Archiwum z Październik, 2011

Dyniowe szaleństwo, czyli Festiwal Dyni 2011

niedziela, 30 Październik 2011

festiwal_dyni20111Dyniowy Festiwal dobiega już końca. Mam nadzieję, że i tym razem dobrze (i smakowicie ;)) się bawiliście i że dynia zyskała nowych zwolenników. Lista festiwalowych przepisów się wydłuża i - jak co roku – niezwykle ciekawie się zapowiada :)
Pora więc i na moje tegoroczne propozycje (a przynajmniej na tę ich część, którą udało mi się uwiecznić na zdjęciach ;)).

Jak pisałam wczoraj – weekend zaczął się od przygotowania dyniowego puree. W tym celu naszą ulubioną dynię wystarczy wydrążyć, pokroić na plastry, ułożyć na blasze, skropić oliwą i upiec do miękkości w temp. 200°. Następnie miąższ należy dokładnie rozetrzeć widelcem lub przetrzeć przez praskę / sito czy też zmiksować. Jeśli miąższ dyni jest dosyć wilgotny, odsączamy go na sicie. I voilà! Puree gotowe :) Teraz należy już tylko zdecydować, do czego go użyjemy ;)

(puree możemy też przygotować gotując dynię na parze lub w odrobinie wody, wtedy jednak miąższ będzie nieco bardziej wilgotny i trzeba będzie mocniej go odsączyć przed użyciem; nadmiar tak przygotowanej dyni można również zapasteryzować, o czym wspominałam w zeszłorocznym wpisie - klik).

Moja pierwsza propozycja na użycie upieczonej dyni, to przepis pochodzący z pięknie wydanej książki Silveny Rowe‘Purple Citrus & Sweet Perfume : Cuisine of the Eastern Mediterranean’, którą znacie być może między innymi z występów w BBC's Saturday Kitchen. Przyznaję, że do zakupu książki skusiła mnie... przepiękna okładka oraz równie piękne zdjęcia. Przepisy oczywiście również ;) Między innymi ten poniższy, na hummus z dyni z dodatkiem za’ataru (w zeszłym roku pokazywałam Wam taki oto hummus z ciecierzycą i dynią – klik, a tutaj możecie zobaczyć niezwykle klimatyczne zdjęcia tej potrawy, prezentowane rok temu przez Lulę Lu - klik).
'

dynia_pasta_zaatar

Dyniowy hummus z za’atarem

(Silvena Rowe – ‘Purple Citrus & Sweet Perfume : Cuisine of the Eastern Mediterranean’)

ok. 450 g dyni (użyłam już upieczonego wcześniej miąższu)
3-4 łyżki oliwy, sól
3 żąbki czosnku, zmiażdżone i przeciśnięte przez praskę
1 łyżka soku z cytryny (w oryginale 3)
1 łyżka przyprawy za’atar*
3 łyżeczki mielonego kuminu
2 łyżki tahini
2 łyżki pestek z dyni, zrumienionych na suchej patelni (tym razem pominęłam)

Piekarnik rozgrzać do 200°. Dynię pokroić w plastry, ułożyć na blasze do pieczenia, skropić oliwą, posolić. Piec do miękkości (mniejsze kawałki ok. 20 minut, większe 35-40), wystudzić, a następnie dokładnie rozetrzeć miąższ dyni widelcem. Dodać pozostałe składniki, wymieszać i przed podaniem posypać pestkami dyni (w przepisie oryginalnym 1 łyżkę tahini dodajemy do masy a drugą polewamy gotową pastę już w naczyniu).

*jeśli nie mamy gotowej przyprawy za’atar, możemy przygotować ją sami; oto proporcje jakie podaje autorka :
2 łyżki oregano (lub tymianku), 1 łyżka majeranku, 2 łyżki lekko uprażonych nasion sezamu, 1 łyżka sumaku, ½ łyżeczki soli – wszystko wymieszać i przechowywać w szczelnie zamkniętym pojemniku

'
*  *  *

Druga propozycja to dyniowe gnocchi, nieco jednak inne od klasycznych, mąkę zastąpiłam bowiem mielonymi migdałami (ze względu na dietę niektórych gości). Jako iż masa jest lekko klejąca, zamiast ‘ręcznie’ formować kulki z ciasta (wyjątkowo nie lubię sklejonych ciastem rąk... ;)), formowałam je jak ‘quenelles’ za pomocą dwóch łyżek – podpatrzyłam pomysł w Toskanii u Marghe, która w ten sposób formuje swoje ‘gli gnudi’ :)

przepis (zmodyfikowany) stąd – klik (a dla zainteresowanych również krótki film instruktażowy o formowaniu ‘quenelles’ tutaj – klik)

'
dynia_ricotta_migd

Dyniowe gnocchi z ricottą i migdałami

500 g dyni (lub gotowego już puree, bardzo dobrze odsączonego)
2-3 łyżki oliwy
500 g ricotty
250 ml startego parmezanu
125 ml mielonych migdałów (w oryginale mąka)
1 jajko
sól, pieprz do smaku
dodatkowo – starty parmezan i oliwa (lub masło szałwiowe) do podania

Piekarnik rozgrzać do 200°. Dynię pokroić w plastry / kawałki, ułożyć na blasze do pieczenia, skropić oliwą, posolić. Piec do miękkości (mniejsze kawałki ok. 20 minut, większe 35-40), wystudzić. Miąższ dokładnie rozetrzeć widelcem (lub zmiksować / przetrzeć przez sito), a następnie wymieszać z ricottą, parmezanem i migdałami / mąką oraz jajkiem tak, by powstała jednolita, zwarta masa (możemy ewentualnie dodać więcej migdałów / mąki jeśli masa nie jest dostatecznie zwarta; uwaga – jeśli dodamy zbyt dużo mąki, gnocchi będą twarde po ugotowaniu). Z masy formujemy kulki i gotujemy je we wrzącej, osolonej wodzie przez ok. minutę (gdy będą ugotowane, wypłyną na powierzchnię).
Podawać posypane parmezanem i polane oliwą (ja wybrałam aromatyczne masło szałwiowe).

'
*  *  *

Pora na coś słodkiego.
Do tej pory piekłam ciasta dyniowe z dodatkiem świeżego, startego miąższu (moim ulubionym pozostaje to zeszłoroczne - klik), tym razem jednak postanowiłam przygotować coś z dodatkiem puree właśnie. Wybrałam przepis, który być może już znacie – ciasto dyniowo-pomarańczowe z przepisu podanego przez Bajaderkę (oryginał tutaj – klik). Dokonałam kilku niewielkich zmian, zastępując np. część mąki mielonymi orzechami, dodając więcej bakalii i zamieniając mielone goździki (za którymi nie przepadamy) na większą ilość cynamonu. Do ciasta użyłam również razowej mąki orkiszowej, w związku z czym jest ono nieco mniej wilgotne od oryginału, jednak równie pyszne :)
'

dynia_ciasto_bajaderka

Ciasto dyniowo-pomarańczowe

na formę babkową z kominkiem o śr. 21-22 cm

120 g miękkiego masła
175 g cukru
2 jajka (w temp. pokojowej)
250 ml przecieru z dyni (ok. 260 g), w temp. pokojowej
otarta skórka z 1-2 pomarańczy
ok. 60 ml świeżego soku pomarańczowego (u mnie z dodatkiem Grand Marnier)
200 g mąki (u mnie pół na pół pszenna biała + orkiszowa razowa)
50 g bardzo drobno zmielonych orzechów
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżeczka sody oczyszczonej
szczypta soli
1 łyżeczka cynamonu
(opcjonalnie  - 1 łyżeczka przyprawy do piernika, ewentualnie mniej cynamonu))
80 g grubo posiekanych orzechów włoskich (tym razem użyłam pekanów)
90 g grubo pokrojonych daktyli
+ 1 łyżka mąki do obtoczenia bakalii

Piekarnik rozgrzać do 180°.
Formę natłuścić. Przesianą mąkę wymieszać z proszkiem, sodą, solą i przyprawami. Posiekane orzechy i daktyle wymieszać z 1 łyżką mąki.
Masło ubić z cukrem i jednym jajkiem na gładką masę, następnie dodać drugie jajko i jeszcze chwilę ubijać. Stale mieszając dodać przecier z dyni, otartą skórkę z pomarańczy, mielone orzechy  i  ¼ mąki, a następnie partiami dodawać sok z pomarańczy i resztę mąki (nie mieszamy zbyt długo a tylko do połączenia się składników). Na koniec dodać posiekane orzechy i daktyle, lekko wymieszać, przełożyć do formy i piec ok. 50 – 55 minut (lub do suchego patyczka).

