejna z książek również utrzymana jest w jesienno-zimowych klimtach, są to bowiem przepisy z jabłkami i gruszkami w roli głównej : sałatki, zupy, słodkie wypieki, desery i przetwory.
Kilka przepisów już wypróbowałam, dwa z nich z pewnością już niedługo pojawią się na blogu :)
*
*
cooking-with-apples

Cooking with Apples and Pears - Laura Washburn

*

Zazwyczaj, przed kupieniem jakiejś książki kulinarnej, lubię ją obejrzeć w księgarni; rzadko kupuję coś bez uprzedniejszego wertowania. Z kolejną pozycją było jednak inaczej, zdecydowałam się bowiem na nią po słowach zachęty Kiiri na forum CinCin ;) I absolutnie nie żałuję! Jest tam sporo ciekawych pomysłów na wegetariańskie dania (tak jak pisała Kiiri – są to dania bardziej w stylu ‘gourmet’), książka jest bardzo ładnie wydana i jedyna rzecz, jakiej żałuję to fakt, że nie wszystkie przepisy są opatrzone zdjęciami. Ale i tak mi to nie przeszkadza ;) Poza tym bardzo lubię przepisy autorstwa Marii Elia (kilka słów o niej również tutaj)  i tym razem również się nie zawiodłam.
*

the-modern-vegetarian2

The Modern Vegetarian: Food Adventures for the Contemporary Palate - Maria Elia

*

I na koniec jeszcze jedna wegetariańska pozycja – Kuchnia wegetariańska świata (ponad 250 przepisów z międzynarodowym rodowodem)
*

cuisine-vegetarienne2

Cuisine végétarienne du monde - Celia Brooks Brown

(tutaj wersja angielska)

*

Jest to wydana w Kanadzie sporych rozmiarów, albumowa książka, z pięknymi zdjęciami i sympatycznymi przepisami, które miło się wertuje (i z pewnością równie miło pałaszuje już po przyrządzeniu ;) ). Dla takich wzrokowców jak ja, to bardzo przyjemna lektura :)

A w kolejce czeka już na opublikowanie kilka nowych przepisów (niestety po raz kolejny przekonałam się, iż zdjęcie obok książkowego przepisu nie zawsze do końca odpowiada samemu przepisowi ;) ). Ale to nic, potrawy są bardzo smaczne, a to przecież najważniejsze :)

A propos, może ktoś zgadnie jaki przepis (na jaki typ potrawy…) wypróbowałam na pierwszy ogień? Myślę, że trochę mnie już przecież znacie ;)

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Bakłażan. Paszteciki. I schyłek lata.

poniedziałek, 7 Wrzesień 2009

legumespanierNawet jeśli nie chcemy jeszcze o tym myśleć, to lato niestety powoli chyli się ku końcowi. I choć dni są jeszcze pełne słonecznego ciepła, to wrzesień przyniósł ze sobą lekki, lecz coraz bardziej już wyczuwalny powiew jesieni : chłodniejsze ranki, chłodne wieczory. Orzeźwiające sałatki coraz częściej ustępują miejsca ciepłym, bardziej sycącym potrawom, a popołudniowo-wieczornym seansom lektury już niebawem towarzyszyć będą aromatyczne, rozgrzewające herbaty.
Póki co jednak staram się intensywnie korzystać z ostatnich warzywnych dobroci lata, których już za niedługo tak bardzo będzie mi brak. Nadal więc króluje przede wszystkim cukinia, bakłażan i pachnące słońcem pomidory.

W lipcu wspominałam Wam o moim nowym książkowym nabytku - ‘Les imprévus de Marine’. Jako pierwsze przetestowałam wtedy ciasto migdałowe z czereśniami i kardamonem, później przyszedł czas na jedno z moich ulubionych warzyw - bakłażana.

Niestety problem niektórych przepisów ‘książkowych’ często polega na tym, że w fazie końcowej danie nie zawsze wygląda tak, jak na zdjęciu w książce. Tak było też niestety i tym razem ;) Kolor upieczonej, gotowej już potrawy zupełnie nie przypominał tej z fotografii (mimo, że - jak nigdy ;) - d o k ł a d n i e trzymałam się przepisu); poza tym, pomidory na zdjęciu miały wspaniały, intensywny kolor, o jaki trudno przecież w przypadku pomidorów po obróbce cieplnej. Dlatego też stwierdziłam, że do zdjęcia pozostawię je jednak w kokilkach ;)

