Archiwum kategorii ‘male danie’

Tofu i nadrabianie zaległości

poniedziałek, 1 Marzec 2010

Zanim będzie o tofu – jeszcze słów kilka o czekoladzie, a raczej o podsumowaniu ;)
Jako, że nie ma już dodatkowych uwag a propos ewentualnych zmian w spisie, dopisuję więc kod bannerka dla zainteresowanych (i w podsumowaniu, i tutaj). Możecie umieścić go na swoich blogach, by szybko trafić na spis naszych czekoladowych potraw. I raz jeszcze serdecznie dziękuję Wam za tę wspaniałą, czekoladową zabawę :)

podsumowanieczeko2010

*    *    *    *    *

A teraz pora już na wspomniane (i zapomniane…) tofu. A właściwie może nie tyle zapomniane, co cierpliwie czekające na swoją kolej już od kilku długich miesięcy. Zawsze jednak było coś ‘ważniejszego’ ;) Aż do dziś. Stwierdziłam bowiem, że koniec zimy to chyba dosyć dobry czas dla tego typu potrawę. Choć właściwie może powinnam mówić bardziej o początku wiosny, u nas bowiem od tygodnia coraz bardziej czuć ją w powietrzu. Oby już tak zostało ;)

Przepis dedykuję Margot, już bowiem jakiś czas temu rozmawiałyśmy o książce i o przepisie.

hiltl2

Dzisiejsza propozycja pochodzi z książki z przepisami z restauracji Hiltl (mieszczącej się w Zurychu) i wydanej z okazji stulecia tejże restauracji. Jej wyjątkowość polega na tym, że Hiltl był (i nadal jest… ) pierwszą wegetariańską restauracją w Europie. Otwarta ona została w 1898 roku pod nazwą ‘Vegetaria’. Doszło jednak do tego w dosyć nietypowy sposób… Pan Ambrosius Hiltl bowiem z gastronomią miał początkowo niewiele wspólnego i pracował w zupełnie innej branży – a mianowicie krawieckiej. Pewnego dnia jednak okazało się, że cierpi on na poważną chorobę (prawdopodobnie gorączka reumatyczna, na którą wtedy nie było właściwie antidotum) i lekarze stwierdzili, iż nic już dla niego zrobić nie mogą i że tylko diametralna zmiana sposobu odżywiania może go uratować od szybkiej, niechybnej śmierci. Przede wszystkim, należało całkowicie wykluczyć mięso z jadłospisu. W ten oto sposób pan Hiltl zainetresował się wegetarianizmem i jego adeptami, którzy nie byli wtedy zbyt pozytywnie odbierani ;) Co ciekawe, mniej więcej w tym samym czasie, słynny doktor Maximilian Bircher-Benner (‘wynalazca’ przepisu na bircher müesli, który z pewnością znacie) otworzył klinikę w której leczył swych pacjentów m.in. dietą bezmięsną.
Dzięki zastosowanej diecie Ambrosius Hiltl nie tylko wyleczył się z choroby (dożył 92 lat w zdrowiu i świetnej formie), ale tak bardzo upodobał sobie wegetariański jadłospis, że postanowił zrobić coś więcej : otworzyć pierwszą wegetariańską restaurację. A w tamtych czasach było to nader ryzykowne przedsięwzięcie ;)
Restauracja doczekała się jednak wielkiego rozgłosu i renomy, a dziś prowadzona jest przez wnuczka słynnego założyciela - Rolfa Hiltl (chętnych zapraszam również na stronę internetową restauracji).

Przepis, który wybrałam, to ulubiony sposób rodziny Hiltl na tofu (który przy okazji stał się moim ulubionym przepisem z tej książki). Nie martwcie się jednak, jeśli nie macie ochoty na ‘sojowe mięso’, z powodzeniem możecie zastąpić tofu np. piersią z kurczaka, smakuje wybornie!

I wybaczcie proszę jakość poniższego zdjęcia, robione jednak było jeszcze na początku mojej kontuzji, nie miałam więc ani ochoty ani energii na dłuższą sesję zdjęciową… ;)

*

tofulimettes2

Tofu (lub kurczak) w limonkowym sosie

na 2 duże porcje

marynata

50 ml sosu sojowego
sok z 1 limonki
1-2 zmiażdżone ząbki czosnku
1 łyżeczka kurkumy
1 łyżeczka łagodnego curry (Madras)
1 łyżeczka sproszkowanego ekstraktu warzywnego (możemy pominąć)*

*to nic innego jak sproszkowane, suszone warzywa, trochę jak bulion w proszku, jednak bez glutamianów, ekologiczny i bez soli, tym bardziej iż dzięki sosowi sojowemu danie będzie już wystarczająco słone

500 g tofu
2 marchewki
1/2 dużego pora (biała część)
1 pęczek młodej cebulki ze szczypiorem
300 ml białego (wytrawnego) wina
50 ml soku z limonki (ok. 2 limonki)
50 ml oleju arachidowego
1 kawałek imbiru (wielkości orzecha)
400 ml bulionu warzywnego
1 łyżeczka maizeny
szczypta cukru (można pominąć)
1 łyżeczka sosu sojowego
2 limonki

Tofu pokroić w 1 cm kostkę. Wymieszać wszystkie składniki marynaty, dodać tofu i pozostawić minimum na 3 godziny.
Marchewkę i pora pokroić w cienkie paseczki (julienne), cebulkę i szczypior w cienkie talarki. Zagotować wino z sokiem z limonki i gotując zredukować do 100 ml.
Tofu odsączyć, marynatę zachować.
Rozgrzać dobrze patelnię z olejem i usmażyć tofu na złoto. Przełożyć tofu do miseczki i w tej samej patelni podsmażyć marchewkę, pora i starty (lub bardzo drobno poszatkowany) imbir (możemy też podsmażyć tę białą część cebulki, jeśli nie najlepiej trawimy ją na surowo). Dodać zredukowane wino, marynatę i bulion. Gotować warzywa do miękkości.
Następnie zagęścić maizeną, dodać usmażone tofu i cebulkę ze szczypiorkiem. Doprawić cukrem i sosem sojowym.
Serwować z ryżem basmati, udekorowane cząstkami limonki.