'
*  *  *

'
dynia_ricotta_sernik2
'
A jeśli czasu mamy niewiele i nie chcemy brudzić więcej niż jedną miskę i widelec ;), wtedy możemy przygotować takie oto mini-pseudo- serniczki. Celowo piszę, iż są to ‘pseudo’ serniczki, ich tekstura bowiem nie do końca przypomina tradycyjny sernik czy cheesecake; piekę je w indywidualnych foremkach, dzięki czemu jest szybko i praktycznie. A goście na diecie są zadowoleni, że deser jest bez mąki :)

'dynia_ricotta_sernik

Pseudo-serniczki z dyni i ricotty

na 7-8 indywidualnych porcji

400 g puree z dyni
250 g ricotty
1 jajko + 2 żółtka
100 g cukru pudru (u mnie zmielony trzcinowy)
½ łyżeczki cynamonu
otarta skórka z 1 pomarańczy
opcjonalnie - 50 g płatków migdałowych (część zachować do posypania)
+ 2 łyżki cukru trzcinowego do posypania

Piekarnik rozgrzać do 180°. Foremki natłuścić.
Ricottę wymieszać dokładnie z dyniowym puree na gładką masę (ewentualnie zmiksować). Dodać pozostałe składniki i dobrze wymieszać (możemy pominąć dodatek płatków migdałowych). Przelać masę do foremek, posypać odrobiną cukru oraz płatkami migdałowymi i piec ok. 25-30 minut.

'
*  *  *

I na koniec jeszcze zupa, choć nieco poza dzisiejszą tematyką, przygotowana jest bowiem ze świeżej dyni, a nie z dyniowego puree. Stwierdziłam jednak, że tym, którzy piekarnika nie mają, też się należy jakiś przepis! ;) Jest więc zupa, niezwykle delikatna i aromatyczna, z dodatkiem imbiru, pomarańczy i mleka kokosowego. Przgygotowałam ją na bazie przepisu na zupę marchewkowo-pomarańczową, zamieniając marchew na dynię i dodając również mleko kokosowe, zupa bowiem nie do końca odpowiadała mi w swoim ‘pomarańczowym’ tylko wydaniu. Na szczęście mleko kokosowe idealnie dopełniło smak zupy :)
'

dynia_zupa

Zupa dyniowo-pomarańczowa z mlekiem kokosowym

na ok. 4 porcje

3 łyżki oliwy / oleju
1 duża cebula
2 ząbki czosnku
kawałek świeżego imbiru (ok. 2 cm)
ok. 800 g dyni (waga po obraniu)
sok z 2 pomarańczy + otarta skórka z 1 pomarańczy
ok. 300 ml delikatnego bulionu
150 ml mleka kokosowego
sól, pieprz do smaku
do dekoracji - świeża kolendra + skórka z pomarańczy

Dynię obrać, oczyścić i pokroić w kostkę. Imbir zetrzeć (powinniśmy otrzymać ok. 1 płaską łyżkę). Czosnek zmiażdżyć i poszatkować. Cebulę poszatkować i udusić na rozgrzanej oliwie. Po kilku minutach (4-5) dodać czosnek i imbir i dusić jeszcze chwilę. Następnie dodać dynię, sok i skórkę z pomarańczy i tyle bulionu / wywaru, by zakryć warzywa. Gotować do miękkości (ok. 20-25 minut), następnie dodać mleko kokosowe i całość zmiksować. Podawać zupę udekorowaną np. listkami kolendry i paskami otartej skórki z pomarańczy (dodałam również odrobinę czerwonego pieprzu dla ozdoby).

'
*  *  *

A na obiad była dziś dynia w najprostszym wydaniu :
'

dynia_pieczona_ziemn
'
- upieczona z odrobina oliwy, rozmarynu i tymianku, z dodatkiem pieczonych ziemniaków (dla kontrastu wybrałam fioletowe ;)). Do tego nieco startego pecorino (tym razem toskańskie ‘resztki’ truflowego, mocno dojrzałego pecorino). I nawet listopad nie jest nam straszny, gdy w kuchni wciąż tyle mamy ciepłych kolorów ;)
'

dynia_pieczona_ziemn2
'

To tyle na dziś moi drodzy. Przepraszam za ten lekki 'poślizg' i mam nadzieję, że przetrwaliście ten przydługi post ;)

Pozdrawiam Was serdecznie!
I – jak wspominałam w poprzednim poście - ciekawa jestem, które z przygotowanych przez Was do tej pory dyniowych dań okazały się największym 'hitem' ;), które z nich najbardziej przypadły do gustu Waszym kubkom smakowym, szczególnie jeśli jest to Wasze pierwsze spotkanie z dynią i jeśli dopiero próbujecie się z nią polubić.
Chętnie poczytam o Waszej prywatnej liście dyniowych 'przebojów' tego sezonu :)
'

EDYCJA

Wrrr... Okazuje się, iż nocna pora nie służy zajmowaniu się blogiem :/ Właśnie skasowałam poprzedni post, a co za tym idzie również Wasze komentarze do niego i ewentualne linki 'festiwalowe' :( Jutro sprawdzę, czy mam gdzieś jeszcze kopię do odzyskania; przepraszam (przede wszystkim ze względu na Wasze komentarze :/ ).
'

Pieczona dynia, raz jeszcze :)

wtorek, 25 Październik 2011


festiwal_dyni20111Gdybym miała wybrać tylko jedno ulubione danie z dyni, to z całą pewnością by mi się to nie udało, dynię bowiem lubię w każdej praktycznie wersji – no może tylko poza taką marynowaną w occie oraz tą na mleku i z zacierkami ;) Na słodko i na słono, surowa, pieczona, gotowana, smażona, duszona... Z ‘dodatkami’ i bez. Nie mogłabym już teraz wyobrazić sobie jesieni i zimy bez dyniowych smakołyków. I z tego co widzę – Wy również ;)

Niewiele zmieniło się od moich wpisów sprzed roku czy sprzed dwóch lat – nadal najczęściej przygotowuję dynię pieczoną, by później móc wykorzystać ją do innych dań (lub spałaszować samą, na szybką przekąskę ;)). A zupa przygotowana z takiej upieczonej dyni to poezja! Ma o wiele bardziej intensywny smak i aromat (jak większość dań z użyciem pieczonych warzyw zresztą).

(a skoro już o pieczonej dyni mowa, to zerknijcie również do wczorajszego wpisu Małgosi - klik :) )

'

dynia_papryka
'

Dzisiejsza (a właściwie sobotnia ;)) zupa powstała z pieczonej dyni, papryki i czosnku. Jeśli czosnku nie lubicie (lub macie problemy z jego trawieniem), możecie oczywiście go pominąć, przyznam jednak, że jego dodatek świetnie komponuje się z warzywami i nadaje zupie ‘charakteru’ ;) Papryki możecie dodać wedle uznania – mniej, jeśli wolicie bardziej dyniowy smak zupy, więcej, by uyskać bardziej intensywny kolor i poczuć smak papryki (która nota bene świetnie do dyni pasuje). Poniżej moja wersja, a do zrobienia zupy przyczyniła się Cremebrulee, której przepis możecie zobaczyć tutaj – klik.

