Archiwum kategorii ‘zdrowie’

Wiosna to…

piątek, 5 Marzec 2010

… prawdziwa kobieta :) Każe na siebie czekać, kokietuje. Najpierw wabi nas pierwszymi promieniami słońca i powietrzem przepełnionym Jej zapachem, kilka dni później jednak zmienia zdanie i wycofuje się dyskretnie, pozostawiając nam jedynie te miłe wspomnienia i przedwczesną radość. La donna est mobile ;)
Znów ubieram więc nieco cieplejszą kurtkę i botki, a nowy trench niestety jeszcze będzie musiał trochę poczekać. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza. Wbrew pozorom lubię czekać. To też przecież ma swój urok :)

*salades
*

Na targu również widać, że wiosna coraz bliżej. Jest już młodziutki szpinak (ten na zdjęciu z pierwszego tegorocznego plonu), jest i grumolo verde – czyli rustykalna odmiana cykorii rodem z Piemontu, która jest jedną z pierwszych wiosennych ‘sałat’ (wspominałam Wam o niej zeszłej wiosny – klik). Ich zieleń pięknie komponuje się na przykład z purpurowym odcieniem czerwonej cykorii (radicchio) i chyba zgodzicie się ze mną, że już samo patrzenie na nie dodaje energii i poprawia nam nastrój :)

*
dentdelion3
*

Pojawiają się już też młode listki mniszka lekarskiego (taraxacum officinale). Po francusku mniszek nazywa się ‘dent-de-lion’ czyli ‘lwi ząb’. Prawda, że to urocza nazwa? :) Ma też on drugą, nieco bardziej ‘pospolitą’ nazwę, nie jestem jednak pewna, czy na blogu kulinarnym przystoi o niej pisać, gdyż… ‘pissenlit’ to ni mniej ni więcej – ‘siusianie w łóżko’ ;) ) Korzeń mniszka lekarskiego jest bowiem jednym z najbardziej efektywnych ziół oczyszczających, między innymi ze względu na jego właściwości moczopędne właśnie.

Listki mniszka są niezwykle cenne dla naszego organizmu; zawierają one przede wszystkim sporo witaminy A, B i C oraz mikroelementów (między innymi potas, wapno i żelazo). Mniszek charakteryzuje się działaniem wspomagającym przemianę materii oraz pobudzającym apetyt (przede wszystkim dzięki składnikom goryczkowym). Jego korzeń (tak jak i korzeń cykorii) po ususzeniu i uprażeniu używany jest do produkcji bardzo zdrowej kawy zbożowej.
Młode listki mniszka (zbierane przed kwitnięciem, wtedy są najdelikatniejsze i zawierają najmniej goryczki) możemy konsumować na surowo – we wszelakich sałatkach czy np. jako dodatek do ziołowego domowego serka. Możemy też lekko poddusić je z czosnkiem na oliwie (jak młody szpinak) czy dodać je do omletu, zupy, sosu. Ta niezwykła roślina z całą pewnością pozwoli nam urozmaicić i wzbogacić nasze wiosenne menu.

*

*   *   *

Wybaczcie, że dziś bez przepisu, jednak ten tydzień był / jest dla mnie nieco ‘zabiegany’, na szczęście dosyć pozytywnie ‘zabiegany’ ;)

Życzę Wam wszystkim udanego weekendu oraz coraz częstszych wizyt Pani Wiosny :) Ja zaś wracam do przygotowań dla pewnego wyjątkowego Gościa (dlaczego ‘gość’ nie ma rodzaju żeńskiego?!?), którego (a raczej którą ;) ) widziałam ostatnio prawie dwa lata temu. To będzie więc z całą pewnością bardzo sympatyczny weekend, czego i Wam wszystkim serdecznie życzę :)

*

Pozdrawiam!

*

Warzywa sezonowe - zima

środa, 27 Styczeń 2010

warzywazima2Już od prawie roku noszę się z zamiarem zapoczątkowania pewnego ‘cyklu’ ;) Nie wiem, czy to dobry pomysł czy nie (liczę więc że napiszecie mi, co o tym sądzicie ;)), chcę jednak w miarę regularnie pisać tu o produktach sezonowych. Choć dziś w supermarketach można kupić praktycznie każdy owoc czy warzywo przez cały rok, to warto choć od czasu do czasu przypomnieć sobie o ich sezonowości i porach roku, w których dany produkt najlepszy jest jakościowo.

