Archiwum z Sierpień, 2010

Powroty i aromatyczna sól

poniedziałek, 30 Sierpień 2010

Moja krótka, wakacyjna przerwa niestety dobiegła już końca… Dziękuję Wam wszystkim serdecznie za komentarze i przepraszam, że odpisuję dopiero dziś, jednak te mini-wakacje spędzaliśmy z dala od komputera i internetu i dopiero od wczoraj wracam do ‘normalnego’ życia ;)
*

engadine2010

*

Jak zwykle nie mieliśmy ochoty wracać. Sami bowiem chyba przyznacie, że trudno się rozstawać z tego typu widokami! Ale nie tylko o widoki chodzi, to coś więcej; tam naprawdę czuć jakąś niesamowitą, pozytywną energię, a wszystkie drobne ‘dolegliwości’ znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Może rzeczywiście tak wygląda raj? ;)

Przywieźliśmy więc mnóstwo pozytywnych wrażeń, sporo zdjęć oraz – rzecz jasna – trochę regionalnego prowiantu ;) Ale o tym wszystkim będzie nieco później, mam nadzieję pod koniec tygodnia, proszę więc o cierpliwość :)

*
*  *  *

selauxlegumes3A dziś pewien ‘zaległy’ przepis, jeden z kilku, które czekają w kolejce już od jakiegoś czasu i z którymi niestety nie zdążyłam przed wyjazdem. Ale kto wie, może jeszcze się komuś przyda? To bardzo sympatyczny pomysł na domową, aromatyzowaną warzywami sól.

Jest ona świetnym dodatkiem do wszelakich dań, a oprócz tego, że jest niezwykle aromatyczna, to jest też sympatycznym pomysłem na kulinarny podarek, bardzo ‘ozdobnie’ się bowiem prezentuje ;) Jeśli macie suszarkę do warzyw, to oczywiście możecie jej właśnie użyć, jednak jeśli jej nie posiadacie, warzywa można przygotować w piekarniku, susząc je przez 8 godzin w temp. 50°. Jeśli dysponujecie tylko jedną blachą, przygotujcie warzywa tylko z połowy porcji, by mogły odpowiednio się wysuszyć.

Do tej warzywnej soli możemy też dodać nasze ulubione suszone zioła lub przygotować np. wersję z samymi tylko ziołami. Bardzo lubię taką sól do pieczonych warzyw czy ryby, również np. z dodatkiem otartej skórki z cytryny. Zachęcam Was do eksperymentów :)

*

I zapraszam na przepis :

*

selauxlegumes1

Sól z dodatkiem suszonych warzyw

proporcje na dwie blachy do pieczenia*

500 g pomidorów
350 g cukini
1 czerwona lub żółta papryka
+ sól (350 – 500 g w zależności od tego, czy chcemy by mieszanka była bardziej lub mniej 'warzywna')
opcjonalnie – ususzone, ulubione zioła (np. bazylia / tymianek / rozmaryn / majeranek itp.)

*jeśli dysponujemy tylko jedną blachą – przygotować połowę porcji

Warzywa umyć i osuszyć. Pomidory pozbawić nasion i pokroić w paski (ja częściowo obrałam je ze skórki). Cukinie pokroić w cienkie plasterki. Paprykę pozbawić nasion i pokroić w paski (obrałam ją ze skórki).
Warzywa rozłożyć na 2 blachach wyłożonych papierem i suszyć w piekarniku w 50° przez ok. 8 godzin. Drzwiczki piekarnika pozostawić lekko uchylone (wkładamy np. drewnianą łyżkę). Co 2 godziny przemieszać warzywa i przemienić miejscami blachy z dolnego poziomu na górny i vice versa (zamiast metody ‘piekarnikowej’ można oczywiście użyć suszarki do owoców i warzyw, jeśli takową posiadamy).
Po wysuszeniu pozostawić warzywa do wystygnięcia, drobno pokroić i wymieszać z naszą ulubioną solą (zrobiłam dwie porcje – jedną z fleur de sel, a drugą z solą Maldon, w płatkach). Można również dodać nieco suszonych ziół.
Przechowywać w ciemnym i suchym miejscu do pół roku.