'

soupe_courge_poivrons

Zupa-krem z pieczonej dyni, papryki i czosnku

1 dynia Butternut (1,2 kg po wydrążeniu)
3 duże papryki (350-450 g)
1 główka czosnku
oliwa
½ - ¾ łyżeczki kuminu (można pominąć)
sól, pieprz
300-500 ml bulionu warzywnego
śmietana (crème fraîche)

Pikarnik nagrzać do 200-220°.
Dynię przekroić, wydrążyć, posmarować oliwą wymieszaną z kuminem i posolić. Paprykę umyć i osuszyć. Z czosnku ściąć górną część (ok. 1/3) i posmarować oliwą. Warzywa umieścić na blasze i piec ok. 30-40 minut (dynię ewentualnie nieco dłużej), przewracając paprykę podczas pieczenia, by równomiernie się przypiekła.
Gdy papryka jest już mocno przypieczona, obieramy ją ze skórki (możemy wcześniej umieścić ją na kilka-kilkanaście minut w hermetycznym naczyniu lub zawinąć w folię, by skórka łatwiej odchodziła), czyścimy z nasion i kroimy na kawałki. Miąższ dyni, paprykę oraz oddzielony od łusek czosnek miksujemy z gorącym bulionem i doprawiamy do smaku (ilość bulionu zależy od konsystencji jaką chcemy otrzymać).
Podajemy zupę z odrobiną śmietany i / lub z dodatkiem oleju z pestek dyni oraz prażonych pestek (jak np. tutaj – klik); u mnie tym razem z grzankami :)
'

A z ‘resztek’ warto przygotować sałatkę z dodatkiem rukoli, orzechów i np. słodko-kwaśnego vinaigrette (podobnie jak we wcześniej podawanym linku), warzywa te naprawdę świetnie do siebie pasują.

'
I jeszcze nie tyle przepis, co pomysł, który spodobał mi się w jednym z ostatnich numerów duńskiego czasopisma MAD. Otóż pokazano tam ciekawy sposób serwowania pieczonej dyni Butternut, np. na przystawkę :
'

pieczony_butternut
'
- dynię (wraz ze skórką, która przytrzyma odpowiednio miąższ podczas pieczenia) kroimy na plastry, wydrążamy, układamy na blasze, smarujemy oliwą, solimy i pieczemy do miękkości (ok. 15-20 minut w zależności od grubości plastrów), a następnie na talerzu - w ‘otworze’ dyni – układamy przygotowane wcześniej warzywa / farsz (w MAD były to warzywa z azjatycką nutą, u mnie bakłażan i cukinia z patelni + pieczony czosnek i papryka). Prawda, że wygląda to dosyć oryginalnie? ;)

'
*   *   *
'
I na koniec jeszcze podziękowania dla wszystkich zaglądających tutaj. I dla tych stałych, i dla anonimowych czytelników. Za kolejny wspólny rok (już czwarty! :)), za Wasze ciepłe słowa, maile, za to, że nadal macie ochotę tu zaglądać :) Wszak bez Was blog byłby tylko monologiem i pisaniem sobie a muzom ;) Dziękuję też za Waszą cierpliwość (nie grzeszę niestety regularnością w odpisywaniu na maile na ten przykład...), za pomoc i wszystkie przejawy Waszej sympatii. To naprawdę wiele dla mnie znaczy i – mimo ciągłego braku wolnego czasu ;) – motywuje do dalszego pisania. Oby na jak najdłużej :)

'

Pozdrawiam serdecznie! I zapraszam już niebawem na dyniowy ciąg dalszy ;)

'

Festiwal Dyni 2011

sobota, 22 Październik 2011

dynie2011

'

Bez czego nie wyobrażamy sobie jesieni? Z pewnością bez złoto-czerwonych liści. Bez kasztanów i żołędzi zbieranych podczas jesiennych spacerów. Bez wieczorów w towarzystwie kubka gorącej herbaty, ciepłego pledu i dobrej książki. A w kuchni oczywiście nie może wtedy zabraknąć dyni! :)

Dziś więc - choć z lekkim ‘poślizgiem’ ;) - serdecznie zapraszam Was na tegoroczny Festiwal Dyni (mam nadzieję, że i tym razem wielbicieli dyni oraz pomysłów nie zabraknie ;)).

'

courges2011_9

'

Jak stali czytelnicy bloga mogli się już przez te kilka lat zorientować, jestem prawdziwą dynioholiczką ;)
Tak, tak moi drodzy – dynie kocham prawie tak bardzo jak sery i dobre wino! :D Tak więc i w tym roku – jak na porządną dynioholiczkę przystało ;) – zgromadziłam całkiem sporą kolekcję dyniowych zapasów. Jesienne szarugi i zimowe wieczory już mi więc niestraszne, towarzyszyć bowiem mi / nam będą dynie wszelakiej maści, niektóre naprawdę wyjątkowej urody (ale sami się o tym poniżej przekonacie ;)).

Na początku października zagościło u mnie 50 dyniowych okazów różnej maści (choć od tej pory liczba ta się nieznacznie powiększyła...). Tak jak i w poprzednich latach, udałam się na tutejsze 'wyspecjalizowane' w dyniach farmy, które oferują spory wybór odmian.

Pierwsza (już tradycyjnie :)), to dyniowa farma ‘self service’ - 'La grange aux courges' :

'

courges2011_4

od lewej : Rouge Vif d'Étampes - Jarrahdale - Lyric - Potimarron - Nagydobosi - Guatemalan Blue
oraz Small Sugar w głębi po prawej

'

courges2011_2

'

Za każdym razem podziwiam zapał właścicieli farmy, gdyż przygotowanie takiej ilości dyni do sprzedaży to naprawdę sporo pracy. Trzeba je zważyć, ‘ometkować’ i poukładać, nie wspominając oczywiście o zbiorach i zwożeniu tych wszystkich okazów...

'

courges2011_5

od lewej : Potimarron - Nagydobosi - Guatemalan Blue - Small Sugar – patisony
oraz Orange Magic i Blue Magic w głębi po prawej

'

courges2011_8

od lewej : Karat Gold - Musquée de Provence - dynie makaronowe - Grey Star - Butternut (dynie piżmowe) - Appalachian

'

courges2011_10

'

Co krok kuszą mnie kolejne odmiany, a mąż z lekkim przerażeniem w oczach patrzy na zapełniające się torby zakupowe ;) A ja zapisuję kolejne ceny w kieszonkowym kalkulatorze :)

'

courges2011_11

'

Druga ‘na liście’ jest farma ‘1001 courges’ :

'

courges2011_12

'

Wprawdzie nie ma tam (jak na razie ;)) aż 1000 odmian, ale jest ich podobno ponad 170, a to jednak całkiem niemało!

'

courges2011_13

'

Jedynym mankamentem tego miejsca jest fakt, iż ze względu na tak dużą ilość uprawianych odmian (i niezbyt dużą powierzchnię do dyspozycji), sporo dyni wykładanych jest pojedynczo i niestety kilku odmian, które chciałam kupić, akurat w dniu mojej wizyty już nie było :/ Zacznę chyba myśleć o przeprowadzce ;)

'

spagh_trifetti_ambercup1

po lewej – Ambercup, obok – dynia Trifetti, z rodziny ‘makaronowych’

'

phoenix

'

Powyżej  amerykański Phoenix, którego chciałam w tym roku kupić, w ostatniej jednak chwili opis jego smaku lekko mnie zniechęcił – smakuje on bowiem ponoć dosyć ‘marchewkowo’, a przecież nie po to kupuję dynie, by mieć wrażenie, iż jem marchewkę! :D Choć bardzo możliwe, ż za rok zmienię zdanie ;)

A tutaj wyjątkowo dekoracyjna odmiana - Galeux d'Eysines :

'

galeux

'

I jeszcze Tonda Padana - wizualnie bardzo podobna do KamoKamo, które pokazywałam Wam rok temu, choć zdecydowanie większa  :

'
tonda_padana

'

Co roku kupuję kilka ulubionych, znanych mi już odmian, zawsze jednak staram się też zaopatrzyć w jakieś nowe dynie; przy wyborze najczęściej kieruję się oczywiście opisem smaku i jakości miąższu danej odmiany, choć niektóre gatunki kupuję też ze względu na ciekawy kształt czy kolor.
W tym roku zagościły u nas między innymi :

'

australian_butter
'
Australian Butter (Cucurbita maxima)
Dynia rodem z Australii ; ma pomarańczowo-różową skórkę i pomarańczowy, dość zwarty miaższ (waga ok. 5-6 kg). Można ją przechowywać do 3 miesięcy.

