Archiwum z Lipiec, 2008

Muffinki z czeresniami

niedziela, 27 Lipiec 2008

Przyznaję, że aktualne temperatury całkowicie odbierają mi ochotę na większe gotowanie, a już tym bardziej na pieczenie. Jednak dziś już naprawdę zachciało nam się czegoś do popołudniowej kawy, postanowiłam więc zrobić choć kilka muffinków. Początkowo myślałam o czymś kokosowym lub pistacjowym, jednak jako że w lodówce były jeszcze czekające na spożycie czereśnie, to oczywiście one również trafiły na muffinkową listę składników ;) I tak powstały kokosowo-pistacjowe muffinki z czereśniami (na bazie tego przepisu na muffinki choco-coco).
*

Kokosowo-pistacjowe muffinki z czereśniami

200 g mąki
5-6 łyżek rozdrobnionych pistacji (niesolonych)
2 łyżeczki proszku do pieczenia
2 jajka
130 g cukru
szczypta soli
100 g stopionego masła
200 ml mleka kokosowego (można zastąpić zwykłym)
odrobina amaretto
+ czereśnie

Wymieszać suche składniki. Jajka ubić z cukrem i szczyptą soli; dodać mleko i lekko przestudzone masło, wymieszać (można też dodać odrobinę amaretto). Następnie wlać mokre składniki do suchych i dokładnie wymieszać. Nakładac 2-3 łyzki ciasta do każdej papilotki + 3-4 czereśnie. Piec ok. 30 min w 180°.

Jak wspomniałam wyżej, mleko kokosowe można zastąpić zwykłym.

Pistacji dodałam głównie dlatego, gdyż urzekły mnie ostatnio pewne kruche tarteletki z kremem pistacjowym i czereśniami oraz zapiekane czereśnie również z pistacjami właśnie. Jest to bardzo ciekawe połączenie, gdyż te dwa smaki świetnie się dopełniają. Mam więc tylko nadzieję, że aura już niedługo pozwoli mi na dalsze wypiekowe eksperymenty ;)

Pozdrawiam serdecznie !
*

La vie en rose!

czwartek, 24 Lipiec 2008

roseancienne

…czyli życie na różowo ;)

Przyznam, że róż polubiłam dopiero całkiem niedawno. Choć róże kocham od zawsze :) Gdybym miała ogród, to z pewnością pełen byłby różnych ich odmian, szczególnie tych dawnych. I to właśnie na taki bukiecik ‘babcinych’ róż całkiem przypadkowo trafiłam wczoraj na targu, gdzie przesympatyczny, starszy pan sprzedawał bukiety swoich ogrodowych kwiatów. Muszę przyznać, że dawno już nie czułam tak wyjątkowego, zniewalającego zapachu! Cóż, ‘sklepowe’ róże mają naprawdę niewiele wspólnego z tymi ogrodowymi.

A wracając do starszego pana, to zyskał on wczoraj nową klientkę :) a jego bukiecik nie tylko umilił mój dzień, lecz także stał się inspiracją do wczorajszej kolacji! Stwierdziłam bowiem, że też będzie  na różowo :) I wtedy przypomniał mi się przepis na chłodnik z botwinką zamieszczony w ‘Kolorach smaków’ Marty Gessler, znajduąjcy się rzecz jasna w ‘różowej’ części książki ;)
*

chlodnik


cytuję :

Chłodnik z botwinką

na 4 porcje

1 pęczek botwinki
sok z 1 cytryny
1 szklanka wody
sól, pieprz
1 pęczek rzodkiewki
1 świeży ogórek
1 ząbek czosnku
1 l jogurtu naturalnego
1 łyżka posiekanego koperku*
1 łyżka posiekanego szczypiorku*

*dałam więcej

Wszystkie warzywa umyć i dokładnie oczyścić. Botwinkę drobno posiekać, skropić sokiem z cytryny, ugotować w małej ilości wody, przyprawić solą i pieprzem. Ostudzić. Rzodkiewki i ogórka zetrzeć na tarce o dużych otworach. Wycisnąć czosnek i połączyć z jogurtem. Dodać botwinkę, koperek i szczypiorek. Wymieszać i przyprawić do smaku. Przed podaniem wstawić do lodówki na mniej więcej godzinę.