*

selauxlegumes2

*

przepis oryginalny : Betty Bossi ‘De bonne conservation’

Mirabelki, dżem i Piąta Pora Roku

środa, 18 Sierpień 2010

owocesierpien2
*

Jak wspominałam niedawno, powoli wkraczamy już w śliwkowy sezon. Ponoć za mniej więcej miesiąc pojawią się węgierki, a póki co królują już renklody, mirabelki oraz wszelkie inne (również te ‘węgierkopodobne’ ;) ) śliwki.
Jako że w sobotę wyjeżdżamy (nareszcie! :) ) na krótki (stanowczo za krótki… ;) ) wypoczynek, stwierdziłam, że trzeba już teraz zająć się mirabelkami, we wrześniu bowiem może być już za późno (a raczej z pewnością będzie za późno…).
Przygotowałam więc moje ulubione mirabelkowe dżemy : jeden z dodatkiem rumu, drugi z amaretto (obydwa pyszne!). Był to pierwszy ‘inny’ dżem na jaki zdecydowałam się naście lat temu, zaczynając moją przetworową działalność ;) Wcześniejsze były dosyć klasyczne, czyli owoce + cukier (za każdym razem coraz mniej cukru ;) ), a ten oto mirabelkowy zapoczątkował moją niezaprzeczalną miłość do dżemów z dodatkiem rumu właśnie (nie martwcie się, jadam je bardzo rzadko ;) ).

Tym razem użyłam jasnego cukru trzcinowego, dzięki czemu dżem ma śliczny, złocisty kolor. Jesienny? Nie, nie ! To kolor Piątej Pory Roku :) Tym właśnie mianem określa się bowiem późne lato w tradycyjnej medycynie chińskiej. Tak jak pisałam prawie dwa lata temu (klik) - to czas przejściowy między pełnią lata a jesienią. To okres najbliższego kontaktu z Ziemią. A jako, że kolor żółty i brązowy tę porę roku charakteryzują, to dzisiejszy mirabelkowy dżem idealnie tutaj pasuje :)

*

confitmirabelles

Dżem mirabelkowy z rumem lub amaretto

2 kg mirabelek lub renklod (waga po wypestkowaniu)
ok. 500g cukru
1 laska wanilii*
3 łyżki soku z cytryny
ok. 40-50 ml rumu lub amaretto

* w tym roku do jednej porcji zamiast wanilii dodałam stratej tonki

metoda I
Owoce umyć, osuszyć i wypestkować; laskę wanilii przekroić wzdłuż na pół i ostrzem noża wyjąć ziarenka. Owoce zasypać cukrem wymieszanym z wanilią i pozostawić na min. 12 godzin. Następnie zagotować i smażyć na średnim ogniu dość często mieszając.  Gdy owoce stają się już ‘przeźroczyste’, a dżem ma odpowiednią konsystencję – dodać rum i sok z cytryny i gotować jeszcze chwilę.
Gorący dżem przełożyć do czystych, gorących, wyparzonych (i osuszonych) lub wypieczonych słoików i natychmiast zakręcić.

metoda II
Tym razem (z braku czasu) dżem zrobiłam tak, jak robię powidła śliwkowe, czyli  pierwszego dnia owoce smażyłam przez ok. 45 minut, odstawiłam je na jeden dzień, po czym ponownie zagotowałam dżem i smażyłam do otrzymania odpowiedniej konsystencji.

Jeśli chcemy dżem przechowywać dość długo – radzę go dodatkowo zapasteryzować (wpis o pasteryzacji tutaj – klik).

Przy okazji przypominam również wpis o pektynach, tutaj – klik.

*   *   *   *   *

A teraz już powoli żegnam się z Wami na mniej więcej półtora tygodnia. Dostęp do internetu będę mieć mocno ograniczony, wybaczcie więc, jeśli nie będę mogła odpowiedzieć na Wasze ewentualne pytania.