'

bonbon
'
Bon Bon (Cucurbita maxima)
Hybryda z rodziny Buttercup; ciemnozielone, lekko spłaszczone owoce (do ok. 2 kg), ciemnopomarańczowy, zwarty miążsż.
Można ją przechowywać przez ok. 3-4 miesiące.

'

buen_gusto'

Buen Gusto (Cucurbita maxima)
Odmiana hiszpańska, wyjątkowo dekoracyjna. Ma żółto-pomarańczowy, suchy miąższ, a owoce mogą ważyć ok. 7 kg.
Można ją przechowywać od 4 do 8 miesięcy.

'

chacha

'

Cha Cha (Cucurbita maxima)
Amerykańska hybryda z rodziny Kabocha. Owoce okrągłe, lekko spłaszczone (do 2 kg), miąższ ciemnopomarańczowy i suchy.
Można ją przechowywać przez ok. 3-4 miesiące.

'

etna

'

Etna (Cucurbita maxima)
Nowa hybryda rodem z Australii (wyjątkowo produktywna). Owoce szare, okrągłe, lekko spłaszczone (waga ok. 5-6 kg), o wyraźnych ‘żebrach’ (przy okazji proszę o pomoc w sprawie fachowego nazewnictwa tych ‘żeber’ po polsku :)).
Miąższ lekko słodkawy, bardzo dobrej jakości. Można przechowywać od 7 do 12 miesięcy.

'
everest
'
Everest (Cucurbita maxima)
Tak jak powyższa Etna – to również nowa hybryda rodem z Australii, o praktycznie identycznych cechach.

'

green_delicious
'
Green Delicious (Cucurbita maxima)
Odmiana amerykańska, bardzo popularna. Owoce w kształcie serca, ciemnozielone  (waga od 2 do 5 kg), miąższ żółto-pomarańczowy, suchy, o lekko kasztanowym smaku.
Można ją przechowywać przez ok. 5-6 miesięcy.

'

golden_delicious
'

Golden Delicious (Cucurbita maxima)
Odmiana amerykańska powstała ze skrzyżowania Green Delicious oraz Boston Marrow (istnieje od 1926 r.). Podobno szczególnie polecana w żywieniu dzieci i niemowląt ze względu na wyjątkowo wysoką zawartość witamin.
Owoce w kształcie serca, ciemnopomarańczowe  (waga od 4 do 8 kg), miąższ żółto-pomarańczowy, suchy,zwarty, o lekko kasztanowym smaku.
Można ją przechowywać od 4 do 6 miesięcy.

'

guatemalan_blue
'
Guatemalan Blue (Cucurbita maxima)
Dynia ‘bananowa’ rodem z Guatemali. Owoce zielone, lekko ‘prążkowane’, o wadze ok. 3-3,5 kg. Miąższ żółto-pomarańczowy, dość suchy.
Można przechowywać ok. 5 miesięcy.

Poniżej w towarzystwie pokazywanej już we wcześniejszych edycjach Festiwalu - Pink Jumbo Banana :
'

banana_guatemala
'
Pink Jumbo Banana (Cucurbita maxima)
Owoce mogą być dosyć pokaźnych rozmiarów (nawet do metra długości), waga od 5 do 20-30 kg (ten na zdjęciu waży niecałe 6 kg). Miąższ żółto-pomarańczowy, dość suchy.
Można przechowywać od 5 do 7 miesięcy.

'

hayato'

Hayato (Cucurbita moschata)
To japońska odmiana, która potrzebuje dużo słońca i ciepła, nie w każdym klimacie więc dobrze rośnie. Owoce są dosyć małe (waga do kilograma), miąższ żółto-pomarańczowy, lekko słodki (niestety jest go dosyć mało... ;)).
Można przechowywać od 4 do 8 miesięcy.

'

hokkaido'

Uchiki Kuri / Red Kuri, zwana najczęściej dynią Hokkaido (Cucurbita maxima)
Ciemnopomarańczowa skórka i mocno pomarańczowy, suchy miąższ o kasztanowym smaku. To niezwykle cenna dynia ze względu na wysoki poziom witaminy A oraz karotenu. Może długo ‘leżakować’, co dodatkowo podnosi jej wartości odżywcze. Dyni z tej rodziny nie musimy obierać ze skórki, co jest ich dodatkowym atutem ;) pod warunkiem rzecz jasna, iż bardzo dokładnie je umyjemy / wyszorujemy przed użyciem.

'

melonette_jaspee

'
Melonette Jaspée de Vendée (Cucurbita pepo)
Owoce kremowo-żółte, podobne nieco do melona, skórka lekko ‘chropowata’. Miąższ pomarańczowy o delikatnym smaku. Częst używana do ciast czy konfitur.
Można przechowywać do 6 miesięcy.
'

moonshine
'
Moonshine (Cucurbita maxima)
Nowa hybryda amerykańska. Biało-kremowe owoce, pomarańczowy miąższ dobrej jakości.
Można ją przechowywać od 4 do 9 miesięcy, w optymalnych warunkach nawet do roku.

'

moranga
'
Moranga Exposiçao (Cucurbita maxima)
Brazylijska odmiana o oryginalnym, lekko różowym kolorze (miąższ pomarańczowy). Waga do 5-6 kg.
Można przechowywać do 6 miesięcy.
'

nagydobosi

'
Nagydobosi Sutötök (Cucurbita maxima)
Węgierska odmiana, wyjątkowo smaczna. Szaro-niebieskie owoce o wadze od 4 do 9 kg, żółto-pomarańczowy miąższ bardzo dobrej jakości.
Można przechowywać do 7 miesięcy, w optymalnych warunkach nawet dłużej.
'

orange_magic

'

Orange Magic (Cucurbita maxima)
Dynia z rodziny Hubbard. Owoce dosyć małe (waga do 2 – 2,5 kg), miąższ pomarańczowy, dosyć suchy, o orzechowym smaku.
Można przechowywać od 6 do 8 miesięcy.
'

orangetti

'
Orangetti (Cucurbita pepo)
Dynie z rodziny ‘makaronowej’, rodem z Israela. Owoce koloru pomarańczowego (waga od 1 do 2 kg), miąższ jasnożółty.
Można przechowywać do 6 miesięcy.
'

permanent400
'
Permanent (Cucurbita maxima)
Dynia rodem z Taiwanu. Owoce lekko spłaszczone, waga do 3 kg. Miąższ pomarańczowy, lekko ‘mączny’, bardzo dobrej jakości.
Można ją przechowywać ok. 5-8 miesięcy.

'

potiron_geneve

'
Potiron de Genève (Cucurbita maxima)
Dynia rodem z Genewy, która praktycznie zniknęła z uprawy i dopiero od 2007 roku ponownie została wprowadzona na rynek (dzięki KCB-Samen). Czerwono-pomarańczowe owoce, okrągłe i spłaszczone, miąższ żóąto-pomarańczowy, dosyć suchy, o lekko słodkim, owocowym smaku.
Można przechowywać do 8 miesięcy.

