Archiwum z 2010

Powroty i aromatyczna sól

poniedziałek, 30 Sierpień 2010

Moja krótka, wakacyjna przerwa niestety dobiegła już końca… Dziękuję Wam wszystkim serdecznie za komentarze i przepraszam, że odpisuję dopiero dziś, jednak te mini-wakacje spędzaliśmy z dala od komputera i internetu i dopiero od wczoraj wracam do ‘normalnego’ życia ;)
*

engadine2010

*

Jak zwykle nie mieliśmy ochoty wracać. Sami bowiem chyba przyznacie, że trudno się rozstawać z tego typu widokami! Ale nie tylko o widoki chodzi, to coś więcej; tam naprawdę czuć jakąś niesamowitą, pozytywną energię, a wszystkie drobne ‘dolegliwości’ znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Może rzeczywiście tak wygląda raj? ;)

Przywieźliśmy więc mnóstwo pozytywnych wrażeń, sporo zdjęć oraz – rzecz jasna – trochę regionalnego prowiantu ;) Ale o tym wszystkim będzie nieco później, mam nadzieję pod koniec tygodnia, proszę więc o cierpliwość :)

*
*  *  *

selauxlegumes3A dziś pewien ‘zaległy’ przepis, jeden z kilku, które czekają w kolejce już od jakiegoś czasu i z którymi niestety nie zdążyłam przed wyjazdem. Ale kto wie, może jeszcze się komuś przyda? To bardzo sympatyczny pomysł na domową, aromatyzowaną warzywami sól.

Jest ona świetnym dodatkiem do wszelakich dań, a oprócz tego, że jest niezwykle aromatyczna, to jest też sympatycznym pomysłem na kulinarny podarek, bardzo ‘ozdobnie’ się bowiem prezentuje ;) Jeśli macie suszarkę do warzyw, to oczywiście możecie jej właśnie użyć, jednak jeśli jej nie posiadacie, warzywa można przygotować w piekarniku, susząc je przez 8 godzin w temp. 50°. Jeśli dysponujecie tylko jedną blachą, przygotujcie warzywa tylko z połowy porcji, by mogły odpowiednio się wysuszyć.

Do tej warzywnej soli możemy też dodać nasze ulubione suszone zioła lub przygotować np. wersję z samymi tylko ziołami. Bardzo lubię taką sól do pieczonych warzyw czy ryby, również np. z dodatkiem otartej skórki z cytryny. Zachęcam Was do eksperymentów :)

*

I zapraszam na przepis :

*

selauxlegumes1

Sól z dodatkiem suszonych warzyw

proporcje na dwie blachy do pieczenia*

500 g pomidorów
350 g cukini
1 czerwona lub żółta papryka
+ sól (350 – 500 g w zależności od tego, czy chcemy by mieszanka była bardziej lub mniej 'warzywna')
opcjonalnie – ususzone, ulubione zioła (np. bazylia / tymianek / rozmaryn / majeranek itp.)

*jeśli dysponujemy tylko jedną blachą – przygotować połowę porcji

Warzywa umyć i osuszyć. Pomidory pozbawić nasion i pokroić w paski (ja częściowo obrałam je ze skórki). Cukinie pokroić w cienkie plasterki. Paprykę pozbawić nasion i pokroić w paski (obrałam ją ze skórki).
Warzywa rozłożyć na 2 blachach wyłożonych papierem i suszyć w piekarniku w 50° przez ok. 8 godzin. Drzwiczki piekarnika pozostawić lekko uchylone (wkładamy np. drewnianą łyżkę). Co 2 godziny przemieszać warzywa i przemienić miejscami blachy z dolnego poziomu na górny i vice versa (zamiast metody ‘piekarnikowej’ można oczywiście użyć suszarki do owoców i warzyw, jeśli takową posiadamy).
Po wysuszeniu pozostawić warzywa do wystygnięcia, drobno pokroić i wymieszać z naszą ulubioną solą (zrobiłam dwie porcje – jedną z fleur de sel, a drugą z solą Maldon, w płatkach). Można również dodać nieco suszonych ziół.
Przechowywać w ciemnym i suchym miejscu do pół roku.

*

selauxlegumes2

*

przepis oryginalny : Betty Bossi ‘De bonne conservation’

Mirabelki, dżem i Piąta Pora Roku

środa, 18 Sierpień 2010

owocesierpien2
*

Jak wspominałam niedawno, powoli wkraczamy już w śliwkowy sezon. Ponoć za mniej więcej miesiąc pojawią się węgierki, a póki co królują już renklody, mirabelki oraz wszelkie inne (również te ‘węgierkopodobne’ ;) ) śliwki.
Jako że w sobotę wyjeżdżamy (nareszcie! :) ) na krótki (stanowczo za krótki… ;) ) wypoczynek, stwierdziłam, że trzeba już teraz zająć się mirabelkami, we wrześniu bowiem może być już za późno (a raczej z pewnością będzie za późno…).
Przygotowałam więc moje ulubione mirabelkowe dżemy : jeden z dodatkiem rumu, drugi z amaretto (obydwa pyszne!). Był to pierwszy ‘inny’ dżem na jaki zdecydowałam się naście lat temu, zaczynając moją przetworową działalność ;) Wcześniejsze były dosyć klasyczne, czyli owoce + cukier (za każdym razem coraz mniej cukru ;) ), a ten oto mirabelkowy zapoczątkował moją niezaprzeczalną miłość do dżemów z dodatkiem rumu właśnie (nie martwcie się, jadam je bardzo rzadko ;) ).

Tym razem użyłam jasnego cukru trzcinowego, dzięki czemu dżem ma śliczny, złocisty kolor. Jesienny? Nie, nie ! To kolor Piątej Pory Roku :) Tym właśnie mianem określa się bowiem późne lato w tradycyjnej medycynie chińskiej. Tak jak pisałam prawie dwa lata temu (klik) - to czas przejściowy między pełnią lata a jesienią. To okres najbliższego kontaktu z Ziemią. A jako, że kolor żółty i brązowy tę porę roku charakteryzują, to dzisiejszy mirabelkowy dżem idealnie tutaj pasuje :)

*

confitmirabelles

Dżem mirabelkowy z rumem lub amaretto

2 kg mirabelek lub renklod (waga po wypestkowaniu)
ok. 500g cukru
1 laska wanilii*
3 łyżki soku z cytryny
ok. 40-50 ml rumu lub amaretto

* w tym roku do jednej porcji zamiast wanilii dodałam stratej tonki

metoda I
Owoce umyć, osuszyć i wypestkować; laskę wanilii przekroić wzdłuż na pół i ostrzem noża wyjąć ziarenka. Owoce zasypać cukrem wymieszanym z wanilią i pozostawić na min. 12 godzin. Następnie zagotować i smażyć na średnim ogniu dość często mieszając.  Gdy owoce stają się już ‘przeźroczyste’, a dżem ma odpowiednią konsystencję – dodać rum i sok z cytryny i gotować jeszcze chwilę.
Gorący dżem przełożyć do czystych, gorących, wyparzonych (i osuszonych) lub wypieczonych słoików i natychmiast zakręcić.

metoda II
Tym razem (z braku czasu) dżem zrobiłam tak, jak robię powidła śliwkowe, czyli  pierwszego dnia owoce smażyłam przez ok. 45 minut, odstawiłam je na jeden dzień, po czym ponownie zagotowałam dżem i smażyłam do otrzymania odpowiedniej konsystencji.