Jak pisałam wyżej – danie to można przygotować również używając np. piersi kurczaka. Obydwie wersje są pyszne i z pewnością każda z nich znajdzie swoich zwolenników ;)

Smacznego!

*

Topinambur i warzywne bliny

poniedziałek, 8 Luty 2010

Zanim zaczniemy szaleć czekoladowo, powrócę jeszcze do tematu zimowych warzyw i pomysłów na ciekawe dania z ich udziałem. W książce Marii Elii o której Wam niedawno wspominałam znalazłam przepis na bardzo smaczne bliny warzywne. I choć regularnie robię podobne ‘na oko’ ;) tym razem postanowiłam zrobić je dokładnie wg tego właśnie przepisu (jedynie dressing zamieniłam na ‘mój’ i zrezygnowałam z topinamburowych ‘chipsów’ jako dodatek).
Jeśli nie dysponujecie topinamburem – wystarczy zamienić go (jak proponuje autorka) np. na pasternak lub… całkowicie pominąć, robiąc bliny w 100% ziemniaczane. Robiłam je już kilkukrotnie, zamieniając topinambur również na korzeń pietruszki i seler, zmieniając nieco proporcje warzyw, zamiast rozmarynu dodając inne zioła lub je pomijając. Każda wersja jest pyszna, warto więc nie zniechęcać się brakiem topinamburu np. i eksperymentować do woli.
Bliny te można też przygotować nieco wcześniej i podgrzać je w piekarniku tuż przed podaniem. Nam posmakowały również z ciepłym sosem z gorgonzoli zamiast winnego dresingu.

*

blinywarzywne

Bliny z topinamburem i ‘niebieskim’ serem

8-10 sztuk

350 g ziemniaków
400 g topinamburu
100 g mąki
80 ml gęstej, tłustej śmietany
2 łyżeczki musztardy (Dijon)
2 łyżeczki poszatkowanego rozmarynu
4 jajka
50 g masła (lub oliwy)
400 g ‘niebieskiego’ sera pleśniowego (np. gorgonzola)
sól, pieprz

dressing (na bazie tego przepisu)
1/2 cytryny (skórka + 2 łyżki soku)
3 łyżki oliwy z oliwek
¾ łyżki białego octu winnego
1 łyżka miodu
sól, pieprz

dodatkowo
1 gruszka
młode listki sałaty (np. rukoli) do dekoracji

Warzywa obrać, pokroić w kawałki i ugotować w wodzie (osobno) do miękkości. Przetrzeć je przez praskę, wystudzić. Następnie dodać mąkę, śmietanę, musztardę, rozmaryn oraz żółtka i dobrze wymieszać. Białka ubić, dodać do masy warzywnej i delikatnie wymieszać. Doprawić do smaku.

Masło rozgrzać na patelni, łyżką nakładać masę warzywną i smażyć placuszki na średnim ogniu ok. 2 min z każdej strony.

W tym czasie rozgrzać piekarnik/ grill. Na każdy placuszek nałożyć plaster sera i wstawić do piekarnika na kilka minut (aż ser zacznie się topić).

Gotowe bliny udekorować listkami rukoli i plasterkami gruszki, polać sosem, podawać natychmiast.

W oryginale autorka proponuje również zrobienie topinamburowych ‘chipsów’ : kawałki / plastry topinamburu (250 g) solimy i pieprzymy i smażymy w gorącej mieszance masła i oliwy (aż warzywa będą rumiane i miękkie). Do smażenia możemy dodać odrobinę świeżego tymianku lub rozmarynu.

*

Smacznego!

Dyniowy comfort food

piątek, 30 Październik 2009

Mimo iż aura wyjątkowo nas w tym tygodniu rozpieszcza (słońce przez cały dzień i nader przyjemne jak na tę porę roku temperatury), to wieczorami czuć już niestety powiew jesiennego chłodu. Znów do łask wraca więc kubek gorącej herbaty, a myśli instynktownie kierują się w stronę smacznych, rozgrzewających dań, po których od razu robi się cieplej na duszy ;)

Tak też było z tym ostatnim moim ‘wymysłem’. Miała być oczywiście dynia. Do towarzystwa znalazłam jej ostatnią, czekającą w lodówce cukinię. I trochę rozgrzewających i aromatycznych przypraw. I mleko kokosowe. I jeszcze odrobinę czerwonej soczewicy, by było trochę bardziej treściwie ;) A wszystko to schowane pod miękką kołderką ciasta. Uwielbiam przebijać się później przez tę skorupkę, by odkryć ciepłe, aromatyczne wnętrze. To prawie jak odpakowywanie prezentu :) Mój mały comfort food, który zawsze poprawia mi nastrój. No dobrze, może nie zawsze, ale czasem pomaga ;)

*

courgepatefeuilletee

(po upieczeniu, w zależności od typu użytej dyni, poziom warzyw znacznie się zmniejsza i mleczko kokosowe jest o wiele bardziej widoczne niż tu na zdjęciu ;) )

Dyniowy comfort food

na 4 ramekiny / kokilki

ok. 350 g dyni*
*(lub jak u mnie : pół na pół z cukinią)
5-6 łyżek ugotowanej czerwonej soczewicy
250 ml mleka kokosowego (bez cukru)
otarta skórka z jednej limonki + sok z ½ limonki
1 łyżeczka curry
½ łyżeczki mielonej kolendry
łyżeczka (lub dwie) startego świeżego imbiru
sól, pieprz
szczypta papryczki z Espelette
1-2 łyżki posiekanej świeżej kolendry

ciasto francuskie + rozbełtane jajko do posmarowania

Piekarnik nagrzewamy do 200°C.
Warzywa myjemy, oczyszczamy i kroimy w średniej wielkości kostkę.
Do mleka kokosowego dodajemy ugotowaną soczewicę, sok i otartą skórkę z limonki, przyprawy oraz kolendrę i doprawiamy do smaku (imbir po starciu możemy przecisnąć mocno przez gazę i użyć tylko otrzymanego w ten sposób soku, co sprawi iż smak potrawy będzie delikatniejszy).
Z ciasta francuskiego wycinamy 4 krążki nieco większe niż obwód naszych ramekinów / kokilek - ok. 1 cm więcej (a z resztek ciasta możemy wyciąć listki czy inne ‘dekoracje’, które później nakleimy na krążki ciasta). Foremki smarujemy masłem i nakładamy do nich warzywa, po czym zalewamy mieszanką mleczno-soczewicową. Następnie każdy ramekin zaklejamy szczelnie krążkiem ciasta (można uprzednio zwilżyć jego brzegi), smarujemy ciasto rozbełtanym jajkiem i lekko nakłuwamy nożem w kilku miejscach. Pieczemy ok. 25 minut.