Samo danie jest smaczne. W konsystencji to coś à la flan, suflet czy terrina. Jeśli lubicie smak bakłażana, to i te oto papetons (tradycyjnie jest to danie z kuchni prowansalskiej) powinny Wam posmakować. Przyznam jednak, że mnie czegoś w nich brakowało. Może dlatego, że bakłażana lubię, jednak najczęściej w towarzystwie innych warzyw ;) Dlatego też postanowiłam ten przepis zmodyfikować, dodając do masy startą cukinię i pomidora. I to właśnie w tej wersji ‘paszteciki’ (bo tak je roboczo nazwałam) najbardziej nam zasmakowały, a dodatek tych kolorowych warzyw równie dobrze wpłynął nie tylko na smak, ale i na ich aspekt wizualny ;) Pomidorów – jako dodatek – tym razem już nie gotowałam, za bardzo bowiem cenię sobie smak tych dojrzałych na słońcu i pachnących latem pomidorów, które najchętniej zjadam na surowo. Pokrojone, w ostatniej chwili wymieszałam je z odrobiną oliwy z oliwek i świeżą bazylią. I to w takiej wersji gościć będą odtąd na naszym stole ;)

Oto obydwa przepisy :

*

auberginespapetons

Bakłażanowe ‘papetons’

na 6 porcji

2-3 bakłażany (razem ok. 850 g)
6 jajek
100 ml crème fraiche
2 płaskie łyżki mąki
2 łyżki tapenady (pasta z czarnych oliwek)
2 ząbki czosnku
masło do wysmarowania foremek
sól, pieprz

na ‘sos’ pomidorowy :
800 g pomidorów
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
bazylia
sól, pieprz

Bakłażany umieścić w naczyniu żaroodpornym i upiec (ok. 30 minut w 250ºC). Wystudzić, wydrążyć miąższ (mamy go otrzymać ok. 500g) i zmiksować z posiekanym czosnkiem i tapenadą. Dodać jajka, mąkę i śmietanę oraz dodać płaską łyżeczkę soli i trochę pieprzu, dobrze wymieszać. Przelać masę do natłuszczonych ramekinów / kokilek (nie napełniać ich zbytnio) i piec je ok. 30 minut w 180ºC.

Pomidory obrać ze skórki i usunąć pestki, pokroić miąższ w małą kostkę. Rozgrzać olej, dodać pomidory oraz poszatkowany czosnek i dusić do miękkości na wolnym ogniu. Doprawić do smaku.

Serwować ‘papetons’ lekko przestudzone, z pomidorowym ‘sosem’ i poszatkowanymi listkami bazylii.

(możemy też upiec masę w jednej większej foremce, wydłużamy wtedy czas pieczenia o ok. 15 minut)

*

auberginepapetons2

‘Paszteciki’ warzywne

700 g bakłażana
300 g cukinii
2 duże pomidory
2-3 ząbki czosnku
4 jajka
100 ml crème fraiche
papryczka z Espelette
2 łyżki maizeny
2 łyżki tapenady (pasta z czarnych oliwek)

dodatkowo :
3 duże pomidory
oliwa z oliwek
bazylia
sól, pieprz

Bakłażany kroimy na pół, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy (ok. 45 minut w 200ºC).
Cukinię ścieramy na tarce, miąższ z pomidorów kroimy w małą kostkę. Upieczone bakłażany wydrążamy, miąższ miksujemy z posiekanym czosnkiem i tapenadą, dodajemy cukinię, pomidory, jajka, maizenę i śmietanę, doprawiamy do smaku i dokładnie mieszamy. Natłuszczone ramekiny napełniamy masą (do 2/3 wysokości) i pieczemy ok. 35 minut w 180ºC.

Pozostałe pomidory kroimy w małą kostkę, doprawiamy do smaku. Przed podaniem dodajemy poszatkowane listki bazylii i odrobinę oliwy z oliwek, mieszamy. Podajemy z lekko przestudzonymi ‘pasztecikami’.