Jeśli chcemy dżem przechowywać dość długo – radzę go dodatkowo zapasteryzować (wpis o pasteryzacji tutaj – klik).

Przy okazji przypominam również wpis o pektynach, tutaj – klik.

*   *   *   *   *

A teraz już powoli żegnam się z Wami na mniej więcej półtora tygodnia. Dostęp do internetu będę mieć mocno ograniczony, wybaczcie więc, jeśli nie będę mogła odpowiedzieć na Wasze ewentualne pytania.

Przed wyjazdem chciałam również opublikować wpis o przetworach z owoców czarnego bzu, nie jestem jednak pewna, że ze wszystkim zdążę na czas; wolę więc na razie nic nie obiecywać ;)

Mam jeszcze (jak zwykle…) million spraw do załatwienia przed wyjazdem i właśnie się zastanawiam, czy i o której godzinie uda mi się dziś pójść spać ;) Ale to nic – myśl o tym, że znów będę w jednym z moich ulubionych miejsc dodaje mi energii i pozwala nie czuć zmęczenia.

*

engadin1
*
O soboty gościć będziemy w Alpach wschodnich, w retoromańskiej części Szwajcarii  : w Gryzonii (nie mylić z gryzoniami ;) ), a ściślej rzecz biorąc – w Engadynie.

*

engadin2
*

I choć w tym roku typowo górskich wycieczek raczej nie będzie (stopa niestety nadal na to nie pozwala :(  ), to będzie dużo spacerów i kontemplacji tych cudownych, alpejskich widoków. I do tego jeszcze wspaniałe termy, praktycznie kilka minut od naszego lokum. Już teraz wiem, że znów nie będzie nam się chciało wracać… ;)

*
Pozdrawiam serdecznie!

*

Awokado, pistacje i maliny

piątek, 13 Sierpień 2010

awokadoimaliny0111

*

Awokado gości na moim stole wyjątkowo często, szczególnie teraz latem. Ten niezwykle zdrowy owoc (witaminy, błonnik, dobre – nienasycone – tłuszcze, potas, magnez, fosfor, białko, oraz duże właściwości przeciwutleniające...) to wspaniały dodatek do szybkich sałatek, a także ‘baza’ do przygotowania jednej z moich ulubionych przekąsek – guacamole - klik. Najczęściej używam awokado do przygotowania dań wytrawnych, jednak kiedy w jednym z tutejszych czasopism zobaczyłam zdjęcie tarteletek / babeczek z malinami i awokado stwierdziłam, że pora na zmiany i na wypróbowanie również tej słodkiej wersji :)

Babeczki te robiłam już kilka razy, modyfikując nieznacznie proporcje i dodatki (oryginał ‘gazetowy’ był zdecydowanie najmniej udany ;) ). Piekłam je np. z mlekiem kokosowym, jednak ta wersja nie do końca mi posmakowała, ciasto było bowiem nieco mdłe. Ostatecznie wygrała wersja na mleku ryżowym, z dodatkiem sporej ilości otartej skórki cytrynowej oraz limoncello (za pierwszym razem) i rumu (za drugim). Alkohol możemy oczywiście pominąć, nadaje on jednak temu ciastu dodatkowego aromatu i przyjemnego smaku, polecam więc użycie jednej z tych dwóch ‘procentowych’ propozycji ;)

Dziś już śmiało mogę stwierdzić, że awokado, pistacje, maliny i cytryna to bardzo udany kwartet :)

*

awokadoimaliny2

Tarteletki / babeczki z awokado i malinami

ok. 8 indywidualnych foremek ‘tarteletkowych’ o śr. 10 cm

60 g tłuszczu roślinnego (lub miękkiego masła)
150 g cukru (u mnie zmielony trzcinowy)
3 jajka
otarta skórka z 1 cytryny i 1 limonki
100 ml mleka (u mnie ryżowe)
3 łyżki limoncello lub rumu (można pominąć)*
2 dojrzałe awokado
180 g mąki
100 g zmielonych pistacji
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
ok. 200 g malin
cukier puder do posypania

* jeśli rezygnujemy z dodatku alkoholu, radzę dodać 3 łyżki mleka więcej lub ok. 30 g mąki mniej

Piekarnik nagrzać do 180°.
Awokado przepołowić, pozbawić pestki a miąższ rozetrzeć widelcem.
Tłuszcz utrzeć z cukrem do białości. Dalej miksując dodawać po jednym jajku, a gdy masa jest już jednolita dodać otartą skórkę z cytryn, mleko, limoncello lub rum i awokado i dobrze wymieszać. Następnie partiami dodawać mąkę wymieszaną z solą i proszkiem oraz pistacje i ponownie dobrze wymieszać. Masę przelać do natłuszczonych foremek i  nałożyć po kilka malin. Piec ok. 35 min.
Wystudzić na kratce, a przed podaniem udekorować pozostałymi malinami i posypać cukrem pudrem.

Uwaga :
- ciasto pieczone w jednej większej foremce (np. tortownica o śr. 22 cm) ma niestety tendencje lekko ‘zakalcowe’, radzę więc użyć indywidualnych foremek, w których ciasto o wiele szybciej i lepiej się wypieka

*
(przepis oryginalny - Betty Bossi)

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Czarna porzeczka, brzoskwinie i ciasto

poniedziałek, 9 Sierpień 2010

Czas płynie nieubłaganie. Jeszcze całkiem niedawno był lipiec pełen truskawek, malin i wiśni, a dziś przepełnione słońcem owoce lata powoli ustępują już miejsca wszelakim śliwkom; renklody, mirabelki czy pękate, okrągłe śliwki zaczynają panoszyć się na straganach. Są już nawet pierwsze dynie, na razie jednak udaję, że ich nie widzę ;) Dopiero pod koniec września jak zwykle stracę dla nich głowę (tak jak rok temu – tutaj na ten przykład ;) )

Powoli kończą się również porzeczki. W sobotę na targu przeżyłam chwile grozy ;) dopiero bowiem na jednym z ostatnich odwiedzanych przeze mnie straganów udało mi się znaleźć czarną porzeczkę. A skoro już o czarnej porzeczce mowa, to czy znacie coś, co jest bardzo do niej podobne, lecz o nieco większych owocach ?

*

czarnaporzeczkaijosta2

po lewej - czarna porzeczka, po prawej – josta

*
Ten owoc to josta, po polsku zwana również porzeczko-agrestem, gdyż jest to skrzyżowanie czarnej porzeczki i agrestu właśnie; w smaku owoce rzeczywiście przypominają i porzeczkę i agrest, są mniej cierpkie od porzeczki, mają jednak jej delikatny aromat. Ich nazwa pochodzi od niemieckich nazw tych dwóch owoców (jako, że to niemieckiemu botaniście i genetykowi zawdzięczamy powstanie tej odmiany) : Johannisbeere (czarna porzeczka) -"Jo" oraz Stachelbeere (agrest) - "Sta" (cytuję za Wikipedią).