(uwaga post-produkcyjna : uważajmy by poziom wlanego do ramekinów mleka nie przekraczał 2/3 ich wysokości, w przeciwnym bowiem razie wypłynie z kokilek podczas pieczenia)

*
Smacznego!

*

Faszerowana dynia Butternut

środa, 28 Październik 2009

Dziś słów kilka o jednym z moich / naszych ulubionych połączeń smakowych. Dynia i bakłażan. Idealnie do siebie pasują. Do tego bulgur, pomidorowa passata, trochę cebuli, czosnku i kuminu. I oczywiście - dla mnie - dużo świeżej kolendry ;)

Pomysł zrodził się rok temu z lodówkowych resztek. I choć teraz na bakłażana już trochę za późno, to i tak pokażę Wam to małe co nieco. Ja najczęściej używam do tego dania dyni Butternut, gdyż bardzo lubię jej smak, jednak i inne się rzecz jasna nadadzą (Delicata, Acorn czy mała dynia Hokkaido). Jeśli dynia jest sporych gabarytów i trudno ją w całości nafaszerować, to radzę Wam upiec ją w plastrach w piekarniku (jak pisałam w poprzednim wpisie) i podać z przygotowanym farszem jako dodatek do dania; też będzie pyszne (tak właśnie było wczoraj na kolację ;) ).

Jako, że gniazda nasienne (a co za tym idzie – miejsce na farsz) w dyni Butternut nie są zbyt duże, można je nieco powiększyć tuż przed faszerowaniem, a otrzymany miąższ posiekać i dodać do farszu (robię tak szczególnie z nieco większymi okazami).

Poniższe proporcje radzę dostosować do waszych preferencji; ja robię ten farsz zawsze ‘na oko’, czasami dodając więcej lub mniej bulguru, więcej przypraw czy passaty jeśli chcę, by farsz był bardziej lub mniej ‘suchy’.
A oto wersja, krórą starałam się w miarę dokładnie spisać ;)
*

courgeaubergine00

Pieczona faszerowana dynia butternut

porcja dla 4 osób

2 niezbyt duże dynie butternut
ok. 80-100 g kaszy bulgur
1 czerwona cebula
2-3 ząbki czosnku
1 łyżeczka zmielonego kminu rzymskiego
1 duży bakłażan
150-200 ml przecieru ze świeżych pomidorów
oliwa z oliwek
sól, pieprz
3 łyżki posiekanej, świeżej kolendry (lub natki pietruszki)

Piekarnik rozgrzewamy do 200ºC.
Dynię kroimy na pół, starannie oczyszczamy z nasion i układamy na wyłożonej papierem do pieczenia blasze; smarujemy lekko oliwą, posypujemy solą i pieprzem i pieczemy prawie do miękkości (ok. 40 min, w zależności od wielkości dyni; sprawdzamy wbijając nóż - miąższ ma być miękki, jednak nie może się rozpadać).
Bulgur gotujemy w podwójnej ilości osolonej wody.
Cebulę i czosnek szatkujemy i podsmażamy na oliwie; dodajemy kmin i jeszcze chwilę dusimy. Następnie dodajemy pokrojonego w kostkę bakłażana i dusimy kilka minut. Dodajemy przecier pomidorowy, doprawiamy do smaku i dusimy do miękkości. Wtedy dodajemy bulgur, posiekaną kolendrę i starannie mieszamy. Upieczoną dynię wyciągamy z piekarnika, do każdego zagłębienia nakładamy kilka łyżek farszu i ponownie wstawiamy do piekarnika na kilka minut.
(przy ostatnim zapiekaniu dynię można też lekko posypać stratym serem)

Smacznego !
*

courgeaubergine2

*

Dynia pieczona

poniedziałek, 26 Październik 2009

Dziś będzie ‘wytrawnie’, choć właściwie powinien być tort ze świeczką ;) Dokładnie dwa lata temu bowiem napisałam mój pierwszy post na tym blogu  :) I zupełnie nie zastanawiałam się wtedy nad tym, jakie będą ‘konsekwencje’ tegoż czynu ;) Przez te dwa lata poznałam wiele przesympatycznych osób (niektóre osobiście, a inne prawie że osobiście ;) ), dostałam wiele przemiłych maili, spędziłam sporo czasu na wirtualnych, acz jakże miłych rozmowach :) Tak, przyznaję że ten blogowy świat wciągnął mnie na dobre i bardzo ciesze się, że mogę go wraz z Wami dzielić :)

To tyle a propos wspominek, czas jednak przejść do konkretów ;)

Dziś będzie słów kilka o jednej z moich ulubionych przekąsek : o pieczonej dyni.