'
saint400

'

Saint (Cucurbita moschata)
Dynia rodem z Tajlandii. Owoce lekko spłaszczone, ‘nakrapiane’ , waga do 1,5 kg. Miąższ ciemnopomarańczowy, lekko słodki, o delikatnym smaku.
Można przechowywać od 7 do 10 miesięcy.
'

sucrine_berry
'
Sweet Berry / Sucrine du Berry (Cucurbita moschata)
Odmiana francuska w kształcie gruszki. Zielono-pomarańczowe owoce o wadze od 1 do 2 kg, które można zbierać zanim będą w pełni dojrzałe (dojrzewają w czasie ‘leżakowania’). Miąższ żółto-pomarańczowy, soczysty, lekko słodki.
Można przechowywać do 7 miesięcy, a nawet dłużej.
'

sweet_meat

'
Sweet Meat (Cucurbita maxima)
Odmiana amerykańska o dosyć słodkim miąższu, idealna do deserów i ciast. Owoce o wadze 3 do 5 kg, miąższ ciemnopomarańczowy, dosyć suchy, dobrej jakości.
Można przechowywać do 9 miesięcy.

'
thunder
'
Thunder (Cucurbita maxima)
Hybryda z rodziny Kabocha, bardzo produktywna. Owoce ciemnozielone, okrągłe i lekko spłaszczone. Miąższ ciemnożółty, dość suchy, o lekko kasztanowym smaku.
Można przechowywać od 4 do 8 miesięcy.
'

yukigeshou'

Yukigeshou (Cucurbita maxima)
Japońska odmiana potrzebująca dużo ciepła, bardzo produktywna. Owoce lekko spłaszczone, szare, ‘nakrapiane’, miąższ ciemnożółty, dosyć suchy, bardzo dobrej jakości.
Można ją przechowywać  do 8 miesięcy.

'
W tym roku tradycyjnie dokupiłam również kilka odmian, których regularnie używam w kuchni (pokazywałam je również w zeszłorocznym wpisie - klik) :

'

kamo_kamo2011'

Kamo Kamo (Cucurbita pepo)
Te nieduże owoce (do 1 kg) świetnie nadają się np. do faszerowania i zapiekania. Można ją przechowywać ok. 4-7 miesięcy.

'

winterluxury

'
Winter Luxury (Cucurbita pepo)
Jedna z bardziej interesujących smakowo odmian dyni. Miąższ o niezwykle wyjątkowym, delikatnym i subtelnym smaku.
Można ją przechowywać ok. 4-6 miesięcy.
'

* informacje na podstawie artykułów KCB Samen oraz 'L'Univers des courges'

'
Do tego kilka dyni tzw. 'cukrowych' :

'

smallsugarbabybear
'
oraz kilka 'maluchów' ;) - przede wszystkim do dekoracji :

'
jackbelittlebabyboo

'
I jeszcze :
- Delicata (Cucurbita pepo)
Jak sama nazwa wskazuje - to dynia o bardzo delikatnym smaku, dzięki czemu świetnie nadaje się również do przygotowania dań deserowych, lodów, konfitur. Najlepsze są te w miarę świeżo zerwane okazy, gdyż po upływie ok. 3 miesięcy miąższ Delicaty staje się dosyć 'mączysty'.

'

delicata

'
- oraz Butternut,
najbardziej chyba ‘uniwersalna’ dynia; miękka, ułatwiająca obieranie skórka, bardzo małe gniazdo nasienne (więc stosunkowo niewiele ‘odpadów’ ), a do tego dobrej jakości miąższ i przyjemny smak. Kupuję ją na farmie praktycznie przez całą zimę, jest to bowiem bardzo łatwo dostępna i popularna tutaj odmiana.

'

butternut2011'
Polecam Wam również dynie z rodziny Buttercup (w tym roku dokupiłam dwie) mają bowiem niezwykle smaczny miąższ.
'
'

buttercup
'

Jak pisałam już wcześniej, odpowiednio przechowywane dynie mogą przezimować długie miesiące (w zależności od odmiany rzecz jasna, nie wszystkie bowiem dobrze znoszą długie 'leżakowanie'). Przyznacie jednak chyba, że jest to dosyć wyjątkowa naturalna 'konserwa', a przy tym jakże ozdobna! Do tego zdrowa, niskokaloryczna, i - przede wszystkim - niesamowicie uniwersalna, można z niej bowiem wyczarować praktycznie wszystko. Dlatego zdecydowanie warto się z dynią polubić. Tym bardziej, iż wśród tylu odmian z pewnością uda Wam się znaleźć tę ulubioną ;)

'
Mam nadzieję, że zdjęcia i opisy dyni Wam się przydadzą (ciekawa jestem, czy zaglądają tu inni dynioholicy, nie tylko Ci kucharzący ;)).

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam już za niedługo na festiwalowe, dyniowe smakołyki :)

'

*  *   *

'

EDYCJA

Zainteresowanym nasionami dopisuję, iż można je kupić / zamówić bezpośrednio na stronie KCB-Samen (podaję linka do wersji angielskiej, strona jest również po niemiecku i francusku - można kliknąć na flagę na lewym bocznym pasku). Forma płatności to przelew bankowy (do przesyłki dołączona będzie faktura).
Życzę udanych zakupów! :)

'

Toskania, cz.4

wtorek, 18 Październik 2011

W środę rano wybieram się na targ w Sienie. Niestety jestem lekko (by nie powiedzieć mocno...) rozczarowana : zaledwie kilka straganów z produktami spożywczymi, a cała reszta (80%) to odzież, ręczniki, pościel, buty, torebki, sprzęt gospodarstwa domowego, itd, itp. Poza tym większość rzeczy jest bardzo wątpliwej jakości,  najczęściej ‘made in China’. Niewiele więc ma to wspólnego z tym, czego się naczytałam o barwnych, toskańskich targach ;) Mam jeszcze cichą nadzieję, iż w Pienzy będzie lepiej...
Później wracam już po raz ostatni na Piazza del Campo i korzystając z wyjątkowo pięknej, słonecznej aury wypijam cappuccino na jednym z tarasów (a propos kawy i kafejek : na Piazza del Campo polecam wam ‘Il Palio’, za to odradzam bar ‘La Costa’ (nieco dalej) – wypiłam tu najdroższe i najgorsze jakościowo cappuccino podczas całego toskańskiego tygodnia; obsługa też do najmilszych niestety nie należy...).

Wczesnym popołudniem zaś docieram do głównego punktu mojej wyprawy, stolicy pysznego, owczego pecorino – Pienzy :)
'

pienza_triple'

Okazuje się, iż tego dnia i tutaj trafiam na targ, który niestety wygląda dosyć podobnie do tego, który odwiedziłam rano w Sienie : sporo ‘chińszczyzny’, mało produktów lokalnych i zaledwie kilka straganów spożywczych. Za to ponownie sporo turystów ;)
(później dowiaduję się, iż był to taki ‘wyjątkowy’ ;) targ, który ma miejsce tylko raz w roku, a ten ‘regularny’  ma miejsce w piątki, na obrzeżach miasteczka)
Na szczęście już chwilę później mijam stragany i trafiam na pierwszy z licznych, niesamowicie 'aromatycznych' ;)  sklepików :

'
pienza_fromages
'

pienza_pecorino
'
Mijam kolejne wystawy sklepowe, próbuję następnych gatunków pecorino i wiem, że niezwykle trudno będzie mi się zdecydować na zakup kilku tylko serów; osiołkowi w żłoby dano ;)
Tak jak w San Gimignano ‘reklamował’ się mistrz lodów, tak tutaj eksponowane są w witrynach sklepowych wyróżnienia zdobyte przez serowych mistrzów :

'
pienza_pecorino_dyplomy
'
Niestety u tego pana akurat nic nie kupuję – zaabsorbowany jest czytaniem gazety i nie odpowiada nawet na moje grzeczne ‘salve’; ale może to i dobrze, dzięki temu bowiem poznaję kogoś bardziej sympatycznego ;)