Przyznaję, że to w tym roku po raz pierwszy miałam okazję posmakować owoców josty (te na zdjęciu pochodzą z ogródka koleżanki z pracy, a właściwie jej sąsiadki ;) ). Trudno mi powiedzieć, czy je polubiłam… Nie jest to raczej miłość od pierwszego wejrzenia (a raczej od pierwszego skosztowania ;) ), ale z pewnością dam im jeszcze jedną szansę. Może to dlatego, że nie jestem wielką fanką agrestu? Jeśli jednak agrest lubicie, to i josta z pewnością również Wam posmakuje.

Wróćmy jednak do cudem ‘upolowanej’ w sobotę czarnej porzeczki ;) Dokupiłam jej do towarzystwa brzoskwinie i zatopiłam owoce w migdałowym, delikatnym cieście z dodatkiem ziarenek tonki i amaretto. Smak czarnej porzeczki i brzoskwini świetnie się uzupełnia, słodycz brzoskwini bowiem równoważy cierpkość porzeczki. Przyzam, że jeszcze nigdy ciasto nie zostało u nas skonsumowane w tak szybkim tempie. Szczególnie przez tych, którzy ponoć nie lubią ciast z owocami ;)

*

brzoskwiniaczarnaporzeczka2

Migdałowe ciasto z brzoskwiniami i czarną porzeczką

na tortownicę o średnicy 24 cm

2 brzoskwinie
ok. 200 g owoców czarnej porzeczki

80 g tłuszczu roślinnego lub miękkiego masła
150 g cukru + 1 łyżka (u mnie jasny trzcinowy)
2 jajka
otarta skórka z 1 cytryny
120 g bardzo drobno zmielonych migdałów
120 g mąki
spora szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki amaretto (można pominąć lub zastąpić np. rumem)
1 nasionko tonki - starte na najmniejszych oczkach (można zastąpić ziarnami z 1/2 laski wanilii)

Piekarnik nagrzać do 180°.
Owoce umyć i dokładnie osuszyć. Brzoskwinie przepołowić, wypestkować i każdą połówkę pokroić na 4-5 części.
Tłuszcz utrzeć z cukrem do białości. Dalej miksując dodawać po jednym jajku, a gdy masa jest już jednolita dodać otartą skórkę z cytryny, amaretto oraz – partiami – migdały i mąkę wymieszaną z solą, proszkiem i startym nasionkiem tonki (odrobinę tonki zachować). Ciasto przelać do natłuszczonej i delikatnie wysypanej mąką formy, ułożyć owoce i posypać dodatkową łyżką cukru wymieszaną z odrobiną startej tonki. Piec ok. 45 min (lub do suchego patyczka).

*

Smacznego !

*

brzoskwiniaczarnaporz02

Biała rzepa i pseudo krupnik

czwartek, 5 Sierpień 2010

Czy zgadniecie, jakie było pierwsze polskie słowo, którego nauczył się mój mąż? (poza zwrotami grzecznościowymi rzecz jasna ;) ) Otóż był to… krupnik! Ku uciesze mojej mamy, krupnik bardzo mu posmakował i od tego czasu regularnie gości on na naszym stole. I choć nie zawsze może podobny jest do tego tradycyjnego, to i tak nazywam go krupnikiem. Jak na przykład dziś. Choć dziś wolę nazwać go jednak pseudo krupnikiem, by nie narazić się tradycjonalistom ;)

*

navetblanc*

Do tego pseudo krupniku użyłam warzywa, które chyba dosyć rzadko gości na polskich stołach, a mianowicie białej rzepy (czy też białej rzodkwi – po francusku ‘navet’). Najbardziej lubię tę młodą, która pojawia się na straganach na początku lata, ma bowiem delikatniejszy smak i nawet Ci, którzy za nią nie przepadają – nie wyczuwają jej w moim pseudo krupniku ;) Oczywiście zupę można przygotować również bardziej tradycyjnie - z ziemniakami zamiast białej rzepy. I do tego sporo natki pietruszki oraz kilka łodyżek lubczyku z mojej balkonowej hodowli (lubczyk na szczęście przetrwał atak mszyc, a wszystko to za sprawą larw biedronek, o których wspominałam tutaj :) ). I jeszcze spora szczypta kurkumy – dla słonecznego koloru i dla zdrowia ;)

Wpis czekał na publikację już od czerwca, jednak temperatury tych ostatnich dwóch miesięcy nie sprzyjały pisaniu o rozgrzewających zupach ;) Dziś jednak jest mokro i szaro (i trochę chłodno…) zupa więc ponownie bulgocze w garnku. A przy okazji zagości też i na blogu ;)

(całkiem niedawno o białej rzepie pisała również Miss_Coco a propos wytrawnej tarty tatin z białą rzepą właśnie, serdecznie polecam Wam lekturę jej posta – klik).

*

pseudokrupnik3

Pseudo krupnik z białą rzepą

6 łyżek kaszy jęczmiennej
ok. 1,3 – 1,5 litra bulionu
ok. 500 g warzyw (np. 150 – 200 g marchewki + 300 g białej rzepy lub ‘mieszanki’ rzepy i ziemniaków)*
1/2 łyżeczki kurkumy
1-2 liście laurowe
kilka ziarenek ziela angielskiego oraz czarnego pieprzu
natka pietruszki + kilka gałązek lubczyku

Kaszę dobrze wypłukać w zimnej wodzie (kilkukrotnie  ją zmieniając). Następnie zalać ją bulionem, dodać przyprawy i gotować ok. 15-20 minut.
W tym czasie przygotować warzywa : umyć je i zetrzeć na tarce na dużych otworach (ziemniaki kroimy w małą kostkę). Do kaszy dodać warzywa i gotować jeszcze ok. 20-25 minut. Na kilka minut przed końcem gotowania dodać poszatkowaną natkę pietruszki i lubczyk (ile lubimy).

Smacznego!

*
*Liście tej młodej rzepy możemy wykorzystać do zrobienia pysznej, zielonej zupy, np. takiej jak ta z liści rzodkiewki – klik.