*

Smacznego!

auberginepapetons3

*

La ratatouille i francuskie wspomnienia

poniedziałek, 31 Sierpień 2009

Gdy sezon letni w pełni, na naszym stole nie może zabraknąć słynnej francuskiej ‘ratatouille’ (i rzecz jasna nie chodzi mi o przeuroczego szczurka z filmu pod tym samym tytułem ;) ). Przygotowuję ją średnio raz-dwa razy w tygodniu, jest dla mnie bowiem kwintesencją lata. Wypieszczone promieniami słońca pomidory i cukinie, aromatyczna papryka i jędrne bakłażany, a do tego pachnące latem zioła. I niczego więcej nie potrzeba, by nasze kubki smakowe wprawić w stan kulinarnej ekstazy ;)

Ratatouille nauczyłam się gotować we Francji podczas jednych z piękniejszych wakacji mojego nastoletniego wtedy życia ;) Moja francuska rodzina ze szkolnej wymiany językowej zaprosiła mnie na prawie dwumiesięczne wakacje w ich rodzinne regiony (Dordogne / Lot). Do dziś pamiętam uroczy domek z kamienia, z zielonymi okiennicami, ogród pełen kolorowych kwiatów, przyjazną atmosferę ich rodzinnych spotkań. Wspaniali, ciepli ludzie, dzięki którym czułam się naprawdę jak u siebie. I babcia. Wtedy prawie 70-letnia, której opowieści mogłam słuchać bez końca.

Dni upływały mi na odkrywaniu regionu od turystycznej i kulinarnej strony, zwiedzaniu średniowiecznych miasteczek ‘przyklejonych’ do skał (jak Rocamadour czy Saint-Cirq-Lapopie), zamków, grot, muzeów (np. muzeum Champollion w jego rodzinnym miasteczku). Poznałam mnóstwo niesamowitych miejsc i wspaniałych ludzi i dzięki nim posmakowałam wielu tradycyjnych w ich regionie (i rodzinie) potraw. I to właśnie tam pokochałam ratatouille (choć korzenie potrawy sięgają oczywiście bardziej na południe Francji).

Dziś jednak, zamiast wspomnianej, tytułowej potrawy, mam dla Was dwie ‘wariacje’ na jej temat ;) A zainteresowanych samą ratatouille odsyłam do Tatter, u której znajdziecie przepyszny przepis (przygotowuję ratatouille bardzo podobnie jak Tatter, nie dodaję tylko pomidorowego puree i cukru, a proporcje czasem nieznacznie modyfikuję, w zależności od zawartości lodówki :) )

Zapraszam!

*
crumbleratatouille

Crumble ‘nicejski’

(przepis oryginalny z książki  ‘Crumbles’ Camille Le Foli, u mnie z niewielkimi zmianami)

1 kg pomidorów
1 duży bakłażan
3 cukinie
1 czerwona papryka
1 zielona papryka (u mnie żółta)
1 cebula
1 ząbek czosnku
3 łyżki oliwy z oliwek
tymianek, rozmaryn
sól, pieprz

crumble:
150 g mąki
80 g zimnego masła
80 g startego parmezanu
40 g orzeszków piniowych

Posiekaną cebulę i czosnek poddusić kilka minut na oliwie. Dodać pokrojony w kostkę bakłażan, po kilku minutach dodać pokrojoną paprykę, tymianek i rozmaryn, doprawić solą i pieprzem; po ok. 10-15 minutach dodać pokrojoną w plasterki cukinię i obrane ze skórki pomidory i gotować aż warzywa będą miękkie.
Piekarnik nagrzać do 180°.
Orzeszki piniowe zrumienić na suchej patelni. Mąkę, pokrojone w kostkę masło i parmezan wymieszać, tworząc kruszonkę.
Ugotowane warzywa przełożyć do natłuszczonego, żaroodpornego naczynia, posypać orzeszkami piniowymi i kruszonką i zapiec ok. 20-30 min.

*

crumbleratatouille2

*

Zapiekłam tylko część ratatouille, przede wszystkim dlatego, że po pierwsze – crumble wolę na słodko, a po drugie – ratatouille najbardziej smakuje nam ‘sama’ ;)
(to crumble robiłam też już zamieniając parmezan na kozi ser, co jest równie smacznym połączeniem)

* * *

Drugi przepis pochodzi z niedawno nabytej książki ‘Pure vegetarian’ Paul’a Gayler.

Jest to coś a la ratatouille zapiekana we francuskim cieście, uprzednio posmarowanym tapenadą. W oryginalnym przepisie farsz wykłada się na jeden płat ciasta i przykrywa drugim, ja jednak wolałam upiec mniejsze, jednorazowe porcje (które świetnie spisują się również na pikniku lub lunchu w pracy ;) ). W oryginale podaje się ten śródziemnomorski ‘pie’ z lekko ostrym, pomidorowym sosem, z którego tym razem zrezygnowałam.