Przed wyjazdem chciałam również opublikować wpis o przetworach z owoców czarnego bzu, nie jestem jednak pewna, że ze wszystkim zdążę na czas; wolę więc na razie nic nie obiecywać ;)

Mam jeszcze (jak zwykle…) million spraw do załatwienia przed wyjazdem i właśnie się zastanawiam, czy i o której godzinie uda mi się dziś pójść spać ;) Ale to nic – myśl o tym, że znów będę w jednym z moich ulubionych miejsc dodaje mi energii i pozwala nie czuć zmęczenia.

*

engadin1
*
O soboty gościć będziemy w Alpach wschodnich, w retoromańskiej części Szwajcarii  : w Gryzonii (nie mylić z gryzoniami ;) ), a ściślej rzecz biorąc – w Engadynie.

*

engadin2
*

I choć w tym roku typowo górskich wycieczek raczej nie będzie (stopa niestety nadal na to nie pozwala :(  ), to będzie dużo spacerów i kontemplacji tych cudownych, alpejskich widoków. I do tego jeszcze wspaniałe termy, praktycznie kilka minut od naszego lokum. Już teraz wiem, że znów nie będzie nam się chciało wracać… ;)

*
Pozdrawiam serdecznie!

*

Awokado, pistacje i maliny

piątek, 13 Sierpień 2010

awokadoimaliny0111

*

Awokado gości na moim stole wyjątkowo często, szczególnie teraz latem. Ten niezwykle zdrowy owoc (witaminy, błonnik, dobre – nienasycone – tłuszcze, potas, magnez, fosfor, białko, oraz duże właściwości przeciwutleniające...) to wspaniały dodatek do szybkich sałatek, a także ‘baza’ do przygotowania jednej z moich ulubionych przekąsek – guacamole - klik. Najczęściej używam awokado do przygotowania dań wytrawnych, jednak kiedy w jednym z tutejszych czasopism zobaczyłam zdjęcie tarteletek / babeczek z malinami i awokado stwierdziłam, że pora na zmiany i na wypróbowanie również tej słodkiej wersji :)

Babeczki te robiłam już kilka razy, modyfikując nieznacznie proporcje i dodatki (oryginał ‘gazetowy’ był zdecydowanie najmniej udany ;) ). Piekłam je np. z mlekiem kokosowym, jednak ta wersja nie do końca mi posmakowała, ciasto było bowiem nieco mdłe. Ostatecznie wygrała wersja na mleku ryżowym, z dodatkiem sporej ilości otartej skórki cytrynowej oraz limoncello (za pierwszym razem) i rumu (za drugim). Alkohol możemy oczywiście pominąć, nadaje on jednak temu ciastu dodatkowego aromatu i przyjemnego smaku, polecam więc użycie jednej z tych dwóch ‘procentowych’ propozycji ;)

Dziś już śmiało mogę stwierdzić, że awokado, pistacje, maliny i cytryna to bardzo udany kwartet :)

*

awokadoimaliny2

Tarteletki / babeczki z awokado i malinami

ok. 8 indywidualnych foremek ‘tarteletkowych’ o śr. 10 cm

60 g tłuszczu roślinnego (lub miękkiego masła)
150 g cukru (u mnie zmielony trzcinowy)
3 jajka
otarta skórka z 1 cytryny i 1 limonki
100 ml mleka (u mnie ryżowe)
3 łyżki limoncello lub rumu (można pominąć)*
2 dojrzałe awokado
180 g mąki
100 g zmielonych pistacji
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
ok. 200 g malin
cukier puder do posypania

* jeśli rezygnujemy z dodatku alkoholu, radzę dodać 3 łyżki mleka więcej lub ok. 30 g mąki mniej

Piekarnik nagrzać do 180°.
Awokado przepołowić, pozbawić pestki a miąższ rozetrzeć widelcem.
Tłuszcz utrzeć z cukrem do białości. Dalej miksując dodawać po jednym jajku, a gdy masa jest już jednolita dodać otartą skórkę z cytryn, mleko, limoncello lub rum i awokado i dobrze wymieszać. Następnie partiami dodawać mąkę wymieszaną z solą i proszkiem oraz pistacje i ponownie dobrze wymieszać. Masę przelać do natłuszczonych foremek i  nałożyć po kilka malin. Piec ok. 35 min.
Wystudzić na kratce, a przed podaniem udekorować pozostałymi malinami i posypać cukrem pudrem.