*

dyniapieczona
*

Zawsze gdy potrzeba mi jej do konkretnego dania, przezornie piekę podwójną ilość, choć i potrójną byłabym chyba w stanie skonsumować ;) Oczywiście nie każda dynia smakuje równie wybornie; moją faworytką jest (jak już kiedyś wspominałam…) dynia Hokkaido i wszelkie inne dynie o podobnym ‘suchym’ miąższu. Pieczenie potęguje ich smak i wydobywa orzechowo-kasztanowe aromaty. To prawdziwa uczta dla podniebienia! A jak ją przyrządzić? Nic prostszego : dynię kroimy na pół, wydrążamy, opcjonalnie obieramy ze skórki (choć dynię Hokkaido np. można konsumować ze skórką), a następnie kroimy na ok. 2 cm plastry, które umieszczamy na naoliwionej (lub wyłożonej papierem) blasze. W wersji podstawowej - każdy plaster smarujemy dobrą oliwą z oliwek i posypujemy odrobiną soli (fleur de sel np.). Tak przygotowaną dynię pieczemy w 200ºC do miękkości, aż lekko się ‘przyrumieni’ (ok. 20 minut). Możemy też przed pieczeniem posmarować plastry dyni oliwą wymieszaną z przyprawami jakie lubimy (np. curry, cumin, etc) i z odrobiną przeciśniętego przez praskę czosnku; otrzymamy wtedy nie tylko aromatyczną przekąskę, lecz również przepyszną bazę na zupy czy sałatki.
(Może pamiętacie też zeszłoroczny wpis Małgosi z użyciem tak przygotowanej dyni? Jeśli nie, to koniecznie zerknijcie ;) )

Dla mnie tak przygotowana dynia to pychota! Bardzo szybko znika z talerzy, przegryzana tak ‘ot’, mimochodem ;) Nie może więc w tym tygodniu zabraknąć przepisów z jej udziałem :)

*

saladecourge
*

Sałatka z dynią i rukolą, ze słodko-kwaśnym vinaigrette

porcja dla 4 osób

500 g dyni (waga po obraniu)*
4 łyżki orzechów włoskich
100-120 g rukoli
ok. 50 g parmezanu
oliwa z oliwek
sól, pieprz

vinaigrette
1 cytryna (skórka + 2 łyżki soku)
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka oleju z pestek dyni
¾ łyżki octu balsamicznego
1 łyżka miodu
sól, pieprz

*najlepiej dyni o suchym miąższu, typu Hokkaido

Piekarnik rozgrzewamy do 200ºC.
Dynię oczyszczamy, kroimy w ok. 2 cm grubości plastry, układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, smarujemy je oliwą, lekko solimy. Pieczemy do miękkości (ok. 20 min).
Składniki sosu starannie mieszamy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Orzechy rumienimy na suchej patelni.
Rukolę myjemy i osuszamy.
Upieczone plastry dyni kroimy na mniejsze kawałki.
Na talerzach układamy dużą garść rukoli, na niej dynię, polewamy przygotowanym sosem, posypujemy wiórkami parmezanu i pokruszonymi orzechami.

Ten przepis to tylko ‘baza’, którą można dowolnie modyfikować :
- zamiast parmezanu można użyć sera pecorino, ostrego sera cheddar czy ‘niebieskiego’;  sałatka świetnie smakuje też z serkiem kozim czy pokruszoną fetą
- orzechy włoskie można zastąpić orzeszkami piniowymi, pestkami dyni czy orzechami laskowymi
- do sałatki można również dodać np. kilka plasterków szynki parmeńskiej

Ważne jest, by sałatkę polać sosem dopiero tuż przed podaniem, rukola bowiem nie najlepiej znosi jego dłuższe towarzystwo i wygląda wtedy zdecydowanie mniej apetycznie ;)

* * *

Druga propozycja, to zupa (znacie mnie już trochę i wiecie, że zupy zabraknąć tu nie może ;) ). Muszę przyznać, że zupa z pieczonej dyni jest chyba naszym faworytem spośród wszystkich do tej pory przetestowanch zup. Uwielbiam wszelakie zupy-krem, z egzotyczną nutą na przykład, często na ostro (niestety nie na słodko i nie na mleku ;) ). Lubię łączyć ją z innymi warzywami, szukać nowych połączeń smakowych. A jednak… a jednak ta z pieczonej dyni jest naprawdę wyjątkowa. Jak z każdego pieczonego warzywa z resztą. Tak jak i w przypadku sałatki – tak i tutaj jest to w pewnym sensie przepis-baza, który można modyfikować do woli : inne przyprawy, zamiast pestek dyni – orzechy, czy też zupełnie inne dodatkowe składniki (świeża kolendra czy mleko kokosowe na przykład).

*

soupecourge2009
*

Zupa z pieczonej dyni

porcja dla 4 osób

ok. 700 g dyni (waga po obraniu)*
½ łyżeczki zmielonego kminu rzymskiego
½ łyżeczki curcumy
1 i ½ łyżeczki curry
2 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
sól
ok. 500-600 ml wywaru warzywnego
śmietana
olej z pestek dyni
4 łyżki pestek z dyni

(przypraw można oczywiście dodać więcej, wedle upodobań)

Piekarnik ozgrzewamy do 200ºC.
Dynię oczyszczamy, kroimy w ok. 2 cm grubości plastry i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przyprawy oraz przeciśnięty przez praskę czosnek mieszamy z oliwą, smarujemy każdy plaster dyni, lekko solimy. Pieczemy do miękkości (ok. 25 min).
Po upieczeniu, przekładamy kawałki dyni do blendera i miksujemy dolewając stopniowo wywaru, do otrzymania odpowiedniej konsystencji.
Pestki dyni prażymy na suchej patelni.
Każdą porcję zupy dekorujemy kleksem śmietany, olejem oraz uprażonymi pestkami.

* * *

Z takiej pieczonej dyni można też przygotować pyszny farsz, do ravioli np. : do 250 g upieczonego i roztartego miąższu dyni dodajemy 2 łyżki ricotty + 2 łyżki startego parmezanu, dobrze mieszamy do połączenia składników i doprawiamy do smaku (pomysł podpatrzony u Annick Jeanmairet). Gotowe ravioli możemy podać np. polane masłem szałwiowym (pychotka!) lub skropione odrobiną dobrej oliwy z oliwek, np. truflowej (kolejna pychotka! :) ). A gdy czasu mało (lub gdy zapału na robienie ravioli brak ;) ), możemy tym oto farszem napełnić np. makaronowe muszle; jest równie smacznie, choć to oczywiście nie do końca to samo ;)

*

courgepatesfarcies22
*

Z podobnych przepisów polecam Wam również :

- pieczoną dynię z warzywnym vinaigrette

- dyniową zupę z Jamajki

- zupę dyniową ze słodkimi ziemniakami

- zupę dyniowo-topinamburową

- zimową zupę rozgrzewającą

*

Na koniec pragnę jeszcze dodać, że niektóre z przepisów, które pojawią się tutaj w tym tygodniu, zobaczyć można będzie również na łamach listopadowego wydania miesięcznika 'Kuchnia'.