*

ratatouillepie

Mediterranean pisto pie

400 g ciasta francuskiego
(dwa płaty o rozmiarach 20 x 25 cm)

4 łyżki oliwy z oliwek
1 bakłażan pokrojony w kostkę
1 czerwona cebula, pokrojona w cienkie plasterki
4 poszatkowane ząbki czosnku
2 cukinie pokrojone w plastry
1 pokrojona czerwona papryka
1 papryczka ‘chilli’, drobno pokrojona
1 łyżka świeżego oregano
3 łyżki tapenady
1 rozkłócone jajko
1 łyżeczka zieren sezamu (u mnie więcej)
sól, pieprz

Na rozgrzaną oliwę wrzucić bakłażana i dusić 2-3 min. Dodać pozostałe warzywa i dusić do miękkości. Doprawić do smaku, dodać oregano i wymieszać. Zostawić do wystygnięcia.
Nagrzać piekarnik do 200°. Jeden płat ciasta położyć na papierze do pieczenia, posmarować tapenadą po czym nałożyć przygotowane warzywa (zostawiając ok. 2,5 cm od brzegu); przykryć drugim płatem ciasta, brzegi smarując wodą lub jajkiem, by dobrze się skleiły. Nożem naznaczyć na cieście linie, posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać sezamem.
Piec ok. 30-35 minut.

Smacznego!

*

Książkowo

niedziela, 12 Lipiec 2009

Jak dobrze, że jest internet i możliwość zakupów za jego pośrednictwem! Dwa miesiące bez wizyty w księgarni to dla mnie prawdziwa tortura… I choć i tak nic nie zastąpi możliwości przeglądania książek ‘na żywo’, to takie wirtualne zakupy są aktualnie choć częściowym pocieszeniem.

Czasem, wracając z zakupów i wertując książkę już w domu, na spokojnie, zdarza mi się żałować, że jednak ją kupiłam (żaden to jednak problem, wraz z kwitkiem odnoszę ją do księgarni). Tym razem na szczęście moje książkowe łowy okazały się nader udane i – przynajmniej na razie – zakupu żadnej z nich nie żałuję ;)

les_imprevus_de_marine_de_marine_labruneJako pierwsza na mojej liście była książka Marine Labrune ‘Les imprévus de Marine’ (‘imprévu’ to coś co jest nieprzewidziane, niespodziewane). Jej przepisy urzekły mnie już w czasopiśmie ‘Saveurs’ : szybkie, nieskomplikowane i smakowite, okraszone nader apetycznymi zdjęciami.

Dlatego gdy kilka miesięcy temu przeczytałam o jej książce, wiedziałam, że chcę ją mieć. I tak też się stało. W związku z czym, mogę potwierdzić, że jest tak jak lubię (i jak już kiedyś wspominałam na blogu ;) ) : smakowicie, szybko, i super łatwo ;) Pod każdym przepisem są dodatkowe rady i uwagi, a oprawa graficzna i zdjęcia prezentowanych potraw są niewątpliwym dodatkowym atutem tej książki. Nic dodać, nic ująć.

bookcoverKolejną pozycją jest ‘Super Natural Cooking’ Heidi Swanson (autorka bloga ‘101 Cookbooks’). Jako, że mój angielski nie jest niestety na takim poziomie jak francuski, to wahałam się nieco nad zakupem tej książki (już od kilku miesięcy…). Stwierdziłam jednak, że może będzie to dobra motywacja dla odświeżenia i podtrzymania angielskiego na przyzwoitym poziomie ;) Choć dopiero za jakiś czas okaże się, czy był to dobry pomysł.

Na pierwszy rzut oka książka wygląda dokładnie tak, jak ją sobie wyobrażałam : jasna, przejrzysta, grafiką przypominająca nieco blog autorki. Ciekawe przepisy, dopiski na temat wielu produktów, które nie wszyscy może znają (niektóre zboża, jak np. amarantus, mniej znane warzywa, nasiona, czy np. syrop z agawy), co z pewnością jest dobrym pomysłem dla ‘odkrywających’ tego typu kuchnię. Jest o tym co lubię, czyli o tym co zdrowe i dobre dla naszego organizmu i co – wbrew temu, co myślą niektórzy ;) – nie jest synonimem kulinarnej nudy. Klimatyczne zdjęcia zrobione przez samą autorkę świetnie dopełniają całości. Polecam zainteresowanym.