*

Ciasto z morelami, jeżynami i marcepanową kruszonką

niedziela, 1 Sierpień 2010

paindupremaout01
*

Dziś, jak zwykle 1-go sierpnia (o czym wspominałam Wam rok temu), w dzień święta narodowego w Szwajcarii, zgodnie z panującą tu tradycją ;) obudził nas koncert orkiestry dętej ;)) I jak zwykle już o 6 rano rzecz jasna! :D Na szczęście tym razem nie zatrzymano się tuż pod naszym balkonem, dzięki czemu uniknęłam zawału serca, o który co roku przyprawia mnie odgłos trąbki wyrywający nas z głębokiego snu. Tak chyba wyglądają pobudki na obozach harcerskich (to tylko moje domysły, nigdy na takowym nie byłam ;) ). W niedzielę rano, w jedyny dzień w tygodniu kiedy mogę nie nastawiać budzika, średnio lubię tego typu ‘przyjemności’. Dobrze, że to tylko raz w roku ;)

Taka pobudka o świcie ma swoje dobre strony – dzięki temu bowiem mam czas poranną kawę, na prasę oraz na leniwe, niedzielne śniadanie. A na to dzisiejsze nie mogło rzecz jasna zabraknąć tradycyjnych bułeczek mlecznych z charakterystycznym nacięciem w kształcie krzyża i ze szwajcarskimi chorągiewkami :)

*

paindupremaout02
*

Tym razem upiekłam je na mleku kozim (alergii ciąg dalszy…), a masło zastąpiłam oliwą (przepis oryginalny znajduje się tu – klik ).
A do dzisiejszych bułeczek – prezentowany w poprzednim wpisie dżem brzoskwiniowo-morelowy z malinami, który kolorystycznie idealnie pasuje do szwajcarskiej flagi ;)

Do kawy zaś będzie ciasto z ‘narodowym’ owocem, czyli z morelami :) Tym razem w połączeniu z jeżynami i marcepanową kruszonką. W jednym z ostatnich numerów ‘Living’ Marthy Stewart zauroczyło mnie zdjęcie tarty z morelami i jeżynami właśnie, stwierdziłam więc, że wykorzystam ten pomysł i do mojego dzisiejszego ciasta. I okazało się, że te dwa owoce bardzo lubią swoje towarzystwo! A jako że morele lubią się również z kardamonem, to właśnie nim ‘doprawiłam’ ciasto. I do tego – marcepanowa kruszonka, by przełamać lekko kwaskowy posmak owoców (inspiracja kruszonką Bajaderki, z przepisu na tę tartę – klik).
Bazą przepisu jest najprostsze w przygotowaniu ciasto ucierane (część tłuszczu możemy też zastąpić np. 3-4 łyżkami kwaśnej śmietany czy gęstego jogurtu), które – za sprawą niewielkich tylko modyfikacji – świetnie smakuje z wszystkimi sezonowymi owocami. A marcepanowa kruszonka, która lekko ‘roztapia’ się na cieście, idealnie komponuje się ze smakiem moreli i jeżyn.

*

gateauabricotsmures

Ciasto z morelami, jeżynami i marcepanową kruszonką

na tortownicę o śr. 24 cm

kruszonka marcepanowa*
60 g marcepana
40 g mąki
30 g cukru (użyłam trzcinowego)
30 g masła
* do ciasta zużyłam mniej więcej 2/3 z  tych proporcji

owoce
ok. 15 - 16 moreli
ok. 150 g - 180 g jeżyn

ciasto
150 g tłuszczu roślinnego lub miękkiego masła
150 g cukru
2 duże jajka (lub 3 mniejsze)
150 g mąki
szczypta soli
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
1,5 łyżeczki zmielonego kardamonu
otarta skórka z 1 cytryny

Marcepan zetrzeć na tarce (radzę wcześniej go schłodzić - można go włożyć na kilkanaście minut do zamrażalnika). Wszystkie składniki kruszonki wymieszać i posiekać, by utworzyły się ‘grudki’. Gotową kruszonkę przykryć folią i odstawić w chłodne miejsce.
Piekarnik nagrzać do 180°.
Owoce umyć i dokładnie osuszyć. Morele przepołowić, wypestkować i pokroić na ćwiartki.
Masło utrzeć (zmiksować) z cukrem do białości. Dalej miksując dodawać po jednym jajku, a gdy masa jest już jednolita dodać otartą skórkę z cytryny oraz – partiami – mąkę wymieszaną z solą, proszkiem i kardamonem. Ciasto przelać do natłuszczonej i delikatnie wysypanej mąką formy, ułożyć owoce i posypać marcepanową kruszonką. Piec ok. 45 min (lub do suchego patyczka).

*

Smacznego!

*

gateauabricotsmures011

ciasto przed pieczeniem

*

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę miłej, słonecznej niedzieli :)

*

Przetwory z moreli

czwartek, 29 Lipiec 2010

abricots1
*
Lipiec dobiega już końca, pora więc pomyśleć o przetworach z moreli ;)
Tutaj konfitura morelowa (czy też dżem) to tradycja, nie może więc zabraknąć choć kilku słoiczków domowych przetworów z moreli na zimę. Niestety tradycyjna tego typu konfitura (czyli np. ta robiona przez teściową ;) ) nie wchodzi u mnie w rachubę; nie jestem bowiem w stanie przełknąć czegoś, co zawiera blisko kilogram cukru na kilogram owoców. Swoje dżemy robię po to, by czuć w nich przede wszystkim smak owoców, a nie cukru, dlatego ‘okrajam’ ten składnik jak tylko mogę.

Dżemy / konfitury lubię wzbogacać przyprawami czy ziołami. Dzięki temu co sezon z tych samych owoców można wyczarować coś innego. I tak do moreli na przykład świetnie pasuje wanilia, kardamon, cynamom, imbir a nawet szafran, który dodatkowo nadaje owocom pięknego, intensywnego koloru. Rozmaryn, werbena cytrynowa a przede wszystkim lawenda również są godnymi polecenia partnerami dla moreli. A propos lawendy – jeśli używamy kwiatów (suszonych lub świeżych) warto zawinąć je w gazę i wyciągnąć je pod koniec smażenia, by smak nie stał się zbyt intensywny i ‘mydlany’ (od pewnego czasu zamiast kwiatów lawendy używam naturalnego olejku eterycznego, który jest prawdziwą ‘esencją’ rośliny i który wg mnie nadaje potrawom bardziej subtelnego aromatu).

Wybierając owoce do przygotowania dżemów / konfitur pamiętajmy, by były one dobrze dojrzałe, jednak nie za bardzo, gdyż im bardziej dojrzałe owoce, tym mniej zawierają one pektyny, co jest logiczne : dojrzały owoc = o wiele więcej cukru = o wiele mniej kwaśności, a im mniej kwaśny owoc – tym mniej pektyny; wtedy możemy ewentualnie dodać np. nieco soku z cytryny (ok. 2-3 łyżki na każdy kilogram owoców, połowę na początku smażenia, a połowę pod koniec) co - obniżając Ph preparacji powoduje lepsze ‘ścinanie’ się masy. Możemy też oczywiście dodać samej pektyny lub bogatych w nią owoców, o czym wspominałam również tutaj – klik.

Do dżemów z moreli czy brzoskwini bardzo często obieram owoce ze skórki – w tym celu zalewam je wrzątkiem i pozostawiam na ok. minutę, po czym natychmiast przekładam je do zimnej wody i po chwili obieram. Jako że nie używam cukrów żelujących, to owoce smażę dosyć długo, nie przeszkadza mi bowiem konsystencja marmolady, wręcz przeciwnie ;) Jeśli jednak chcemy by owoce nie były zbytnio ‘rozgotowane’ a konfitura nadal pozostaje dosyć płynna, możemy ‘wyłowić’ owoce i dalej gotować sam pozostały w rondlu sok (dodając również to co skapuje z odłożonych owoców), aż do otrzymania odpowiedniej konsystencji; wtedy przekładamy owoce ponownie do garnka, gotujemy jeszcze ok. 5 minut i napełniamy  wyparzone / wypieczone słoiki.