*

Pozdrawiam serdecznie!

I raz jeszcze dziękuję za ten kolejny, spędzony z Wami rok :)

*

Bakłażan. Paszteciki. I schyłek lata.

poniedziałek, 7 Wrzesień 2009

legumespanierNawet jeśli nie chcemy jeszcze o tym myśleć, to lato niestety powoli chyli się ku końcowi. I choć dni są jeszcze pełne słonecznego ciepła, to wrzesień przyniósł ze sobą lekki, lecz coraz bardziej już wyczuwalny powiew jesieni : chłodniejsze ranki, chłodne wieczory. Orzeźwiające sałatki coraz częściej ustępują miejsca ciepłym, bardziej sycącym potrawom, a popołudniowo-wieczornym seansom lektury już niebawem towarzyszyć będą aromatyczne, rozgrzewające herbaty.
Póki co jednak staram się intensywnie korzystać z ostatnich warzywnych dobroci lata, których już za niedługo tak bardzo będzie mi brak. Nadal więc króluje przede wszystkim cukinia, bakłażan i pachnące słońcem pomidory.

W lipcu wspominałam Wam o moim nowym książkowym nabytku - ‘Les imprévus de Marine’. Jako pierwsze przetestowałam wtedy ciasto migdałowe z czereśniami i kardamonem, później przyszedł czas na jedno z moich ulubionych warzyw - bakłażana.

Niestety problem niektórych przepisów ‘książkowych’ często polega na tym, że w fazie końcowej danie nie zawsze wygląda tak, jak na zdjęciu w książce. Tak było też niestety i tym razem ;) Kolor upieczonej, gotowej już potrawy zupełnie nie przypominał tej z fotografii (mimo, że - jak nigdy ;) - d o k ł a d n i e trzymałam się przepisu); poza tym, pomidory na zdjęciu miały wspaniały, intensywny kolor, o jaki trudno przecież w przypadku pomidorów po obróbce cieplnej. Dlatego też stwierdziłam, że do zdjęcia pozostawię je jednak w kokilkach ;)

Samo danie jest smaczne. W konsystencji to coś à la flan, suflet czy terrina. Jeśli lubicie smak bakłażana, to i te oto papetons (tradycyjnie jest to danie z kuchni prowansalskiej) powinny Wam posmakować. Przyznam jednak, że mnie czegoś w nich brakowało. Może dlatego, że bakłażana lubię, jednak najczęściej w towarzystwie innych warzyw ;) Dlatego też postanowiłam ten przepis zmodyfikować, dodając do masy startą cukinię i pomidora. I to właśnie w tej wersji ‘paszteciki’ (bo tak je roboczo nazwałam) najbardziej nam zasmakowały, a dodatek tych kolorowych warzyw równie dobrze wpłynął nie tylko na smak, ale i na ich aspekt wizualny ;) Pomidorów – jako dodatek – tym razem już nie gotowałam, za bardzo bowiem cenię sobie smak tych dojrzałych na słońcu i pachnących latem pomidorów, które najchętniej zjadam na surowo. Pokrojone, w ostatniej chwili wymieszałam je z odrobiną oliwy z oliwek i świeżą bazylią. I to w takiej wersji gościć będą odtąd na naszym stole ;)

Oto obydwa przepisy :

*

auberginespapetons

Bakłażanowe ‘papetons’

na 6 porcji

2-3 bakłażany (razem ok. 850 g)
6 jajek
100 ml crème fraiche
2 płaskie łyżki mąki
2 łyżki tapenady (pasta z czarnych oliwek)
2 ząbki czosnku
masło do wysmarowania foremek
sól, pieprz

na ‘sos’ pomidorowy :
800 g pomidorów
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
bazylia
sól, pieprz

Bakłażany umieścić w naczyniu żaroodpornym i upiec (ok. 30 minut w 250ºC). Wystudzić, wydrążyć miąższ (mamy go otrzymać ok. 500g) i zmiksować z posiekanym czosnkiem i tapenadą. Dodać jajka, mąkę i śmietanę oraz dodać płaską łyżeczkę soli i trochę pieprzu, dobrze wymieszać. Przelać masę do natłuszczonych ramekinów / kokilek (nie napełniać ich zbytnio) i piec je ok. 30 minut w 180ºC.

Pomidory obrać ze skórki i usunąć pestki, pokroić miąższ w małą kostkę. Rozgrzać olej, dodać pomidory oraz poszatkowany czosnek i dusić do miękkości na wolnym ogniu. Doprawić do smaku.

Serwować ‘papetons’ lekko przestudzone, z pomidorowym ‘sosem’ i poszatkowanymi listkami bazylii.

(możemy też upiec masę w jednej większej foremce, wydłużamy wtedy czas pieczenia o ok. 15 minut)

*

auberginepapetons2

‘Paszteciki’ warzywne

700 g bakłażana
300 g cukinii
2 duże pomidory
2-3 ząbki czosnku
4 jajka
100 ml crème fraiche
papryczka z Espelette
2 łyżki maizeny
2 łyżki tapenady (pasta z czarnych oliwek)

dodatkowo :
3 duże pomidory
oliwa z oliwek
bazylia
sól, pieprz

Bakłażany kroimy na pół, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy (ok. 45 minut w 200ºC).
Cukinię ścieramy na tarce, miąższ z pomidorów kroimy w małą kostkę. Upieczone bakłażany wydrążamy, miąższ miksujemy z posiekanym czosnkiem i tapenadą, dodajemy cukinię, pomidory, jajka, maizenę i śmietanę, doprawiamy do smaku i dokładnie mieszamy. Natłuszczone ramekiny napełniamy masą (do 2/3 wysokości) i pieczemy ok. 35 minut w 180ºC.