W ostatniej przesyłce znalazły się jeszcze dwie książki z serii ‘Australian Women's Weekly’, a mianowicie : ‘Great Vegetarian Food’ oraz ‘Vegie Food: Low Fat and Delicious’. Książki z tej serii są zazwyczaj napisane dosyć łatwym, przystępnym językiem, a co najważniejsze – przepisy są sympatyczne i chyba zawsze się udają (czego niestety nie mogę powiedzieć o niektórych testowanych przeze mnie ‘książkowych’ przepisach). I mimo, iż tych dwóch pozycji wcześniej nie wertowałam, to – tak jak pozostałe książki z tej serii – miło mnie one zaskoczyły. O testowanych z nich przepisach też mam nadzieję kiedyś napiszę ;)

Przyznaję, że nie za często wspominam tu o moich nowych książkowych nabytkach, jednak jako że większość z nich jest po francusku, domyślam się, że niewiele osób to interesuje ;) Dlatego pokazuję Wam tylko te, które najbardziej mi się spodobały, by Was tu nie zanudzać ;)

Kolejna książkowa lista już czeka na zrealizowanie, choć niektóre pozycje mają do mnie dotrzeć dopiero za kilka tygodni. Ja zaś już teraz niecierpliwie czekam na książkę Béatrice Peltre piszącej na ‘La Tartine Gourmande’ i z całą pewnością nie będę zwlekać z jej zakupem ani chwili! Uwielbiam jej zdjęcia, przepisy, teksty. A jako, że autorka jest już w ostatniej fazie przygotowań, to mam cichą nadzieję, że już niebawem będę mogła ‘na żywo’ cieszyć się jej publikacją.

(A z niekulinarnych lektur, jako wielbicielka ‘Filarów ziemi’, niecierpliwie czekam na przesyłkę z kolejną książką K. Folleta - ‘Świat bez końca’).

Z przyjemnością poczytam też o Waszych ostatnich lekturach, nie tylko kulinarnych rzecz jasna ;) Powoli zaczynam bowiem kompletować tegoroczną ‘polską’ listę książkowych zakupów więc chętnie dowiem się, co Wam się ostatnio na polskim rynku wydawniczym spodobało.

Pozdrawiam serdecznie i już po niedzieli zapraszam na pierwszy, przetestowany wczoraj przepis z książki ‘Les imprévus de Marine’ – będzie coś słodkiego do popołudniowej kawy :)

Czekoladowy Weekend, cz.1

piątek, 20 Luty 2009

I oto doczekaliśmy się :) Przez następne trzy dni w naszych kuchniach i na naszych blogach królować będzie czekolada! Ten iście królewski i luksusowy kiedyś produkt, dziś jest już na szczęście dostępny nam wszystkim. Czasem zastanawiam się, czy jestem odpowiednią osobą na prowadzenie tego Czekoladowego Weekendu, gdyż osobiście czekoladę wolę w tej ‘najprostszej’ postaci : kostka (lub dwie…) dobrej, gorzkiej czekolady w zupełności zaspokajają moje czekoladowe potrzeby ;) Najchętniej takiej o 70% zawartości kakao; najczęściej z pomarańczową nutą ;) Czekoladowe wypieki nie pojawiają się w mojej kuchni zbyt często, dlatego ten nasz wspólny weekend jest dla mnie czymś szczególnym i wyjątkowym. Od kilku tygodni już wertuję książki w poszukiwaniu czegoś, co będzie odpowiednie na ten wyjątkowy weekend :) I z myślą o tegorocznym blogowym święcie czekolady, zaopatrzyłam się w kolejne, czekoladowe lektury.
I tak, trzy ostatnio zakupione książki to :‘Czekolada’ Donny Hay, w której sporo jest prostych, szybkich i smakowitych przepisów, od ciasteczek, przez ciaste większe i mniejsze, po desery.

‘Czekolada’ Maxine Clark, która urzekła mnie od razu przepięknymi, niesamowitymi zdjęciami. Przyznaję, lubię tego typu wizualne przyjemności i żałuję, że nie mogę Wam zaprezentować choć części tych przecudnych zdjęć! Niestety musicie zadowolić się okładką ;)

oraz czekoladowa biblia ;) czyli ‘Larousse du Chocolat’ pod redakcja samego Pierre Hermé; to prawdziwa skarbnica wspaniałych przepisów, informacji, ciekawostek. Żałuję chyba tylko, że nie ma w niej więcej zdjęć, ale wszystkiego przecież mieć nie można, prawda? ;)

I to z tej właśnie książki wybrałam pierwszy przepis na otwarcie naszego Czekoladowego Weekendu, coś małego, do kawy, herbaty, czy… kubka gorącej czekolady ;)

Zapraszam serdecznie!