Gdy po raz pierwszy testuję czyjś przepis, to staram się go zbytnio nie modyfikować tak by przekonać się, jaki jest jego ‘oryginalny’ smak. Jednak za każdym następnym razem zazwyczaj już robię ‘po swojemu’ ;) Więc jedyna zmiana, na jaką sobie na początku pozwoliłam, to o wiele większa ilość koperku i szczypiorku, gdyż – wg mnie – na litr jogurtu było go za mało; na koniec dodałam też trochę więcej jogurtu, gdyż i kolor i smak był bardzo intensywny.

Przyznaję, że w moim domu nie było ‘chłodnikowych’ tradycji, tak więc przepisy które testuję, pochodzą wyłącznie z książek. Jeśli więc chcecie się podzielić swoim ulubionym przepisem na chłodnik, to będe bardzo wdzięczna, gdyż jest to naprawdę świetny pomysł na przetrwanie upalnego lata :)

PS. A jako ciekawostkę dodam jeszcze tylko, że znalezienie botwinki na targu graniczy tutaj praktycznie z cudem ;)
*

Powakacyjne lektury, cd. :)

wtorek, 22 Lipiec 2008

Oto ciąg dalszy moich książkowych szaleństw i prezentów ;)
Jak widac, nie mogłam oprzeć się pokusie i kupiłam zachwalane przez wiele osób ‘Jajka’ Michela Roux :) Przepisy faktycznie wyglądają ciekawie i – z tego co już czytałam na Waszych blogach – takie właśnie są; a całości dopełniają bardzo apetyczne zdjęcia :)

Kolejną z pozycji na mojej liście ‘zakupowej’ były ‘Kolory Smaków’ Marty Gessler, o których wspominała Liska kilka miesięcy temu.

Jak magnes przyciągnęło mnie wtedy słowo ‘prostota’, gdyż bardzo ją cenię – nie tylko w kulinarnej sferze życia. Spodobało mi się również to, że książka ta ma oryginalny podział tematyczny, przepisy są bowiem zgrupowane kolorystycznie :) Jest więc rozdział biały, zielony, różowy, pomarańczowy, żółty, czerwony, fioletowy, brązowy i… przezroczysty! To pięknie wydana książka, którą miło jest mieć. Testowanie przepisów już niebawem :)

Kolejną z książek dostałam wprawdzie nieco wcześniej, ale i tak wciągam ją na tę prezentową listę, a jest to ‘Smak życia’ Agnieszki Maciąg.

Jestem nią bardzo mile zaskoczona, gdyż nie spodziewałam się, że ta była modelka jest np. ‘fanką’ Św. Hildegardy! I choć przepisy nie są może bardzo odkrywcze, to z całą pewnością należą do ciekawych, smakowitych i przyjaznych naszemu zdrowiu. Kilka z nich już testowałam, a kilka innych czeka w kolejce. Już teraz jednak mogę powiedzieć, że ‘Smak życia’ jest bardzo przyjemną lekturą kulinarną.

A na koniec książka, której nie było na mojej liście, lecz która zaciekawiła mnie na tyle, że od razu znalazła się w koszyku :) Są to ‘Dania z anegdotą’ Hanny Szymanderskiej.

Jest to kolejna bardzo ciekawa pozycja tejże autorki, w której przedstawia nam nie tylko przepisy na wiele słynnych dań, lecz przede wszystkim opowiada anegdoty o osobach i wydarzeniach związanych z ich powstaniem. Znajdziecie tu między innymi odpowiedź na pytanie czy sałatkę Cezara lubił Juliusz Cezar, skąd wzięła się nazwa ‘cordon bleu’ i przeczytacie o tym, jak zazdrosna siostra upiekła pierwszą ‘tarte tatin’ oraz o torcie Sachera czy o Pavlovej ;) a także o wielu innych bardzo interesujących postaciach i potrawach. Naprawdę gorąco polecam Wam tę smakowitą lekturę :)