Uwaga :
- ciasto pieczone w jednej większej foremce (np. tortownica o śr. 22 cm) ma niestety tendencje lekko ‘zakalcowe’, radzę więc użyć indywidualnych foremek, w których ciasto o wiele szybciej i lepiej się wypieka

*
(przepis oryginalny - Betty Bossi)

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Czarna porzeczka, brzoskwinie i ciasto

poniedziałek, 9 Sierpień 2010

Czas płynie nieubłaganie. Jeszcze całkiem niedawno był lipiec pełen truskawek, malin i wiśni, a dziś przepełnione słońcem owoce lata powoli ustępują już miejsca wszelakim śliwkom; renklody, mirabelki czy pękate, okrągłe śliwki zaczynają panoszyć się na straganach. Są już nawet pierwsze dynie, na razie jednak udaję, że ich nie widzę ;) Dopiero pod koniec września jak zwykle stracę dla nich głowę (tak jak rok temu – tutaj na ten przykład ;) )

Powoli kończą się również porzeczki. W sobotę na targu przeżyłam chwile grozy ;) dopiero bowiem na jednym z ostatnich odwiedzanych przeze mnie straganów udało mi się znaleźć czarną porzeczkę. A skoro już o czarnej porzeczce mowa, to czy znacie coś, co jest bardzo do niej podobne, lecz o nieco większych owocach ?

*

czarnaporzeczkaijosta2

po lewej - czarna porzeczka, po prawej – josta

*
Ten owoc to josta, po polsku zwana również porzeczko-agrestem, gdyż jest to skrzyżowanie czarnej porzeczki i agrestu właśnie; w smaku owoce rzeczywiście przypominają i porzeczkę i agrest, są mniej cierpkie od porzeczki, mają jednak jej delikatny aromat. Ich nazwa pochodzi od niemieckich nazw tych dwóch owoców (jako, że to niemieckiemu botaniście i genetykowi zawdzięczamy powstanie tej odmiany) : Johannisbeere (czarna porzeczka) -"Jo" oraz Stachelbeere (agrest) - "Sta" (cytuję za Wikipedią).

Przyznaję, że to w tym roku po raz pierwszy miałam okazję posmakować owoców josty (te na zdjęciu pochodzą z ogródka koleżanki z pracy, a właściwie jej sąsiadki ;) ). Trudno mi powiedzieć, czy je polubiłam… Nie jest to raczej miłość od pierwszego wejrzenia (a raczej od pierwszego skosztowania ;) ), ale z pewnością dam im jeszcze jedną szansę. Może to dlatego, że nie jestem wielką fanką agrestu? Jeśli jednak agrest lubicie, to i josta z pewnością również Wam posmakuje.

Wróćmy jednak do cudem ‘upolowanej’ w sobotę czarnej porzeczki ;) Dokupiłam jej do towarzystwa brzoskwinie i zatopiłam owoce w migdałowym, delikatnym cieście z dodatkiem ziarenek tonki i amaretto. Smak czarnej porzeczki i brzoskwini świetnie się uzupełnia, słodycz brzoskwini bowiem równoważy cierpkość porzeczki. Przyzam, że jeszcze nigdy ciasto nie zostało u nas skonsumowane w tak szybkim tempie. Szczególnie przez tych, którzy ponoć nie lubią ciast z owocami ;)

*

brzoskwiniaczarnaporzeczka2

Migdałowe ciasto z brzoskwiniami i czarną porzeczką

na tortownicę o średnicy 24 cm

2 brzoskwinie
ok. 200 g owoców czarnej porzeczki

80 g tłuszczu roślinnego lub miękkiego masła
150 g cukru + 1 łyżka (u mnie jasny trzcinowy)
2 jajka
otarta skórka z 1 cytryny
120 g bardzo drobno zmielonych migdałów
120 g mąki
spora szczypta soli
1 łyżeczka proszku do pieczenia
2 łyżki amaretto (można pominąć lub zastąpić np. rumem)
1 nasionko tonki - starte na najmniejszych oczkach (można zastąpić ziarnami z 1/2 laski wanilii)