minimuffczekopomar

Maleńkie ‘muffinki’ pomarańczowo-czekoladowe

na ok. 30 mini-muffinków

60 g stopionego masła
60 g gorzkiej czekolady (70% kakao)
60 g mąki
60 g cukru pudru
75 g drobno zmielonych migdałów
75 g cukru
3 białka
75 g kandyzowanej skórki pomarańczowej
+ kandyzowana skórka pomarańczowa do dekoracji

Nagrzać piekarnik do 230°.
Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej. Skórkę pomarańczową drobno posiekać. Mąkę i cukier puder przeciać do miski, dodać migdały i cukier. Białka ubić na pianę i dodać je do suchych składników. Dodać stopione masło i delikatnie wymieszać. Następnie dodać czekoladę i skórkę pomarańczową i delikatnie wymieszać. Napełnić masą foremki do mini-muffinków i ‘udekorować’ kilkoma kawałkami skórki pomarańczowej. Piec 10 minut.

Smacznego!
Przyznaję, że te ‘maleństwa’ naprawdę nas urzekły; są delikatne, aromatyczne. Choć dla mnie były odrobinkę za słodkie, ale tylko odrobinkę ;)

Jako, że w piątek późno wrócę z pracy, to już teraz życzę Wam wszystkim wspaniałej, czekoladowej zabawy i mam nadzieję, że uda mi sie do Was zawitać choć na chwilkę podczas przerwy na lunch ;)

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie i zapraszam już jutro na coś ‘większego’ ;)

Powakacyjne lektury, cd. :)

wtorek, 22 Lipiec 2008

Oto ciąg dalszy moich książkowych szaleństw i prezentów ;)
Jak widac, nie mogłam oprzeć się pokusie i kupiłam zachwalane przez wiele osób ‘Jajka’ Michela Roux :) Przepisy faktycznie wyglądają ciekawie i – z tego co już czytałam na Waszych blogach – takie właśnie są; a całości dopełniają bardzo apetyczne zdjęcia :)

Kolejną z pozycji na mojej liście ‘zakupowej’ były ‘Kolory Smaków’ Marty Gessler, o których wspominała Liska kilka miesięcy temu.

Jak magnes przyciągnęło mnie wtedy słowo ‘prostota’, gdyż bardzo ją cenię – nie tylko w kulinarnej sferze życia. Spodobało mi się również to, że książka ta ma oryginalny podział tematyczny, przepisy są bowiem zgrupowane kolorystycznie :) Jest więc rozdział biały, zielony, różowy, pomarańczowy, żółty, czerwony, fioletowy, brązowy i… przezroczysty! To pięknie wydana książka, którą miło jest mieć. Testowanie przepisów już niebawem :)

Kolejną z książek dostałam wprawdzie nieco wcześniej, ale i tak wciągam ją na tę prezentową listę, a jest to ‘Smak życia’ Agnieszki Maciąg.

Jestem nią bardzo mile zaskoczona, gdyż nie spodziewałam się, że ta była modelka jest np. ‘fanką’ Św. Hildegardy! I choć przepisy nie są może bardzo odkrywcze, to z całą pewnością należą do ciekawych, smakowitych i przyjaznych naszemu zdrowiu. Kilka z nich już testowałam, a kilka innych czeka w kolejce. Już teraz jednak mogę powiedzieć, że ‘Smak życia’ jest bardzo przyjemną lekturą kulinarną.

A na koniec książka, której nie było na mojej liście, lecz która zaciekawiła mnie na tyle, że od razu znalazła się w koszyku :) Są to ‘Dania z anegdotą’ Hanny Szymanderskiej.

Jest to kolejna bardzo ciekawa pozycja tejże autorki, w której przedstawia nam nie tylko przepisy na wiele słynnych dań, lecz przede wszystkim opowiada anegdoty o osobach i wydarzeniach związanych z ich powstaniem. Znajdziecie tu między innymi odpowiedź na pytanie czy sałatkę Cezara lubił Juliusz Cezar, skąd wzięła się nazwa ‘cordon bleu’ i przeczytacie o tym, jak zazdrosna siostra upiekła pierwszą ‘tarte tatin’ oraz o torcie Sachera czy o Pavlovej ;) a także o wielu innych bardzo interesujących postaciach i potrawach. Naprawdę gorąco polecam Wam tę smakowitą lekturę :)

A ja, patrząc na uginające się pod książkami półki, zastanawiam się tylko kiedy znajdę czas na przetestowanie choć części tych wszystkich niesamowitych przepisów! I mam nadzieję, że stanie się to jednak w bliższej a nie dalszej przyszłości ;)

Pozdrawiam serdecznie i czekam na Wasze ewentualne opinie na temat wspomnianych tu lektur :)