Jeśli zaś chcemy naszej konfiturze nadać charakterystycznego aromatu – dodajmy do niej kilka gorzkich ‘migdałów’ znajdujących się w pestce moreli : pestkę rozgniatamy, wyciągamy ‘migdał’, blanszjemy go, obieramy ze skórki i dodajemy go do naszej konfitury (ok. 5 sztuk na kilogram owoców). Pod warunkiem oczywiście, że lubimy ten posmak ;)
A samych pestek z moreli nie wyrzucamy! Wkładamy je do dużego słoja (najlepiej jeśli będą mieć ‘przyczepiony’ jeszcze kawałek owocu), zasypujemy cukrem (500-600 g na ok. 100 pestek), dodajemy kilka gorzkich ‘migdałów’ + ewentualnie dwie morele, zalewamy alkoholem (ok. 1 litr) i po kilku miesiącach otrzymujemy pyszną nalewkę ;) A przy okazji wielce ekologiczną, nic się bowiem w naszej kuchni wtedy nie zmarnuje :D

Dziś jednak nie o nalewce ma być, a o przetworach, choć i coś ‘procentowego’ znajdzie się na końcu listy ;)
*

confitureabricotslav

Dżem morelowy z lawendą (lub kardamonem)

1 kg moreli (waga po wypestkowaniu)
ok. 250 cukru
3 źdźbła lawendy (lub 2 krople naturalnego olejku eterycznego)*
dodatkowo : sok z cytryny lub pektyna naturalna

* lawendę możemy zastąpić zmielonym kardamonem

metoda I
Morele sparzyć i pozostawić we wrzątku na ok. minutę, następnie przełożyć je do zimnej wody, obrać ze skórki, wypestkować i pokroić na kawałki. Owoce zasypać cukrem, przykryć i odstawić minimum na 12 godzin (ewentualnie mieszając od czasu do czasu). Następnie dodać lawendę (lub kardamon) i smażyć owoce regularnie mieszając aż do otrzymania odpowiedniej konsystencji (ewentualnie dodając sok z cytryny lub odrobinę naturalnej pektyny, jeśli dżem nadal jest zbyt płynny).
Gorący dżem przełożyć do czystych, gorących, wyparzonych (i osuszonych) lub wypieczonych słoików.
Jeśli chcemy dżem przechowywać dość długo – radzę go dodatkowo zapasteryzować (przypominam wpis o pasteryzacji tutaj – klik).

metoda II (dwudniowa)
Przygotować owoce jak wyżej (obrać ze skórki, wypestkować i pokroić) i gotwać je bez dodatku cukru przez ok. 30-45 minut. Odstawić.
Następnego dnia owoce ponownie zagotować, po kilku minutach dodać cukier i ewentualne przyprawy i smażyć do otrzymania odpowiedniej konsystencji. Następnie – postępować jak powyżej.

W ten sposób przygotowuję co roku moje powidła śliwkowe i metoda ta sprawdza się również i tutaj, w przypadku moreli.

* * * * *

Poniższy dżem to aktualny hit  tegorocznego lata ;) W weekend będę go robić ponownie, z podwójnej porcji, niesamowicie bowiem wszystkim posmakowal.

*

abricotpecheframboise

Dżem brzoskwiniowo-morelowy z malinami

waga owoców po wypestkowaniu

700 g brzoskwiń
500 g moreli
250 g malin
60 ml wody
ok. 200 g cukru
1 laska wanilii (można pominąć)
otarta skórka z cytryny
dodatkowo : sok z cytryny lub pektyna naturalna

Brzoskwinie i morele sparzyć i pozostawić we wrzątku na ok. minutę, następnie przełożyć je do zimnej wody, obrać ze skórki, wypestkować i pokroić na kawałki. Laskę wanilii przekroić wzdłuż na pół i ostrzem noża wyjąć ziarenka.  Owoce wymieszać ze skórką cytrynową oraz z ziarenkami wanilii, zasypać je cukrem, dodać obie połówki laski, przykryć i odstawić na minimum 12 godzin (ewentualnie mieszając od czasu do czasu).
Maliny gotować w wodzie przez ok. 5 minut, następnie przetrzeć je przez sito, by pozbawić je pestek; otrzymany sok dodać do zasypanych cukrem owoców (to na tym etapie dodajemy ewentualnie również sok z cytryny). Smażyć owoce (regularnie mieszając) aż do otrzymania odpowiedniej konsystencji (pod koniec smażenia możemy również dodać odrobinę naturalnej pektyny).
Gorący dżem przełożyć do czystych, gorących, wyparzonych (i osuszonych) lub wypieczonych słoików.
Jeśli chcemy dżem przechowywać dość długo – radzę go dodatkowo zapasteryzować (wpis o pasteryzacji tutaj – klik).

Oczywiście owoców nie musimy obierać ze skórki, a maliny możemy dodać do dżemu bez uprzedniego przecierania, jeśli ich pestki nam nie przeszkadzają; możemy też ewentualnie dodać odrobinę rumu na przykład. Morele możemy pominąć i użyć tylko brzoskwiń i malin, mnie jednak to trio bardzo przypadło do gustu.

(inspiracja : Marie Leteuré - ‘Mes petits pots de confiture’)

* * * * *

I na koniec dwie propozycje dla tych, którzy szukają czegoś mniej pracochłonnego :

*

abricotssiroplav2

Morele w syropie

(zrobione tak, jak prezentowane zeszłej jesieni śliwki w słodkiej marynacie – klik)

1 kg moreli (waga po wypestkowaniu)
2 szklanki wody
2,5 szklanki cukru
1,5 łyżeczki kwasku cytrynowego (można pominąć)
lawenda (użyłam 2 kropli naturalnego olejku eterycznego)

Morele - dojrzałe lecz jędrne – sparzyć i pozostawić we wrzątku na ok. minutę, następnie przełożyć je do zimnej wody, obrać ze skórki, wypestkować i ułożyć w suchych, wyparzonych słoikach (nie uciskając ich zbyt mocno).
Wodę zagotować z cukrem, następnie dodać kwasek cytrynowy i ewentualnie olejek lawendowy (lub kwiaty lawendy) i zalać wrzątkiem owoce. Słoiki zakręcić  i pasteryzować jak zazwyczaj. Wystudzone słoiki odstawić w ciemne i chłodne miejsce na minimum 2 miesiące.

*

* * * * *

*
abricotsrhumvanille

Morele w rumie

1 kg moreli (waga po wypestkowaniu)
500 – 600 g cukru
rum
1-2 laski cynamonu lub wanilii
+ ewentualnie spirytus : na każde 500 ml rumu ok. 150 ml spirytusu (można pominąć)

Morele sparzyć i pozostawić we wrzątku na ok. minutę, następnie przełożyć je do zimnej wody, obrać ze skórki, wypestkować i ułożyć w suchym, wyparzonym słoju (lub w kilku mniejszych). Owoce zasypać cukrem* i zalać alkoholem tak, by przykrył on owoce. Zamknąć szczelnie słoik i odstawić w ciemne miejsce na minimum 2 miesiące. Regularnie ‘potrząsać’ słoikiem by cukier dobrze się rozpuścił.