Wchodzę do kolejnego ze sklepików i tam jest już zupełnie inaczej :) Przemiłe małżeństwo z uśmiechem pozdrawia wszystkich wchodzących, pyta czy chce się czegoś spróbować, doradza. Próbuję kilku gatunków pecorino i przepadam z kretesem – będę tu wracać dwa razy dziennie :D
'

pienza_pecorino2

La Bottega da "Marusco e Maria", Corso il Rossellino 21, Pienza

'
Oprócz serów (każdego z nich możecie spróbować) kupić tu można różne inne regionalne specjały (również przepyszne wędliny np.) oraz – rzecz jasna – wino. Między innymi takie, które – z wiadomych względów ;) - koniecznie powinnam była kupić :

'
pienza_beato
'
Niestety cena powstrzymuje mnie przed jego nabyciem, choć teraz chyba żałuję, że dałam wygrać rozsądkowi... Bardzo to do mnie niepodobne ;) Mam więc nadzieję, że wino poczeka tam jednak na mnie do wiosny :)

W Pienzy znajdziecie oczywiście sporo takich sklepików z produktami regionalnymi, wszak z tego właśnie żyje miejscowa ludność – z żądnych toskańskich specjałów turystów ;)

'
pienza_sklepik
'
Spaceruję uliczkami chłonąc atmosferę tego malowniczego miasteczka. Każdy zaułek, każde okno, każda uliczka – wszystko tu jest ukwiecone i zadbane :

'
pienza_ruelle
'

pienza6
'

pienza7
'
I na dodatek - takie oto urocze nazwy na tabliczkach : ulica Miłości, Szczęścia, Pocałunku... :)

'
pienza_via3
'
Patrząc na ‘tubylców’ zastanawiam się, jak żyje się w miejscu tak obleganym przez turystów? Czy z czasem nie staje się to męczące? Czy ta starsza pani nie ma czasami nas wszystkich dosyć? ;)

'
pienza4
'

Wracam na plac główny – Piazza Pio II, okrążam Duomo, przystaję przy Palazzo Piccolomini. Gdyby nie papież Pius II, kto wie jak dziś wyglądałaby Pienza... To dzięki niemu właśnie Corsignano, z którego pochodził, miało zostać przebudowane i przemienione w utopijne, renesansowe miasto idealne - la città ideale. Prace posuwały się niezwykle szybko (za szybko...), co dziś niestety widoczne jest między innymi w Duomo, gdyż nawa główna coraz bardziej ‘osiada’ z upływem lat (na zdjęciu poniżej : nawa, widziana tutaj z boku, wygląda na lekko pochyloną, zwróćcie uwagę na jej odległość od muru u góry i na dole) :

'
pienza_duomo_bok
'

Niestety śmierć i architekta (Rossellini), i papieża powoduje przerwanie prac nad przebudową Pienzy, które trwały zaledwie kilka lat; la città ideale pozostaje więc taka, jaką możemy dziś podziwiać (aktualnie miasto wpisane jest na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO).

Najpierw zwiedzam Duomo (to niesamowite, że w tak niewielkim miasteczku można zobaczyć taką budowlę...), później idę do Palazzo Piccolomini, gdzie sprzedająca bilety pani proponuje mi wizytę z przewodniczką, po francusku. Gdy na pytanie, jak mam na imię odpowiadam – Beata, uśmiecha się i mówi, że jedna z jej przyjaciółek, która tutaj mieszka, to też Beata! :) Po raz kolejny więc w tym tygodniu powtarzam sobie, że świat jest mały ;)

'
*  *  *

Cały następny dzień spędzam spacerując po okolicy; wybieram się do Monticchiello (spojrzcie na te widoki! - klik), przyznaję jednak, że po ok. 40 minutach marszu gdy widzę, ile jeszcze będę musia ześć w dół doliny, bo później ponownie się ‘wspinać’ - daję za wygraną i wracam do Pienzy ;)

'
pienza_montic1

Pienza od strony Monticchiello

'
Zwiedzam położony nieco poniżej Pieve di Corsignano, w którym to był ochrzczony wspomniany papież Pius II. To kolejny z licznych tu w Toskanii ‘surowych’, romańskich kościołów, położony w bardzo malowniczym miejscu.

'
pienza5

w dole - kosciół Pieve di Corsignano z charakterystyczną okrągłą wieżą

'

Wystarczy wyjść nieco poza miasteczko, by znaleźć się wśród takich oto krajobrazów :

'
pienza_cyprysowa_droga'

Są też oczywiście i winnice

'
pienza_vignes
'
i gaje oliwne
'
pienza_oliviers
'
nawet w ogrodzie ‘mojego’ B&B rośnie kilka drzewek oliwnych

'
pienza_olives

'
a domu strzeże przeurocza Luna ;)

'
pienza_luna
'

A skoro już o miejscu mojego noclegu mowa, to jeśli szukacie jakiegoś spokojnego lokum w Pienzy, polecam Wam ten oto adres – Bed&Breakfast La Quiete (informacje tutaj – klik oraz tutaj – klik). Dom znajduje się w niezwykle cichym, oddalonym od ulicy i zgiełku miejscu, tuż przy wałach otaczających miasto; to właśnie bezpośrednio tą urokliwą drogą (tuż za domem) dojdziecie do centrum miasteczka

'

pienza1
''
a przed Wami roztaczać się będą takie widoki :

'
pienza2
'
Właściciel jest przemiłym, sympatycznym panem na emeryturze, który sam zajmuje się domem i dba, by gościom niczego nie brakowało. No dobrze, na śniadanie nie ma świeżego pieczywa, tylko takie nieco bardziej ‘przemysłowe’, to fakt, ale pyszna kawa i widok na Val d’Orcia z tarasu i tak Wam to wynagrodzą ;)

A gdy już będziecie w Pienzy, to zatrzymajcie się koniecznie w osterii ‘Sette di Vino’, na Piazza di Spagna. W południe jest tutaj sporo spacerujących turystów, wieczorem jednak jest tu bardzo przytulnie (radzę zarezerwować wcześniej stolik, często bowiem brakuje tu wolnych miejsc; zamknięte w środy).
'

pienza_sette_di_vino2

'Sette di Vino' - zdjęcie zrobione w dzień 'wolny od pracy' (środa)

'

Uwaga – nie zjecie tam ani makaronu ani pizzy, nie dostaniecie też tam kawy :) W zamian jednak możecie skosztować pysznych crostini, np. funghi e tartufo (grzyby i trufle) czy formaggio e noci (ser i orzechy); zjadłam tam też chyba najlepsze brushette tego toskańskiego tygodnia – olio, aglio e pomodori, pecorino e tartufo oraz – specjalność szefa – ricotta e cipolla (pycha!). Spróbujcie też koniecznie innej ichniejszej specjalnosci – grilowanego pecorino. I do tego  – koniecznie! - zuppa di fagioli (toskańska fasolowa). Gdybym mieszkała w okolicy, to z całą pewnością wykupiłabym sobie karnet obiadowy u Luciano właśnie (zreszta dobrym znakiem jest fakt, że stołują się tutaj również ‘miejscowi’, nie jest to tylko i wyłącznie typowo turystyczne’ miejsce). A po posiłku oczywiście koniecznie wypijcie kieliszek vin santo, lub ewentualnie grappy, w zależności od tego, w jakiego typu trunkach bardziej gustujecie ;)

(wybaczcie, iż zdjęć potraw nie mam, nie najlepiej jednak czuję się robiąc zdjęcia w tak kameralnych miejscach... może następnym razem się jednak odważę ;))

*   *   *

W piątek, przed odjazdem, po raz ostatni spaceruję po uliczkach Pienzy
'

pienza8
'

oraz murach otaczających centrum miasteczka - czyż nie ma się ochoty spocząć tu na chwilę napawając się takimi widokami?

'
pienza9
'
Przyznaję, że z Pienzy wyjeżdżam z lekkim smutkiem...

Wracam do Sieny, później przesiadka do Arezzo i na powrót – do Casentino (Stia). Spędzam kolejny miły wieczór z Marghe (jej gli gnudi rozpływają się w ustach!), a w sobotę rano jedziemy na kilka godzin do Florencji (niestety to zbyt mało, by móc Wam o tym mieście napisać coś konkretnego, poza ogólnym wrażeniem rzecz jasna, że jest to wyjątkowe i niesamowite miejsce, do którego trzeba absolutnie wrócić na dłużej, na spokojnie...).