PS. I raz jeszcze pozwolę sobie tu wszystkim za wszystko baaardzo serdecznie podziękować!
*

Powakacyjne lektury :)

niedziela, 20 Lipiec 2008

ksiazki222

Wakacje w Polsce jak zwykle zakończyły się powiększeniem się moich książkowych zbiorów :) Część z nich to prezenty (raz jeszcze baaaardzo serdecznie dziekuję dobroczyńcom!), a część to owoc przesiadywania w Empiku :) Miło było popatrzeć na aktualną ofertę księgarnii, na książki nowe i mniej nowe. Z przyjemnością stwierdzam, że w dziedzinie kulinarnej coraz więcej jest ciekawych pozycji i wiele było książek które z żalem odłożyłam z powrotem na półkę, czego teraz oczywiście żałuję ;) Gdyż książki nadal mają dla mnie pewien niepowtarzalny urok - jak za pomocą czarodziejskiej różdżki przenoszą nas w zupełnie inny świat. I nawet jeśli wiem, że wiele rzeczy można dziś znaleźć w czeluściach Internetu, to nic nie zastąpi tej wersji drukowanej, dotyku i zapachu papieru, szelestu wertowanych kartek. Gdy otwieram taki nowy nabytek, czuję się jak ktoś ‘wybrany’, komu dane jest poznanie jakiejś niesamowitej tajemnicy. Każda książka jest dla mnie jak drogocenny skarb i trudno jest mi sobie wyobrazić, bym mogła się ich pozbyć. To chyba najlepszy prezent jaki mogę sobie wyobrazić, i to praktycznie od zawsze. Nie dość, że nauczyłam się czytać w baaardzo młodym wieku (dzięki kochanej starszej Siostrze :)), to jeszcze zapałałam prawdziwą miłością do książek : czytałam dużo, bardzo dużo, budziłam się z książkami i z nimi zasypiałam. I choć teraz nie mogę już poświęcić na czytanie tyle czasu co dawniej, to nadal jest to moja ulubiona forma relaksu.

Ale dosyć już tych wynurzeń, przejdźmy do konkretów :)

Jedna z najciekawszych chyba tegorocznych pozycji, które znalazły się w mojej walizce, to ‘Odżywianie dla zdrowia’ Paula Pitchforda.

Jest to absolutnie niesamowita książka, można by rzec prawdziwa biblia zdrowego odżywiania. Są w niej zawarte podstawy wiedzy o żywieniu, o witaminach i mikroelementach, o chorobach i ich leczeniu za pomocą diety, o diecie Pięciu Przemian, itd.; jest również duża część poświęcona przeróżnym zdrowym przepisom (i tu kładę nacisk na tę niesamowitą różnorodność właśnie). Książka ta to prawdziwa kopalnia wiedzy i gorąco polecam ją wszystkim zainteresowanym :)
(tutaj możecie zerknąć na spis treści)

A skoro już mowa o zdrowiu i diecie Pięciu Przemian, to polecam Wam również książkę Ewy Dobek i Tomka Gulińskiego ‘Kuchnia Kreatywna czyli gotowanie wg Pięciu Przemian’.

Jest to bardzo prosto acz ciekawie napisana pozycja dla zainteresowanych tematem; w przepisach spodobało mi się to, że nie ma dokładnie podanych proporcji, a raczej pomysły na to, co w danej potrawie znaleźć się powinno; reszta będzie tworzona wedle naszego nastroju i potrzeby chwili :) W takich momentach przypomina mi się zawsze pewne zdanie mojej chrzestnej, która mawia : warzyw dajemy ile mamy, a przypraw ile lubimy :) I takie przepisy lubię chyba najbardziej.

Pozostając w temacie zdrowia i zdrowego odżywiania nie mogłam nie kupić czegoś o kuchni Św. Hildegardy (wspominałam już kiedyś o niej przy okazji pieczenia ciasteczek orkiszowych).
I tak, znalazłam trzy pozycje (gdyby było więcej, to pewnie też bym kupiła ;)), a są to :
‘Z kuchni Św. Hildegardy’ (Jany Fournier-Rosset, ‘Kuchnia Św. Hildegardy’ (Brigitte Pregenzer, Brigitte Schmidle)oraz – tych samych autorek – ‘Św. Hildegarda z Bingen – Dieta i post’.
Zainteresowanych odsyłam do podanych linków, a ja powoli zostawiam Was i wracam do moich wakacyjnych lektur :)
W przyszłym tygodniu zapraszam Was na ciąg dalszy :)

Pozdrawiam serdecznie!