Pozostałe pomidory kroimy w małą kostkę, doprawiamy do smaku. Przed podaniem dodajemy poszatkowane listki bazylii i odrobinę oliwy z oliwek, mieszamy. Podajemy z lekko przestudzonymi ‘pasztecikami’.

*

Smacznego!

auberginepapetons3

*

Paprykowo

czwartek, 3 Wrzesień 2009

poivrongrillePapryka to kolejne warzywo lata, które regularnie pojawia się na moim stole. Oczywiście nie tak często jak cukinia rzecz jasna ;)

Niestety nie najlepiej znoszę ją w stanie surowym ;) Wprawdzie bardzo lubię sam smak, lecz to mój organizm nie lubi trawić jej na surowo. Dlatego najczęściej wybieram dania, gdzie papryka jest duszona czy pieczona.

To u znajomych (ona z południa Francji, on – z południa Włoch) po raz pierwszy pokochałam paprykę w takiej najprostszej wersji – upieczona / zgrilowana w całości (z dobrze sczerniałą skórką), następnie obrana ze skórki, wydrążna, i podana w najprostszy sposób – odrobina dobrej oliwy z oliwek, kilka kropli balsamico i soku z cytryny oraz szczypta fleur de sel. Ma się wrażenie, że ‘filety’ papryki dosłownie rozpływają się w ustach. Szczególnie przyjemne danie latem, dobrze uprzednio schłodzone. Degustując tego typu potrawy, na myśl przychodzi wciąż to samo stwierdzenie - siła prostoty. Wszak często im mniej składników, tym lepszy efekt smakowy.

Oczywiście do tak przygotowanej papryki można również dodać np. ząbek czosnku czy kilka listków bazylii. Można też paprykę w takiej aromatycznej marynacie pozostawić na kilka godzin w lodówce (a najlepiej na całą noc), bowiem smakowo znacznie na tym zyskuje. Można później użyć jej do sałatki np. z pokruszoną fetą czy pomidorami.

Tym razem zgrilowanej papryki użyłam do pasty. Pasty, która na blogu miała zagościć pod koniec maja, jednak z przyczyn ‘losowych’ pojawia się tutaj niestety dopiero dziś. Pewnie niektórzy z Was już ją gdzieś widzieli ;)

*

patepoivron1

Pasta paprykowa

1 duża czerwona papryka
150 g kremowego białego serka (można użyć koziego)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżeczka wędzonej papryki w proszku
1/2 łyżki soku z limonki (lub otarta skórka)
szczypta papryczki z Espelette
sól, pieprz do smaku

Paprykę upiec w całości (ok. 20-25 minut w minimum 200°, najlepiej z rozgrzanym grillem) obracając ją kilka razy w trakcie pieczenia, do czasu gdy na skórce pojawią się czarne plamy. Następnie obrać ją ze skórki*, przeroić i oczyścić z nasionek i jasnych błonek, po czym miąższ zmiksować. Wszystkie składniki pasty dokładnie wymieszać i doprawić do smaku.

* Pewnie i tak większość z Was o tym wie, ale dopiszę jeszcze, że paprykę po upieczeniu można włożyć do woreczka (lub hermetycznego pudełka) i pozostawić ją jak szczelnie zamkniętą do przestygnięcia – wtedy łatwiej można obrać ze skórki.

Pasta ta świetnie smakuje również z kozim kremowym serkiem; idealna do chleba, sprawdza się również jako dip do warzyw.

*

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim udanego (u mnie niestety deszczowego…) tygodnia!

*

La ratatouille i francuskie wspomnienia

poniedziałek, 31 Sierpień 2009

Gdy sezon letni w pełni, na naszym stole nie może zabraknąć słynnej francuskiej ‘ratatouille’ (i rzecz jasna nie chodzi mi o przeuroczego szczurka z filmu pod tym samym tytułem ;) ). Przygotowuję ją średnio raz-dwa razy w tygodniu, jest dla mnie bowiem kwintesencją lata. Wypieszczone promieniami słońca pomidory i cukinie, aromatyczna papryka i jędrne bakłażany, a do tego pachnące latem zioła. I niczego więcej nie potrzeba, by nasze kubki smakowe wprawić w stan kulinarnej ekstazy ;)

Ratatouille nauczyłam się gotować we Francji podczas jednych z piękniejszych wakacji mojego nastoletniego wtedy życia ;) Moja francuska rodzina ze szkolnej wymiany językowej zaprosiła mnie na prawie dwumiesięczne wakacje w ich rodzinne regiony (Dordogne / Lot). Do dziś pamiętam uroczy domek z kamienia, z zielonymi okiennicami, ogród pełen kolorowych kwiatów, przyjazną atmosferę ich rodzinnych spotkań. Wspaniali, ciepli ludzie, dzięki którym czułam się naprawdę jak u siebie. I babcia. Wtedy prawie 70-letnia, której opowieści mogłam słuchać bez końca.

Dni upływały mi na odkrywaniu regionu od turystycznej i kulinarnej strony, zwiedzaniu średniowiecznych miasteczek ‘przyklejonych’ do skał (jak Rocamadour czy Saint-Cirq-Lapopie), zamków, grot, muzeów (np. muzeum Champollion w jego rodzinnym miasteczku). Poznałam mnóstwo niesamowitych miejsc i wspaniałych ludzi i dzięki nim posmakowałam wielu tradycyjnych w ich regionie (i rodzinie) potraw. I to właśnie tam pokochałam ratatouille (choć korzenie potrawy sięgają oczywiście bardziej na południe Francji).

Dziś jednak, zamiast wspomnianej, tytułowej potrawy, mam dla Was dwie ‘wariacje’ na jej temat ;) A zainteresowanych samą ratatouille odsyłam do Tatter, u której znajdziecie przepyszny przepis (przygotowuję ratatouille bardzo podobnie jak Tatter, nie dodaję tylko pomidorowego puree i cukru, a proporcje czasem nieznacznie modyfikuję, w zależności od zawartości lodówki :) )

Zapraszam!