Piekarnik nagrzać do 180°.
Owoce umyć i dokładnie osuszyć. Brzoskwinie przepołowić, wypestkować i każdą połówkę pokroić na 4-5 części.
Tłuszcz utrzeć z cukrem do białości. Dalej miksując dodawać po jednym jajku, a gdy masa jest już jednolita dodać otartą skórkę z cytryny, amaretto oraz – partiami – migdały i mąkę wymieszaną z solą, proszkiem i startym nasionkiem tonki (odrobinę tonki zachować). Ciasto przelać do natłuszczonej i delikatnie wysypanej mąką formy, ułożyć owoce i posypać dodatkową łyżką cukru wymieszaną z odrobiną startej tonki. Piec ok. 45 min (lub do suchego patyczka).

*

Smacznego !

*

brzoskwiniaczarnaporz02

Biała rzepa i pseudo krupnik

czwartek, 5 Sierpień 2010

Czy zgadniecie, jakie było pierwsze polskie słowo, którego nauczył się mój mąż? (poza zwrotami grzecznościowymi rzecz jasna ;) ) Otóż był to… krupnik! Ku uciesze mojej mamy, krupnik bardzo mu posmakował i od tego czasu regularnie gości on na naszym stole. I choć nie zawsze może podobny jest do tego tradycyjnego, to i tak nazywam go krupnikiem. Jak na przykład dziś. Choć dziś wolę nazwać go jednak pseudo krupnikiem, by nie narazić się tradycjonalistom ;)

*

navetblanc*

Do tego pseudo krupniku użyłam warzywa, które chyba dosyć rzadko gości na polskich stołach, a mianowicie białej rzepy (czy też białej rzodkwi – po francusku ‘navet’). Najbardziej lubię tę młodą, która pojawia się na straganach na początku lata, ma bowiem delikatniejszy smak i nawet Ci, którzy za nią nie przepadają – nie wyczuwają jej w moim pseudo krupniku ;) Oczywiście zupę można przygotować również bardziej tradycyjnie - z ziemniakami zamiast białej rzepy. I do tego sporo natki pietruszki oraz kilka łodyżek lubczyku z mojej balkonowej hodowli (lubczyk na szczęście przetrwał atak mszyc, a wszystko to za sprawą larw biedronek, o których wspominałam tutaj :) ). I jeszcze spora szczypta kurkumy – dla słonecznego koloru i dla zdrowia ;)

Wpis czekał na publikację już od czerwca, jednak temperatury tych ostatnich dwóch miesięcy nie sprzyjały pisaniu o rozgrzewających zupach ;) Dziś jednak jest mokro i szaro (i trochę chłodno…) zupa więc ponownie bulgocze w garnku. A przy okazji zagości też i na blogu ;)

(całkiem niedawno o białej rzepie pisała również Miss_Coco a propos wytrawnej tarty tatin z białą rzepą właśnie, serdecznie polecam Wam lekturę jej posta – klik).

*

pseudokrupnik3

Pseudo krupnik z białą rzepą

6 łyżek kaszy jęczmiennej
ok. 1,3 – 1,5 litra bulionu
ok. 500 g warzyw (np. 150 – 200 g marchewki + 300 g białej rzepy lub ‘mieszanki’ rzepy i ziemniaków)*
1/2 łyżeczki kurkumy
1-2 liście laurowe
kilka ziarenek ziela angielskiego oraz czarnego pieprzu
natka pietruszki + kilka gałązek lubczyku

Kaszę dobrze wypłukać w zimnej wodzie (kilkukrotnie  ją zmieniając). Następnie zalać ją bulionem, dodać przyprawy i gotować ok. 15-20 minut.
W tym czasie przygotować warzywa : umyć je i zetrzeć na tarce na dużych otworach (ziemniaki kroimy w małą kostkę). Do kaszy dodać warzywa i gotować jeszcze ok. 20-25 minut. Na kilka minut przed końcem gotowania dodać poszatkowaną natkę pietruszki i lubczyk (ile lubimy).

Smacznego!

*
*Liście tej młodej rzepy możemy wykorzystać do zrobienia pysznej, zielonej zupy, np. takiej jak ta z liści rzodkiewki – klik.


*