*cukier możemy też ewentualnie rozpuścić wcześniej w niewielkiej ilości rumu, podgrzewając go bardzo delikatnie w rondelku (delikatnie, by alkohol nie wyparował)

*

* * * * *

To tyle na dziś, jak zwykle zrobiło się dłużej, niż przypuszczałam… I później, niż przypuszczałam ;) Dobrze, że jutro już piątek :)
Pozdrawiam serdecznie! I życzę Wam słonecznego weekendu :)

*

Tarta czerśniowa z pistacjami

sobota, 24 Lipiec 2010

tartecerisepistache*

Dziś nadal czereśniowo, choć tym razem – zamiast przetworów – proponuję Wam tartę. Pod warunkiem jednak, że a) i u Was jest również trochę chłodniej lub b) rozgrzewanie piekarnika w upały nie jest Wam straszne ;)
To kolejny przepis, który spodobał mi się już w zeszłym sezonie, jednak który udało mi się wypróbować dopiero teraz (tak, tak, jak zwykle wszystko przez tę nieszczęsną stopę ;)).

Jest tak jak lubię : szybko, prosto i niezwykle aromatycznie. A wszystko to za sprawą połączenia czereśni i pistacji, które świetnie ze sobą współgrają. Do ‘wersji podstawowej’ dodałam również od siebie kruszonkę pistacjową, zrobioną na bazie tej oto kruszonki migdałowej – klik. A à propos kruszonki jeszcze - świetnie sprawdziła się ona również jako dodatek do czereśniowo-wiśniowego ‘crumble’, do którego owoce dodatkowo wymieszałam z odrobiną otartej skórki z cytryny, cukru muscovado i amaretto. Czasami trudno mi zdecydować, czy wolę owocowe tarty, czy jednak samo 'crumble' ;)

*

tartecerisespistaches1

Tarta czereśniowa z pistacjami

(inspiracja : ‘Petit Larousse des recettes aux fruits du verger’)

forma kwadratowa o boku 22 cm lub okrągła o średnicy 24-26 cm

na ciasto :
80 g zimnego masła (u mnie : na bazie tłuszczu roślinnego)
150 g mąki
30 g cukru
30 ml zimnej wody

kruszonka pistacjowa :
50 g masła (lub tłuszczu roślinnego)
50 g mąki
50 g cukru
50 g drobno zmielonych niesolonych pistacji

500 g czereśni
ok. 120 g niesolonych pistacji
opcjonalnie : 30 g masła + 40 g cukru do posypania (zastąpiłam kruszonką)

Przygotować ciasto : masło pokroić w kostkę, wymieszać z mąką i cukrem i ‘rozcierać’ tworząc grudki. Następnie dodać wodę i szybko zagnieść ciasto. Uformować kulę, zawinąć w folię spożywczą i umieścić w lodówce.
Piekarnik nagrzać do 200ºC.
Składniki kruszonki dobrze razem wymieszać (dosyć szybko) i pokruszyć (lub posiekać), odstawić w chłodne miejsce.
Owoce umyć, osuszyć i wydrylować. Pistacje drobno zmielić.
Ciasto dosyć cienko rozwałkować, wyłożyć / wylepić nim foremkę i ponakłuwać widelcem. Pistacje wysypać na spód ciasta, następnie nałożyć czereśnie i posypać je kruszonką.
(jeśli pomijamy kruszonkę – na spód ciasta wysypać ok. 2/3 pistacji a resztą posypać ułożone na cieście owoce, rozmieścić na nich kawałi masła i posypać cukrem).
Piec ok. 30 - 35 minut.

Zamiast pistacji możemy też użyć zmielonych migdałów i płatków migdałowych do posypania.

*

tartecerisespistachesmini
*

Pozdrawiam serdecznie życząc Wam udanej niedzieli! Moja minie między innymi pod znakiem poprawiania testów oraz…  przetworów, tym razem z moreli ;)

*

Przetwory z wiśni i czereśni

wtorek, 20 Lipiec 2010

Pora napisać choć kilka słów o aktualnych przetworach. Od mniej więcej dwóch tygodni goszczą u mnie wiśnie i czereśnie, których część zakończyła swój żywot zamknięta w słoiczkach. Będą jak znalazł nie tylko na zimowe śniadania ;)

Robiąc domowe dżemy / konfitury należy pamiętać, że owoce dzielą się na te, które zawierają sporo pektyny (jak np. rabarbar czy porzeczka) oraz na te, które zawierają jej mniej (jak truskawki czy czereśnie). A im mniej pektyny, tym większe ryzyko, iż nasz dżem nie będzie niestety odpowiedniej konsystencji. Tym bardziej jeśli – tak jak ja – dodajemy niewielką ilość cukru. Można temu zaradzić na kilka sposobów :
- po pierwsze : smażąc owoce tak długo, aż otrzymamy odpowiednią konsystencję (możemy również smażyć je przez 2-3 dni po kilka / kilkanaście minut za każdym razem)
- po drugie : dodając do nich owoce bogate w pektynę (np. czereśnie + porzeczki i / lub maliny)
- po trzecie : dodając do smażonego dżemu sok z cytryny i / lub naturalną pektynę (część soku możemy dodać na początku smażenia, a część - pod koniec)

Jeśli nie lubimy zbyt długo smażonych owoców, możemy też postąpić następująco : gdy owoce są już miękkie przekładamy je do osobnego naczynia, a pozostały sok gotujemy tak długo, aż będzie odpowiednio gęsty; wtedy ponownie dodajemy owoce, zagotowujemy i przekładamy do słoików.
Możemy również skorzystać z dodatku wspomnianej wyżej pektyny pamiętając jednak, że preparacja stężeje jeszcze podczas stygnięcia. Zamiast kupnej pektyny w proszku możemy też zastosować inny, domowy sposób : na każdy kilogram owoców obieramy ok. 300 g jabłek; skórki oraz pestki zawijamy w gazę i dodajemy pod koniec smażenia dżemu (na ok. 10 minut, ewentualnie nieco dłużej). Jako, że jabłka są naturalnie bogate w pektynę właśnie, świetnie sprawdzają się w roli ‘zagęszczacza’ ;)
Pektynę jabłkową możemy przygotować też w tzw. stanie ‘ciekłym’ : kilogram jabłek gotujemy w ok. 2,5 – 3 litrach wody, do miękkości; następnie dokładnie przecedzamy owoce a otrzymany w ten sposób sok ponownie zagotowywujemy i gotujemy przez ok. 20 minut, aż dobrze zgęstnieje (pod koniec gotowania możemy też dodać sok z 1-2 cytryn, wymieszać i ponownie zagotować).
Oczywiście jabłka, z których przygotowujemy taką domową pektynę powinny być ekologiczne, w przeciwnym bowiem razie nasza preparacja stanie się sokiem pestycydowym ;) a tego zdecydowanie wolimy uniknąć.