*
crumbleratatouille

Crumble ‘nicejski’

(przepis oryginalny z książki  ‘Crumbles’ Camille Le Foli, u mnie z niewielkimi zmianami)

1 kg pomidorów
1 duży bakłażan
3 cukinie
1 czerwona papryka
1 zielona papryka (u mnie żółta)
1 cebula
1 ząbek czosnku
3 łyżki oliwy z oliwek
tymianek, rozmaryn
sól, pieprz

crumble:
150 g mąki
80 g zimnego masła
80 g startego parmezanu
40 g orzeszków piniowych

Posiekaną cebulę i czosnek poddusić kilka minut na oliwie. Dodać pokrojony w kostkę bakłażan, po kilku minutach dodać pokrojoną paprykę, tymianek i rozmaryn, doprawić solą i pieprzem; po ok. 10-15 minutach dodać pokrojoną w plasterki cukinię i obrane ze skórki pomidory i gotować aż warzywa będą miękkie.
Piekarnik nagrzać do 180°.
Orzeszki piniowe zrumienić na suchej patelni. Mąkę, pokrojone w kostkę masło i parmezan wymieszać, tworząc kruszonkę.
Ugotowane warzywa przełożyć do natłuszczonego, żaroodpornego naczynia, posypać orzeszkami piniowymi i kruszonką i zapiec ok. 20-30 min.

*

crumbleratatouille2

*

Zapiekłam tylko część ratatouille, przede wszystkim dlatego, że po pierwsze – crumble wolę na słodko, a po drugie – ratatouille najbardziej smakuje nam ‘sama’ ;)
(to crumble robiłam też już zamieniając parmezan na kozi ser, co jest równie smacznym połączeniem)

* * *

Drugi przepis pochodzi z niedawno nabytej książki ‘Pure vegetarian’ Paul’a Gayler.

Jest to coś a la ratatouille zapiekana we francuskim cieście, uprzednio posmarowanym tapenadą. W oryginalnym przepisie farsz wykłada się na jeden płat ciasta i przykrywa drugim, ja jednak wolałam upiec mniejsze, jednorazowe porcje (które świetnie spisują się również na pikniku lub lunchu w pracy ;) ). W oryginale podaje się ten śródziemnomorski ‘pie’ z lekko ostrym, pomidorowym sosem, z którego tym razem zrezygnowałam.

*

ratatouillepie

Mediterranean pisto pie

400 g ciasta francuskiego
(dwa płaty o rozmiarach 20 x 25 cm)

4 łyżki oliwy z oliwek
1 bakłażan pokrojony w kostkę
1 czerwona cebula, pokrojona w cienkie plasterki
4 poszatkowane ząbki czosnku
2 cukinie pokrojone w plastry
1 pokrojona czerwona papryka
1 papryczka ‘chilli’, drobno pokrojona
1 łyżka świeżego oregano
3 łyżki tapenady
1 rozkłócone jajko
1 łyżeczka zieren sezamu (u mnie więcej)
sól, pieprz

Na rozgrzaną oliwę wrzucić bakłażana i dusić 2-3 min. Dodać pozostałe warzywa i dusić do miękkości. Doprawić do smaku, dodać oregano i wymieszać. Zostawić do wystygnięcia.
Nagrzać piekarnik do 200°. Jeden płat ciasta położyć na papierze do pieczenia, posmarować tapenadą po czym nałożyć przygotowane warzywa (zostawiając ok. 2,5 cm od brzegu); przykryć drugim płatem ciasta, brzegi smarując wodą lub jajkiem, by dobrze się skleiły. Nożem naznaczyć na cieście linie, posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać sezamem.
Piec ok. 30-35 minut.

Smacznego!

*

Cukiniowej historii ciąg dalszy

czwartek, 27 Sierpień 2009

Lato powoli chyli się ku końcowi. Na szczęście bardzo powoli, gdyż temperatury nadal są iście wakacyjne, mimo iż wakacje już się skończyły (tak, tak : tutaj dzieci kończą szkołę pod koniec lipca i wracają do niej już pod koniec sierpnia; choć oczywiście nie można się skarżyć, w Danii bowiem szkoła rozpoczęła sie już 10 sierpnia! ;) ).

Ja niestety w tym roku wakacje spędziłam w większości na balkonie :(
Z powodu przedłużającej się w nieskończoność kontuzji mojej stopy musieliśmy odwołać pobyt w naszym ulubionym alpejskim miasteczku; w gruzach legł też mój tegoroczny wyjazd do Danii. Pod koniec maja zupełnie nie przypuszczałam, że złamany palec może mnie unieruchomić na tyle miesięcy :(

Jako, że jeszcze do niedawna musiałam jak najwięcej siedzieć lub leżeć z uniesioną nogą, leżak i lektura okazały się więc moimi najlepszymi przyjaciółmi tego lata ;) Balkon jest duży (a przede wszystkim długi, ma bowiem prawie 8 metrów długości) i jako, że bardziej przypomina loggię niż balkon, jest dosyć przytulnym miejscem. Ponadto zewnętrzne żaluzje dają miłą ochronę przed palącym słońcem, nawet popołudniową porą. Oczywiście wolałabym ‘leżakować’ sobie nad jeziorem, jednak gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, nieprawdaż? ;)

Na szczęście to jeszcze sierpień, słońce nadal nas rozpieszcza, a temperatury robią się znacznie bardziej przyjazne ;) Wszystko ma więc swoje złe i dobre strony : kończące się lato i nieco niższe temperatury oznaczają bowiem, że częściej będę mogła coś upiec, bez obawy, że wyzionę ducha w nagrzanej do granic możliwości kuchni ;)

Wczoraj na ten przykład zrobiłam jajka w kokilkach, z przepisu który czekał w kolejce od pewnego już czasu ;) A przepis przydał się właśnie teraz, gdyż są to jajka z cukinią. Odrobinę zmieniłam proporcje, a zamiast – jak w przepisie – wstawić kokilki do garnka z wodą, ja upiekłam je w piekarniku, w kąpieli wodnej (tak jak w przypadku jajek z czosnkiem niedźwiedzim, o których pisałam tutaj).