*

Na otarcie łez…

piątek, 6 Czerwiec 2008

Ten tydzień był smutny :( Musiałam bowiem oddać do biblioteki wszystkie te fantastyczne książki kucharskie, o których niedawno Wam pisałam ;) Pozytywne jest jednak to, że wiem już które z nich na pewno chcę mieć, gdyż baaardzo trudno było mi się z nimi rozstać.

Gdybym miała wybrać tylko jedną z nich, to bez wahania będzie to ‘Comme un chef’ :
#

Na moje szczęście pozycja ta jest już dodrukowana i mam nadzieję, że cierpliwie poczeka na mój powrót z wakacji :) Jest to naprawdę niesamowita książka, bardzo różnordna, pięknie wydana, dopracowana, a dodatkowo podoba mi się to, że każdy dany dział jest opracowany przez innego znanego szefa. Jedyny minus dla mnie to fakt, że nie jest to książka typowo wegetariańska, więc jest w niej trochę mięsno-rybnych przepisów, których raczej nigdy nie wykorzystam :) Ale cała reszta to kompensuje : dużo zdjęć z serii ‘krok po kroku’, mnóstwo porad a przede wszystkim wiele smakowitych przepisów.

Na drugim miejscu (tak jak i w poprzednim poście) są nadal 'Desery' wydawnictwa Larousse; to prawdziwa deserowa biblia i podoba mi się to, że w jednej książce jest chyba wszystko co na temat wypieków i deserów wiedzieć się powinno ;)

Co do dwóch pozostałych książek Pierre’a Hermé o których wtedy pisałam, to są one oczywiście bardzo ciekawe, również pięknie wydane itd. jednak to są te, które mogą troszkę poczekać w kolejce ;) Oczywiście gdybym mogła, to chętnie przygarnęła bym je do swojej kulinarnej biblioteczki już teraz. Za to z każdej z nich spisałam sobie kilka ciekawych przepisów i mam nadzieje, że w bliższej przyszłości znajdę czas na wypróbowanie ich.

Bardzo bogata w ciekawe przepisy była też książka o ciecierzycy :
*

To ciekawe opowieści oraz niesamowita ilość przepisów, z których część już czeka na wypróbowanie :)

I książki Feldera, które bardzo lubie; jedna o tartach, druga o kremowych deserach. Jak zwykle ciekawe pomysły i smakowite przepisy, szkoda tylko, że nie można kupić wszystkich tych książek na raz ;)

Bardzo ciekawa okazała się również Kuchnia Żydowska Elisabeth Wolf Cohen. Tę książkę z chęcią kupię niebawem, gdyż jest w niej naprawdę dużo ciekawych przepisów; stwierdzam, że jeśli większość przepisów z jakiejś książki mam ochotę wypróbować, to jest to znak że powinnam ją mieć :)
*


Ciekawa była też pozycja o olejkach eterycznych w kuchni, aczkolwiek nie była ona może szczególnie bogata w różnorodne przepisy; spisałam ich kilka, ale przyznam, że jak dla mnie mało było nowych informacji.
*

To samo dotyczyło książki o ‘zdrowych’ muffinkach :) Kilka sympatycznych przepisów, lecz dopiero po wypróbowaniu ich będę mogła coś więcej na ich temat powiedzieć.
*

Książka z przepisami z królewskiego warzywnika zaintrygowała mnie wielce już samym tytułem i z przyjemnością przeczytałam proponowane przez wersalskich szefów przepisy, pięknie zdobione delikatnymi akwarelami.
*

livres_saveursdupotagerduroi

Jest to z pewnością pomysł na ciekawy, oryginalny prezent, gdyż książka zdecydowanie jest z tych niebanalnych.

Oczywiście nie mogłam wyjść z biblioteki niczego nie wypożyczając ;) Tym razem jest mniej deserowo a bardziej wegetariańsko i zdrowo :) Tak więc na otarcie łez mam 12 kolejnych ciekawie zapowiadających się książek, jednak testować będę dopiero po powrocie z wakacji, ale to już tuż-tuż ;)
A tymczasem wybieram się na ‘truskawkobranie’ na zaprzyjanioną farmę, choć aura niestety dziś zbytnio temu nie sprzyja. Ale trzeba przecież jakoś uczcić ten pierwszy ‘oficjalny’ dzień truskawkobrania! Więc jeśli nie będzie padać mocniej niż teraz, to i tak mam zamiar pojechać na truskawkowe pole :)

Pozdrawiam serdecznie!

I już teraz zapraszam na truskawkowe co nieco :)

*