A ja, patrząc na uginające się pod książkami półki, zastanawiam się tylko kiedy znajdę czas na przetestowanie choć części tych wszystkich niesamowitych przepisów! I mam nadzieję, że stanie się to jednak w bliższej a nie dalszej przyszłości ;)

Pozdrawiam serdecznie i czekam na Wasze ewentualne opinie na temat wspomnianych tu lektur :)

PS. I raz jeszcze pozwolę sobie tu wszystkim za wszystko baaardzo serdecznie podziękować!
*

Powakacyjne lektury :)

niedziela, 20 Lipiec 2008

ksiazki222

Wakacje w Polsce jak zwykle zakończyły się powiększeniem się moich książkowych zbiorów :) Część z nich to prezenty (raz jeszcze baaaardzo serdecznie dziekuję dobroczyńcom!), a część to owoc przesiadywania w Empiku :) Miło było popatrzeć na aktualną ofertę księgarnii, na książki nowe i mniej nowe. Z przyjemnością stwierdzam, że w dziedzinie kulinarnej coraz więcej jest ciekawych pozycji i wiele było książek które z żalem odłożyłam z powrotem na półkę, czego teraz oczywiście żałuję ;) Gdyż książki nadal mają dla mnie pewien niepowtarzalny urok - jak za pomocą czarodziejskiej różdżki przenoszą nas w zupełnie inny świat. I nawet jeśli wiem, że wiele rzeczy można dziś znaleźć w czeluściach Internetu, to nic nie zastąpi tej wersji drukowanej, dotyku i zapachu papieru, szelestu wertowanych kartek. Gdy otwieram taki nowy nabytek, czuję się jak ktoś ‘wybrany’, komu dane jest poznanie jakiejś niesamowitej tajemnicy. Każda książka jest dla mnie jak drogocenny skarb i trudno jest mi sobie wyobrazić, bym mogła się ich pozbyć. To chyba najlepszy prezent jaki mogę sobie wyobrazić, i to praktycznie od zawsze. Nie dość, że nauczyłam się czytać w baaardzo młodym wieku (dzięki kochanej starszej Siostrze :)), to jeszcze zapałałam prawdziwą miłością do książek : czytałam dużo, bardzo dużo, budziłam się z książkami i z nimi zasypiałam. I choć teraz nie mogę już poświęcić na czytanie tyle czasu co dawniej, to nadal jest to moja ulubiona forma relaksu.

Ale dosyć już tych wynurzeń, przejdźmy do konkretów :)

Jedna z najciekawszych chyba tegorocznych pozycji, które znalazły się w mojej walizce, to ‘Odżywianie dla zdrowia’ Paula Pitchforda.

Jest to absolutnie niesamowita książka, można by rzec prawdziwa biblia zdrowego odżywiania. Są w niej zawarte podstawy wiedzy o żywieniu, o witaminach i mikroelementach, o chorobach i ich leczeniu za pomocą diety, o diecie Pięciu Przemian, itd.; jest również duża część poświęcona przeróżnym zdrowym przepisom (i tu kładę nacisk na tę niesamowitą różnorodność właśnie). Książka ta to prawdziwa kopalnia wiedzy i gorąco polecam ją wszystkim zainteresowanym :)
(tutaj możecie zerknąć na spis treści)

A skoro już mowa o zdrowiu i diecie Pięciu Przemian, to polecam Wam również książkę Ewy Dobek i Tomka Gulińskiego ‘Kuchnia Kreatywna czyli gotowanie wg Pięciu Przemian’.

Jest to bardzo prosto acz ciekawie napisana pozycja dla zainteresowanych tematem; w przepisach spodobało mi się to, że nie ma dokładnie podanych proporcji, a raczej pomysły na to, co w danej potrawie znaleźć się powinno; reszta będzie tworzona wedle naszego nastroju i potrzeby chwili :) W takich momentach przypomina mi się zawsze pewne zdanie mojej chrzestnej, która mawia : warzyw dajemy ile mamy, a przypraw ile lubimy :) I takie przepisy lubię chyba najbardziej.