Wieczorem zaś czeka mnie niezwykle miła niespodzianka – kolacja w wyjątkowej restauracji ‘La tana degli orsi’ w Pratovecchio. To kuchnia toskańska, jednak w wdaniu nieco bardziej gastronomicznym; można by nawet rzec – w wydaniu ‘gwiazdkowym’ ;)
Wszystko, absolutnie wszystko co zamawiamy (a lista jest dość długa ;)) jest wyborne! Wszystko rozpływa się w ustach, to prawdziwa uczta dla podniebienia. A na dodatek ceny są naprawdę niezwykle przyjazne jak na tego typu lokal (jestem wręcz w lekkim szoku, że za taką cenę można mieć taką jakość!). Jeśli więc w czasie wakacyjnych wojaży będziecie kiedyś w pobliżu, zarezerwujcie koniecznie stolik w tym smakowitym miejscu; jestem pewna, że nie pożałujecie :)

'
*   *   *

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam i że wytrwaliście do końca ;) Wszystkiego nie sposób opowiedzieć, niektóre wrażenia pozostaną głęboko zapisane w mojej pamięci (poza tym niektóre szczegóły nie są z pewnością dla czytających aż tak pasjonujące jak dla mnie ;)). Powtórzę tylko to, co napisałam już w pierwszym ‘odcinku’ – Toskania na dobre skradła moje serce i gdybym tylko mogła, to najchętniej przeprowadziłabym się tam już jutro :) A póki co, na pocieszenie zostaje mi kilka gatunków pecorino w lodówce, i kilka książek, ale o książkach napiszę już innym razem ;)

Pozdrawiam serdecznie!

Toskańskie wspomnienia, cz.3

sobota, 15 Październik 2011

Poniedziałek to początek kolejnego etapu mojej toskańskiej wędrówki - sam na sam z Toskanią, aparatem i mapą ;)
W drodze do Sieny zatrzymuję się na kilka godzin w Arezzo. Niestety pogoda nie do końca dopisuje, aparat więc na dłużej pozostaje w torbie, a ja przemierzam urokliwe uliczki i staram się zapamiętać jak najwięcej obrazów i detali.

'arezzo_rzezba'

Docieram do wyjątkowego kościoła Santa Maria della Pieve (to mroczne, ‘surowe’ wnętrze, jest z całą pewnością jednym z piękniejszych miejsc tutaj), później do Duomo (na szczęście udaje mi się je zwiedzić jeszcze przezd przerwą obiadową), ozdobionego pięknymi freskami i witrażami. Gdy wracając z Duomo dochodzę do głównego placu - Piazza Grande, deszcz zaczyna coraz mocniej siąpić i po chwili przeradza się w dosyć mocną burzę. Nie zastanawiając się więc zbytnio siadam przy pierwszym wolnym stoliku, obok którego akurat przechodzę.

'

arezzo4
'
Pod zadaszeniem Loggii Vasari znajduje się kilka kafejek /restauracji, z których ma się piękny widok na Piazza Grande :

'
arezzo3

(po lewej – wieża Palazzo Lappoli, po prawej – absyda kościoła Santa Maria delle Pieve )

'
Przy wejściu do restauracji, tuż obok stolików, starsza pani przygotowuje świeży makaron; wiem wiem, to taki ‘chwyt’ turystyczny ;) z chęcią jednak patrzę na jej sprawne, szybkie ruchy :
'

arezzo_makaron
(restauracja Logge Vasari – Piazza Grande 9, Arezzo)

'

Zamawiam faszerowane kwiaty cukinii oraz ‘rolady’ z plastrów pieczonego bakłażana z farszem z wędzonego sera, które wprost rozpływają się w ustach! Pappa dal pomodoro również jest pyszna, choć ozdobienie jej kiełkami lucerny nieco mi w tym typowym, toskańskim daniu jednak przeszkadza ;) Tylko farsz cukiniowych kwiatów jest dla mnie nieco mdły i nie do końca przypada mi do gustu.
Restauracja (która nie należy może do tych najtańszych) oferuje typowe dania kuchni toskańskiej, lecz w nieco zmodernizowanym stylu. Moje plastry bakłażana udekorowane są ‘chipsami’ z pieczonej skórki bakłażana (pyszne!), a talerz oprószony jest roztartą na pył pieczoną skórką. Niestety szalejący wiatr i burza bardzo szybko ‘zmiatają’ mi je z talerza ;)

Korzystam z chwilowego przejaśnienia i robię szybkie zdjęcie Palazzo della Fraternità dei Laici, na który mam widok tuż z prawej strony stolika.

'
arezzo1
'

a tutaj widok na Palazzo della Fraternità już z placu (po lewej mamy Palazzo del Tribunale), na środku zaś widoczny jest pręgierz (colonna dell'infame).

'
arezzo2

''

Raz jeszcze przechodzę koło kościoła Santa Maria della Pieve i mijam kilka sklepików z typowymi dla regionu produktami (ten pokazywałam Wam w pierwszym wpisie) :

'
arezzo_antica_bottega
'

Powoli schodzę w stronę dworca, autobus do Sieny mam bowiem za niecałą godzinę. Nie uda mi się tym razem niestety zwiedzić domu / museum Giorgio Vasari, jak zwykle pocieszam się jednak, że przecież coś muszę sobie ‘zostawić’ na następny raz ;)

'
*   *   *

'
Podróż komunikacją miejską / regionalną we Włoszech z całą pewnością należy do ciekawych doświadczeń ;) Z przerażeniem stwierdzam, iż kierowca nie zajmuje się tylko prowadzeniem pojazdu, ale również (a może przede wszystkim ;)) rozmową przez komórkę! Przez cały czas trwania podróży (ok. półtorej godziny) umilał on sobie czas pogawędką ze znajomymi :D A jednym z częściej przewijających się tematów była... kuchnia! I opis weekendowego menu w restauracji ;)

Okazuje się też, że linie ciągłe na jezdni Włosi często postrzegają chyba jako coś w stylu ‘dekoracji’, samochody bowiem wyprzedzają nas (lub siebie nawzajem) zupełnie nie bacząc na zakazy, linie ciągłe czy zakręty. Na szczęście toskańskie krajobrazy skutecznie odciągają moją uwagę od jezdni ;)
Do Sieny jadę bez uprzedniej rezerwacji (wiem, to nie było zbyt rozważne i szczerze Wam ten pomysł odradzam ;)); na szczęście po ok. godzinie udaje mi się znaleźć wolny pokój i przerażająca wizja nocy spędzonej pod chmurką oddala się bezpowrotnie :)

(ostatni wolny w Sienie pokój jest 4-osobowy, na szczęście właścicielka hotelu odstępuje mi go za dosyć 'przyjazną' cenę ;))

Hotel z pewnością nie należy do luksusowych, wyjątkowo urokliwych czy romantycznych, wygrywa jednak w porównaniu z zupełnym brakiem noclegu ;) Jego największym atutem jest jego położenie – praktycznie tuż koło Piazza del Campo (Piccolo Hotel Eturia). Tuż obok znajduje się drugi, równie skromny hotel, przy którym widnieje taka oto pamiątkowa tablica :

'
siena_herbert
'

Herbert często bywał w Sienie i zatrzymywał się wtedy właśnie w tym hotelu – Tre Donzelle; najwięcej miejsca poświęcił temu niesamowitemu miastu w zbiorze esejów ‘Barbarzyńca w ogrodzie’ i pierwsze zdanie tej pamiątkowej tablicy (odsłoniętej 3 lata temu) jest cytatem z ‘Barbarzyńcy’ właśnie :  ‘Wracam do Trzech Dziewuszek (Tre Donzelle). Jeśli nie bałbym się tego słowa, powiedziałbym, że byłem szczęśliwy.’