(przy okazji przetworów pozwalam sobie również przypomnieć wpis dotyczący pasteryzacji – klik)

A oto kilka dzisiejszych czereśniowo-wiśniowych propozycji, które może i Was zainspirują.

* * * * *

W zeszłym sezonie bardzo posmakował mi mariaż czereśni z kardamonem (np. w tym cieście), postanowiłam więc ponownie połączyć te smaki, tym razem w czereśniowo-wiśniowym dżemie. Kardamonu radzę dodać wedle uznania (ja zazwyczaj na początek dodaję przypraw nieco mniej i ewentualnie ‘dosmaczam’ dżem podczas smażenia).

*

confiturecerisescardamome

Czereśnie i wiśnie z kardamonem

500 g czereśni*
500 g wiśni*
ok. 300 g cukru
ok. 3-4 kapsułki kardamonu (lub ok. ½ łyżeczki już zmielonego kardamonu)
otarta skórka z 1 małej cytryny
(dodatkowo : ok. 2 łyżki soku z cytryny i / lub odrobina pektyny)

* waga po wydrylowaniu

Nasiona kardamonu rozetrzeć w moździerzu. Owoce umyć, osuszyć i wydrylować. Zasypać je cukrem wymieszanym z kardamonem i skórką cytrynową, dodać kilka / kilkanaście pestek, przykryć i odstawić na kilka godzin by puściły sok (a najlepiej na całą noc). Następnego dnia owoce zagotować i smażyć tak długo, aż dżem będzie odpowiedniej konsystencji, od czasu do czasu mieszając i zbierając ewentualne szumowiny z powierzchni dżemu (możemy dodać również ok. 2 łyżki soku z cytryny a jeśli dżem nadal jest zbyt płynny - odrobinę naturalnej pektyny).  Pod koniec smażenia 'wyłowić' pestki owoców i gorący dżem przełożyć do czystych, wyparzonych (lub wypieczonych w piekarniku) słoików i zapasteryzować.

* * * * *

Kolejny dżem to pyszna, aromatyczna mieszanka owoców, przypraw i czerwonego wina. Już teraz smakuje wybornie, jednak te korzenne aromaty będą idealne na zimowo-świąteczny czas.

*

confiturecerisesvinrouge

Czereśnie i wiśnie w czerwonym winie

500 g czereśni*
500 g wiśni*
ok. 300 g cukru
150 ml czerwonego wina
otarta skórka z 1 małej cytryny
otarta skórka z 1 małej pomarańczy
2-3 goździki (lub spora szczypta zmielonych goździków)
1 laska cynamonu (lub ok. ½ łyżeczki zmielonego cynamonu)
odrobina startego imbiru (lub 1/8 – 1/4 łyżeczki zmielonego imbiru)
(dodatkowo : ok. 2 łyżki soku z cytryny i / lub odrobina pektyny)

* waga po wydrylowaniu

Owoce umyć, osuszyć i wydrylować. Zasypać je cukrem wymieszanym z przyprawami i skórkami cytrusowymi, zalać winem, dodać kilka / kilkanaście pestek. przykryć i odstawić na noc. Następnego dnia owoce zagotować i smażyć tak długo, aż dżem będzie odpowiedniej konsystencji, od czasu do czasu mieszając i zbierając ewentualne szumowiny z powierzchni dżemu (możemy dodać również ok. 2 łyżki soku z cytryny a jeśli dżem nadal jest zbyt płynny - odrobinę naturalnej pektyny). Pod koniec smażenia 'wyłowić' pestki owoców i gorący dżem przełożyć do czystych, wyparzonych (lub wypieczonych w piekarniku) słoików i zapasteryzować.

* * * * *

Zeszłego lata, segregując czasopisma kulinarne podczas mojego długiego, ‘kontuzyjnego’ pobytu w domu, trafiłam na coś dosyć oryginalnego – czereśnie w połączeniu z kwiatami lipy (niedawno wspominałam również o syropie z kwiatów lipy – klik).

Dżem jest naprawdę pyszny, o ile oczywiście lubicie smak lipy ;)
(niestety wycinając przepis nie zapisałam tytułu czasopisma, znalazłam go jednak również w sieci)

*

confiturecerisetilleul

Czereśnie i wiśnie z kwiatami lipy

1 kg czereśni*
ok. 300 g cukru
spora garść kwiatów lipy, ok. 12 g (użyłam suszonych)
200 ml wody
(dodatkowo : ok. 2 łyżki soku z cytryny i / lub odrobina pektyny)

* waga po wydrylowaniu

Czereśnie umyć, osuszyć, wydrylować i zasypać je cukrem, dodając kilka / kilkanaście pestek. Kwiaty lipy zalać wrzątkiem i odstawić na minimum pół godziny. Następnie napar dokładnie przefiltrować, zalać nim czereśnie, przykryć i odstawić na całą noc. Następnego dnia owoce zagotować i smażyć tak długo, aż dżem będzie odpowiedniej konsystencji, od czasu do czasu mieszając i zbierając ewentualne szumowiny z powierzchni dżemu (możemy dodać również ok. 2 łyżki soku z cytryny a jeśli dżem nadal jest zbyt płynny - odrobinę naturalnej pektyny). Pod koniec smażenia 'wyłowić' pestki owoców i gorący dżem przełożyć do czystych, wyparzonych (lub wypieczonych w piekarniku) słoików i zapasteryzować.

* * * * *

I na koniec coś znacznie szybszego do przygotowania, a mianowicie owoce w rumie.

*
*
cerisesaurhum

Czereśnie i wiśnie w rumie

500 g czereśni*
500 g wiśni*
500 g cukru
rum
* waga po wydrylowaniu

(opcjonalnie : laska wanilii)

Owoce umyć, osuszyć i wydrylować. Napełnić nimi czyste, wyparzone (lub wypieczone w piekarniku) słoiki, zasypać cukrem i odstawić na kilka godzin. Następnie zalać owoce rumem tak, by były całkowicie zakryte alkoholem (ewentualnie możemy dodać przekrojona wzdłuż laskę wanilii). Słoik szczelnie zamknąć i odstawić na kilka miesięcy, codziennie lekko nim poruszając, by cukier dobrze się rozpuścił (na ok. 2 tygodnie możemy pozostawić słoik na słońcu, później – po całkowitym rozpuszczeniu się cukru – odstawiamy słoik w ciemne miejsce). Rzecz jasna im dłuższa będzie maceracja, tym smaczniejszy będzie efekt końcowy ;)

(inspiracja – ‘Liqueurs et fruits à l’alcool’)

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Maliny i liczi – orzeźwiający koktajl i sorbet

niedziela, 18 Lipiec 2010

W poprzednim poście obiecałam Wam coś orzeźwiającego, co z całą pewnością przyda się na nadchodzące dni. Propozycje będą dziś dwie : prosty i szybki koktajl oraz sorbet owocowy.