Pozostając w temacie zdrowia i zdrowego odżywiania nie mogłam nie kupić czegoś o kuchni Św. Hildegardy (wspominałam już kiedyś o niej przy okazji pieczenia ciasteczek orkiszowych).
I tak, znalazłam trzy pozycje (gdyby było więcej, to pewnie też bym kupiła ;)), a są to :
‘Z kuchni Św. Hildegardy’ (Jany Fournier-Rosset, ‘Kuchnia Św. Hildegardy’ (Brigitte Pregenzer, Brigitte Schmidle)oraz – tych samych autorek – ‘Św. Hildegarda z Bingen – Dieta i post’.
Zainteresowanych odsyłam do podanych linków, a ja powoli zostawiam Was i wracam do moich wakacyjnych lektur :)
W przyszłym tygodniu zapraszam Was na ciąg dalszy :)

Pozdrawiam serdecznie!

*

Wakacyjne ciasto prosto z Danii

piątek, 18 Lipiec 2008

ciastodkfruits

*

Jak pisałam ostatnio, zapraszam Was dziś na kawałek duńskiego ciasta :)

I tak jak wspominałam, nie jest ono zbyt dietetyczne, ale za to baaardzo pyszne ;)

Przepis pochodzi z jednego z duńskich czasopism kulinarnych i został wypróbowany podczas tegorocznych wakacji; i jeśli lubicie marcepan, to z pewnością przypadnie Wam do gustu.

Jest to bardzo łatwe i szybkie ciasto, idealne nie tylko na lato. Wystarczy przecież odpowiednio je udekorować sezonowymi wspaniałościami :)

*
ciastodkentier

Ciasto z marcepanem i czekoladowo-śmietankowym kremem

(marcipankage med lys chokolademousse - MAD! maj/czerwiec 2008)

Na tortownicę o średnicy 24 cm

400 g marcepanu
4 jajka
4 łyżki kakao
skórka z 1 pomarańczy
*jeśli masa jest zbyt lejąca, radzę dodać odrobinę mączki kukurydzianej

300 g mlecznej czekolady (u mnie biała)
4 żółtka
500 ml tłustej słodkiej śmietany

+ owoce i czekolada do dekoracji

Marcepan zetrzeć na tarce (najlepiej wcześniej go schłodzić), dodać kakao i otartą skórkę z pomarańczy i utrzeć dodając po jednym jajku. Następnie wlać masę do natłuszczonej tortownicy i piec w 175° ok. 20 minut. Zostawić w formie do całkowitego wystygnięcia.

Czekoladę rozpuścić i lekko wystudzić. Śmietanę ubić. Do czekolady dodać żółtka, wymieszać, następnie partiami dodawać śmietanę, dobrze wymieszać. Tak przygotowaną masę wlać na upieczony marcepanowy spód, zawinąć szczelnie w folię spożywczą i wstawić do zamrażalnika na minimum 4 godziny. Wyciągnąć 30 minut przed degustacją, udekorować owocami i tartą czekoladą.

Moje uwagi :
Robiłam to ciasto z połowy porcji w tortownicy o śr. 18 cm. Dałam tylko 1 łyżkę kakao gdyż przy ‘oryginalnych’ proporcjach ten marcepanowy smak jest mało wyczuwalny przy tak dużej ilości kakao. Nie wiem, czy to z powodu jakości tutejszego marcepanu czy może jajek, lecz ciasto miało zbyt lejącą konsystencję, w związku z czym dosypałam niecałe 2 łyżki mączki kukurydzianej, co dodało ciastu lekkości i puszystości i co – osobiście – bardzo polecam. Dodam też, że piekłam spód dłużej niż te zalecane 20 min. (u mnie było to ok. 35 min.)

A teraz już wszystkich chętnych zapraszam na kawałek ciasta oraz na filiżankę dobrej kawy :)

Smacznego!
*

kawaciasto2
*
PS. Olu raz jeszcze dziękuję! Nie tylko za tłumaczenie, ale za ‘całokształt’ ;)
*

...................................................................................................
Recette en français - Gâteau au massepain à la mousse de chocolat