*

oeufcocottecourgettes01

(przepis oryginalny pochodzi z czasopisma ‘Saveurs’ nr 161 - czerwiec 2008)

Jajka w kokilkach z cukinią i pleśniowym serem

porcja na 4 osoby

4 jajka
8 łyżek gęstej śmietany
ok. 80 g sera typu 'bleu'  (w przepisie fourme d’Ambert)
1 cukinia (u mnie żółta i zielona pół na pół)
garść orzechów laskowych
szczypiorek
masło do wsmarowania foremek
sól, pieprz

Cukinię zetrzeć i lekko odcisnąć, delikatnie doprawić solą i pieprzem. Kokilki wysmarować masłem. Na dno każdej z nich wlać łyżkę śmietany, następnie nałożyć ok. 2 łyżek startej cukinii, pokruszyć odrobinę sera i wlać łyżkę śmietany. Na koniec do każdej kokilki delikatnie wbić jajko, pokruszyć na nie resztę sera i posypać posiekanym szczypiorkiem oraz kawałkami zmieżdżonych orzechów.
Piec w kąpieli wodnej około 12 minut w 180° (białko ma być dobrze ścięte, żółtko natomiast nadal płynne).

*

oeufcocottecourgettes3

*

Smacznego!

*

(przepis uczestniczy w akcji 'Cukiniowy sierpień')
*

‘Owoc maślany’ i guacamole

środa, 8 Lipiec 2009

Ten przepis miał się pojawić na blogu już ponad rok temu. Najpierw jednak okazało się, że nie zdążyłam przed wyjazdem na wakacje, a potem… zupełnie zapomniałam o ‘czekajacych’ w zaciszu komputera zdjęciach. Kilka dni temu jednak, cierpiąc na nadmiar wolnego czasu ;) postanowiłam uporządkować nieco zawartość twardego dysku i jakież było moje zdziwienie, gdy ‘odkryłam’ moje zeszłoroczne guacamole! A jako, że ostatnimi czasy ponownie często gości ono na naszym stole (z powodów pogodowo-kontuzjowych ;) ), to doczeka się tegorocznej publikacji :) Tym bardziej, że robienie zdjęć (a raczej samo przygotowanie do nich) przemieszczając się o kulach lub skacząc na jednej nodze, do łatwych zadań nie należy. Mam więc nadzieję, że mi wybaczycie, iż zdjęcie takie ‘nieświeże’ ;)

Moje pierwsze spotkanie z guacamole odbyło się naście lat temu u znajomych z Meksyku i Argentyny i od razu przypadło mi do gustu. Jak pięknie napisała to wczoraj Ania, guacamole to : ‘przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste – słone, ostre, kwaskowate.’ Tak właśnie, guacamole musi być wyraziste. Ani za ostre, ani za mdłe. Choć to rzecz jasna jak zwykle bardzo osobista kwestia.

Jak wiele innych dań, tak i guacamole bywa tematem kulinarnych sporów moich międzynarodowych uczniów :) Rodem z Meksyku, guacamole dziś jest coraz bardziej popularne, najbardziej chyba jednak nadal w krajach Ameryki Południowej. Niektórzy nie dopuszczają nawet myśli miksowania składników, zamiast rozcierania avocado widelcem; inni zaś uważają, że nie powinno się dodawać pomidorów czy za dużo soku z cytryny. Dla mnie natomiast to właśnie z tymi dodatkami guacamole nabiera całego uroku. Poza tym ja uwielbiam je z dodatkiem świeżej kolendry, lecz wiem, że ma ona również swoich przeciwników ;) Wychodzę jednak z założenia, że potrawa ma smakować jedzącemu, każdy więc może ją zmodyfikować wedle swojego uznania. Faktem jest jednak, że smak potrawy zależy od jakości użytych składników, dlatego jeśli avocado nie jest dobre, a pomidory nie są dojrzałe i aromatyczne, to i guacamole smakiem nas nie zachwyci.

Samo avocado (czyli smaczliwka lub ‘owoc maślany’ – nazywany tak ze względu na dużą zawartość tłuszczu) jest nader cenne dla naszego zdrowia. Wymieniać można by długo : witaminy, błonnik, dobre – bo nienasycone – kwasy tłuszczowe, potas, magnez i fosfor, białko, oraz duże właściwości przeciwutleniające. Owoce avocado chronią nas przed chorobami serca i układu krążenia, obniżają poziom ‘złego’ cholesterolu. Nie tylko same owoce – proszek z wysuszonej pestki używany jest np. w krajach Ameryki Południowej do leczenia problemów z krążeniem właśnie (ścieramy wysuszoną pestkę na tarce i pijemy ok. łyżeczkę tego proszku w małej szklance wody). Poza tym, dzięki sporej zawartości witamin A i E, i w kuchni i w kosmetologii avocado jest świetnym sprzymierzeńcem dla naszej skóry. Najlepiej oczywiście spożywać je na surowo, gdyż wtedy zapewnimy naszemu organizmowi najwięcej cennych substancji odżywczych. W pastach i wszelakich smarowidłach, w chłodnikach i napojach. Czy to na słono czy na słodko, od przystawki po deser delektować się możemy tym pełnym zdrowia owocem.

guacamole400

Guacamole

2 duże avocado
1 średni, dobrze dojrzały pomidor (niezbyt miękki)
1/2 małej cebuli
swieża kolendra (wedle uznania)
1-2 łyżki soku z limonki
sól do smaku
spora szczypta papryczki z Espelette

Pomidory pozbawić skórki i pestek i pokroić w drobną kostkę. Cebulę drobno poszatkować.
Miąższ avocado dobrze rozetrzeć widelcem (lub… delikatnie zmiksować). Dodać sok z limonki, przyprawy i poszatkowaną kolendrę i dobrze wymieszać. Przykryć i wstawić do lodówki. Serwować dobrze schłodzone.

Smacznego!

*

*

*

A lubiącym avocado proponuję również :

- wiosenny koktajl dla dorosłych

- pastę z avocado z kiełkami słonecznika