'

siena_herbert2

Albergo Tre Donzelle, via delle Donzelle 5

'

Uśmiecham się czytając te słowa i wyruszam na mój pierwszy spacer po Sienie :)

Najpierw idę oczywiście na Piazza del Campo (to tutaj odbywa się słynne Palio).

'
siena_plac
'
To niezwykle oryginalny, półkolisty plac w formie ‘muszli’, wznoszący się lekko ku Palazzo Pubblico i opadający po przeciwnej jego stronie – przy fontannie Fonte Gaia.
Imponujący Palazzo Pubblico (ratusz w stylu gotyckim) aktualnie gości pod swoim dachem Museo Civico ze zbiorami dotyczącymi historii Sieny.
'

siena_wieza
'
Jednak to po zachodzie słońca plac wydaje mi się jeszcze piękniejszy, gdyż kolor oświetlonych budynków wspaniale kontrastuje z granatowym niebem :

'
siena_wieza_noc
'
Z Placu udaję się do katedry – Duomo. Najpierw jestem zauroczona jej wspaniałą fasadą :

'
siena_duomo1
'
później oczywiście niesamowitym wnętrzem :

'
siena_duomo_wnetrze
'
Jest już dosyć późno, zwiedzających jest więc stosunkowo mało, dzięki czemu można do woli kontemplować każdy detal tej wspaniałej budowli. Jestem naprawdę pod wrażeniem...

'
siena_duomo2
'
Zachodzące słońce maluje na niebie czerwono-pomarańczowe barwy
'
siena_duomo3
'

i zalewa fasadę katedry falą złotego światła :

'
siena_duomo4

'
Przysiadam na jednej z ławeczek przed katedrą i napawam się tym niezwykłym widokiem...

'
Wracając do hotelu wstępuję do najstarszego ‘sklepiku spożywczego’ w Sienie, istniejącego od 1879 roku, w którym nic się chyba od tamtej pory nie zmieniło :)

'
siena_sklepik_double

Antica Drogheria Manganelli, via di Città 71-73

'

Na każdym kroku można się tutaj natknąć na coś wyjątkowego : piękne, oryginalne kołatki
'

siena_kolatka
'
czy dawne ‘uchwyty’ do wiązania koni

'
siena_koniowaz
'
Każde praktycznie podwórze czy dziedziniec skrywa coś ciekawego

'
siena_lampad

'
i z całą pewnocią nawet tydzień nie wystarczył by na zobaczenie wszystkiego (niestety i muzea muszę 'zostawić' sobie na następny raz, w ciągu tak krótkiego czasu nie uda się bowiem iść wszędzie tam, gdzie bym chciała...).

W jednym z niepozornych zaułków, zupełnie przez przypadek trafiam na taki oto ‘spektakl’ :

'
siena_contrade03
'
Oto przyszłe pokolenie przygotowuje się do Palio :) (Ci najwyraźniej z contrade (dzielnicy) Nobile Contrada dell'Aquila).
Oprócz mnie obserwuje ich również kilku przechodniów i po zakończeniu wszyscy nagradzają chłopców brawami (trzeba przyznać, iż mimo młodego wieku naprawdę świetnie poradzili sobie z żonglowaniem chorągwiami).

Niedaleko hotelu robię jeszcze zdjęcie sieneńskiej wilczycy karmiącej Romulusa i Remusa (wizerunków tej wilczycy znajdziecie w Sienie sporo, jest ona bowiem herbem miasta, wg legendy założonego przez synów Remusa właśnie).

'
siena_wilczyca'

'
*  *  *
'
Wtorkowy
dzień zaczynam od śniadania w słynnej, sieneńskiej cukierni – Nannini. Wszystko, czego tam spróbowałam było naprawdę pyszne : nie tylko te regionalne specjały jak ricciarelli, panforte czy cavallucci, ale i typowe piekarniczo-cukierniane ‘śniadaniowe’ propozycje. Kawa również dobra i na szczęście w bardzo ‘normalnej’ cenie, o co w Sienie nie zawsze jest łatwo ;) Tylko obsługa pozostawia wg mnie wiele do życzenia, ale to już osobny temat ;)

Wsiadam w autobus i po godzinie docieram do San Gimignano.

'
san_gim_widok1

'

san_gim_widok2'

I tutaj pierwsze co zauważam, to mury miasteczka porośnięte kaparami :

'
san_gim_mur_double2
'
Za to poraża mnie... ilość spacerujących uliczkami turystów ;) Dawno już chyba nie byłam w tak przeludnionym miejscu :)
San Gimignano to wyjątkowa osada, której korzenie sięgają czasów etruskich, nie bez kozery więc znajduje się ona na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO.

'
san_gim1
'

Warto zatrzymać się chwilę na Piazza della Cisterna

'
san_gim2
'
nie tylko po to, by - również za wirtualną namową Małgosi z 'Pieprzu' ;) -  zjeść dobre lody :)

'
san_gim_gelateria

(nota bene, równie dobre lody możecie zjeść kierując się na lewo od tej lodziarni, na samym rogu Piazza della Cisterna, w Gellaterii dell’Olmo; ceny wprawdzie nieco wyższe, ale i porcje odpowiednio większe, a smak naprawdę wyborny!)

'

Na placu della Cisterna urzekają mnie również piękne okna okolicznych fasad :

'
san_gim_okno1
'

san_gim_okno2
'
i jak zwykle – oryginalne kołatki :

'

san_gim_kolatka
'
Później kieruję się do Duomo, jednak ‘wysyp’ japońskich turystów skutecznie uniemożliwia mi zrobienie choć jednego zdjęcia placu i fasady bez nich w tle ;)  Zwiedzam Duomo ozdobione niesamowitymi freskami Domenico Ghirlandaio (zainteresowanych sztuką po raz kolejny odsyłam do wpisu Małgosi Matyjaszczyk - klik), a  później wspinam się nieco wyżej, do ruin zamku della Rocca, skąd rozciąga się piękny widok na okolicę i dachy San Gimignano (mieści się tu również muzeum wina - Museo del vino Vernaccia di San Gimignano).
'

san_gim_rocca

'
Wracam na Piazza della Cisterna i wypijam popołudniowe cappuccino, po raz ostatni chłonąc atmosferę tego urokliwego miasteczka.
W drodze powrotnej spotykam bardzo sympatyczną Kanadyjkę (mniej więcej w moim wieku), od 8 lat mieszkającą w Anglii. Rozmawiamy o Toskanii, o podróżach, o życiu ‘na obczyźnie’. Podróż mija wyjątkowo szybko i obydwie zgodnie stwierdzamy, że czasami warto jest zamienić samochód na środek komunikacji miejskiej ;)

Kolację (również poprzedniego dnia) zjadam w restauracji La Buca di Porsenna (niestety strona internetowa nie oddaje ani uroku, ani wyjątkowości tego miejsca ;)), tuż obok mojego hotelu (naprawdę ‘tuż’, ich wejścia dzielą maksymalnie dwa metry). Sala mieści się w podziemiach i wygląda jak wykłuta w skale grota (są też dwie lub trzy mniejsze sale, ta jest jednak najbardziej spektakularna). Z głośników sączy się muzyka klasyczna, a minimalizm i lekka ‘surowość’ wnętrza jeszcze bardziej pozwala skupić się na doznaniach kulinarnych :) Tak jak i restauracja o której wspominałam a propos Arezzo, i ta nie należy może do tych najtańszych, jeśli jednak nie zamawiamy posiłku złożonego z czterech dań, to rachunek nie będzie przerażający (tym bardziej, iż klienci hotelu w którym się zatrzymałam mają tu 15% rabat ;)). Polecam Wam wszelakie ich ravioli i tortelli, tym bardziej, że mówi to ‘nie-makaronowa’ osoba :)

Następnego dnia opuszczę Sienę aż do piątku, czeka na mnie ‘clou’ mojej toskańskiej wędrówki, stolica pecorino – Pienza :)

'
pienza_montic
'
cdn.
(o ile nie macie dosyć... ;) )