Jeśli czasu mamy niewiele, poelcam Wam pyszny koktajl, który urzekł mnie w sierpniowym wydaniu magazynu Delicious. Wystarczy wszystkie składniki dokładnie zmiksować blenderem i koktajl gotowy! Smak malin oraz owoców liczi (litchi, lychee, leetchee) świetnie współgra tu z dodatkiem wody różanej, jeśli jednak nie jesteście fanami różanych smaków możecie rzecz jasna ten składnik pominąć. Zamiast owoców liczi (ich sezon powoli się kończy) możemy użyć ich ‘kuzynów’ – owoców longana lub rambutana.
*

ramboutan

‘włochaty’ rambutan; czyż nie jest uroczy? :)

*

Mają one dosyć zbliżony do liczi smak, można więc śmiało używać ich zastępczo w tego typu preparacjach. Oczywiście możemy też użyć owoców z puszki, choć ja generalnie nie jestem ich fanką.

Wszystkie trzy wspomniane wyżej owoce zawierają bardzo dużo witaminy C (prawie tyle co kiwi), warto więc od czasu do czasu włączyć je do naszego menu.

*

cocktailframboiselitchi

Koktajl malinowo-różany z owocami liczi

(przepis oryginalny – 'Delicious Magazine', sierpień 2010)

200 g jogurtu (w oryginale grecki, u mnie owczy)
150 g świeżych lub mrożonych malin
16 owoców liczi
1 łyżeczka wody różanej
kostki lodu (w oryginale 200 g, u mnie mniej)
odrobina soku z cytryny do smaku
1-2 łyżki płynnego miodu (użyłam syropu z agawy)

Liczi obrać i pozbawić pestek. Pięć pierwszych składników umieścić w blenderze i zmiksować, dodać sok z cytryny i miód / syrop z agawy do smaku, dobrze wymieszać. Podawać natychmiast.
*

*  *  *
Jeśli natomiast czasu mamy nieco więcej, pokusić możemy się o przygotowanie równie orzeźwiającego deseru.
Gdyby nie moja aktualna alergia, z całą pewnością pojawiły by się tutaj dziś jakieś pyszne, śmietankowo-jajeczne lody :) Jednak zamiast nich zapraszam Was na pyszny, aromatyczny sorbet. A nawet dwa! ;) Obydwa są autorstwa Mistrza Hermé, a przepisy pochodzą z jednej z moich ulubionych książek ‘Comme un chef’, o której wspominałam Wam już jakiś czas temu.

Rozdział dotyczący słodkości jest autorstwa Pierre’a Hermé właśnie, co już samo w sobie jest wystarczającą rekomendacją. Tym razem wybrałam dwa przepisy : na sorbet malinowy oraz na sorbet z liczi z dodatkiem wody różanej. Obydwa świetnie smakują solo, jednak w duecie cudownie się dopełniają (nota bene sam Pierre Hermé połączył wcześniej te smaki tworząc wspaniały różany makaronik, wypełniony kremem z dodatkiem liczi, malin i płatków róży – Ispahan; dla chętnych : zdjęcie tego cudeńka tutaj – klik. Poza tym całkiem niedawno, na łamach czasopisma 'Paris Match' zaprezentowany został sorbet ‘Ispahan’, który łączy wspomniane smaki, jednak w nieco innych proporcjach; po przetestowaniu przepisu stwierdzam, że wolę przepisy oryginalne, które znajdziecie poniżej).

A oto szczegóły :
*

sorbetframboise11

masa w stanie ‘ciekłym’, przed zamrożeniem

Sorbet malinowy

(źródło - ‘Comme un chef’ wydawnictwa Larousse)

150 g cukru
50 ml wody
900 g malin
15 g soku z cytryny
(dodałam również otartą skórkę z cytryny)

Wodę wlać do rondelka, dodać cukier i rozpuścić go na wolnym ogniu. Następnie zagotować i pozostawić do wystygnięcia. Dodać maliny oraz sok / skórkę z cytryny, zmiksować, a następnie przetrzeć przez sito. Masę przelać do maszynki do lodów (jeśli maszynki nie posiadamy, sorbet umieszczamy w zamrażalniku i mieszamy go mniej więcej co godzinę, by nie dopuścić do powstania kryształków lodu; przed wlaniem masy do maszynki zalecane jest dobrze schłodzić ją w lodówce).

Ja tym razem część masy pozostawiłam w stanie ‘ciekłym’, by móc dodać ją do sorbetu z liczi.
*

sorbetroseframboiselitchi1

Sorbet z owocami  liczi o smaku róży

(źródło - ‘Comme un chef’ wydawnictwa Larousse)


1,5 kg owoców liczi (waga przed obraniem)
180 g cukru
170 ml wody
25 g syropu różanego / wody różanej / konfitury (u mnie : ok. 1,5 łyżki wody różanej)

Liczi obrać, pozbawić pestek i zmiksować (potrzebujemy 600 g miąższu). Wodę wlać do rondelka, dodać cukier i rozpuścić go na wolnym ogniu. Następnie zagotować i pozostawić do wystygnięcia. Do zmiksowanych owoców liczi dodać wodę różaną oraz wystudzony syrop i wszystko bardzo dokładnie zmiksować, by masa była jak najbardziej jednolita. Następnie masę przelać do maszynki do lodów lub umieścić w zamrażalniku.
Gdy sorbet z liczi był już gotowy przelałam go do prostokątnego naczynia i na wierzch wlałam nieco przygotowanej uprzednio masy malinowej. Zamieszałam delikatnie sorbet tak, by powstała ‘zebra’ i wstawiłam naczynie do zamrażalnika.

(uprzedzam, że sorbety te są dosyć słodkie, jak większość kreacji mistrza Hermé ;) )

*

Tak jak dopisałam w przepisie na sorbet malinowy – masę na lody / sorbety dobrze jest wcześniej schłodzić, minimum przez kilka godzin, a najlepiej nawet przez całą noc. Szczególnie przy panujących ostatnio iście tropikalnych temperaturach ;) Pamiętajmy też, by wkład lub misa maszynki (w zeleżności od modelu) również były jak najlepiej schłodzone; mój wkład leżakuje w zamrażalniku non stop, tylko wtedy bowiem lody mają w miarę dobrą konsystencję. Często należy też dodatkowo domrozić nieco lody w zamrażalniku (nie za długo jednak, by nie stwardniały zbyt mocno). Wyjmujemy je odpowiednio wcześniej przed konsumpcją, by miały czas lekko ‘zmięknąć’. A potem już delektujemy się wspaniałym, orzeźwiającym, owocowym smakiem :)
*

*
Kończę już ten nieco przydługi dzisiejszy wpis życząc Wam miłego niedzielnego popołudnia :)
A ja powoli przygotowuję sie na jutrzejszy powrót do pracy, tym razem już w pełnym wymiarze godzin (pierwszy raz od czasu kontuzji, co mnie z lekka przeraża, stopa bowiem nadal niestety nie sprawuje się tak jak powinna…). Jestem jednak pewna, że jak zwykle mogę liczyć na wasze wirtualne wsparcie i na pozytywne fluidy ;)

*

Pozdrawiam serdecznie !
*