Jak pewnie już wiecie, jestem ‘za’ spożywaniem tego, co sezonowe. Zimą nie goszczą w mojej kuchni pomidory, cukinia czy szparagi lub truskawki z drugiego końca świata. Czy przez to zimą zionie kulinarną nudą? Nie! Bowiem dostępne zimą warzywa i owoce dają nam naprawdę spore pole do popisu.

Jak każdy chyba ‘tęsknię’ rzecz jasna za nowalijkami, za warzywami i owocami pełnymi letniego słońca. Nie jest to jednak dla mnie problemem, by uzbroić się w cierpliwość i na nie poczekać ;) Czy choinka cieszyła by nas tak samo, gdyby była przez cały rok? Czy w lipcu mogła by cieszyć tak jak w Boże Narodzenie? Mnie z całą pewnością nie. A czekanie na coś to też przecież swoista przyjemność :)

Poza tym, kupowanie niesezonowych produktów, które przemierzyły pół Europy (lub świata…), nie jest niczym dobrym dla ekologii. Jak pisałam kilka miesięcy temu (klik klik) - pamiętajmy, że transport importowanych produktów nie tylko kosztuje, ale przede wszystkim zanieczyszcza środowisko, dlatego naprawdę – kiedy tylko to możliwe – warto pokusić się o kupowanie tego, co produkowane lokalnie. Co do produktów niesezonowych, to wiemy już, że naszpikowane są duuużą ilością chemii, a smakowo również niewiele mają wspólego z tymi sezonowymi (bardzo ważna notka na ten temat również tutaj – klik klik). Nie jest to więc dobre ani dla naszego zdrowia, ani dla naszego portfela, ani dla naszych kubków smakowych ;)

Jakie więc warzywa mamy do dyspozycji zimą? Co Pani Natura ma nam teraz do zaoferowania? Wbrew pozorom – całkiem sporo :)
*
legumeshiver
*
Na powyższym zdjęciu widnieje tylko część zimowych warzyw (wszak samych kapust mamy kilka rodzajów... ) ale z tego co widać, jest w czym wybierać. Choć wiem oczywiście, że w pewne warzywa nie zawsze łatwo jest się zaopatrzyć, tym bardziej że nie wszyscy niestety mamy własny ogródek (nad czym ja osobiście bardzo ubolewam…;) ).

Przejdźmy  do konkretów.

W naszym zimowym koszyku warzyw znaleźć możemy :

- przede wszystkim ziemniaki! Których z całą pewnością nigdy nie brakuje w naszych kuchniach ;) Ta niezwykle wszechstronna bylina gości na naszych talerzach pod wieloma postaciami : zupy, sałatki, puree, placki, pierogi, zapiekanki, tarty, chleby a nawet ciasta! (tak, tak – zerknijcie proszę do Tatter ;)) są dowodem na niesamowitą wszechstronność ziemniaka. Jak pewnie wiecie, istnieje kilka tysięcy jego odmian (w Peru utworzony został największy na świecie bank genów ziemniaka – szczegóły dla zainteresowanych tutaj – klik).

- marchewka - prócz tradycyjnej pomarańczowej również np. żółta i fioletowa. To warzywo nie potrzebuje chyba dodatkowych rekomendacji. Dodam więc może tylko, że świetnie smakuje np. z dodatkiem sezamu (ziaren lub oleju), także z kuminem lub kardamonem. Czy to w zupie, w surówce, czy w puree (na przykład tutaj – klik), czy nawet w cieście (jak w tym oto szwajcarskim marchewkowym – klik) – sposobów na jej przygotowanie mamy naprawdę sporo.

- korzeń pietruszki i pasternaku, z których również można wyczarować wiele wspaniałości; pozwolę sobie przypomnieć Wam ten oto ostatni pasternakowy wpis - klik, a przy okazji polecam Wam również świetny pomysł na pietruszkę Truskawkowej Ani :)

- seler – nie tylko jako dodatek do rosołu ;) Wspaniale smakuje np. zupa-krem z selera lub selerowe puree; jakiś czas temu jadłam też seler smażony w cieście naleśnikowym : ciasto nieco gęściejsze niż na tradycyjne naleśniki, dobrze przyprawione do smaku – u mnie bardziej na ostro; następnie bardzo cienkie plasterki selera obtaczamy w cieście i smażymy kilka minut z każdej strony, pycha! Poza tym możemy też ‘ożenić’ seler z imbirem czy orzechymi laskowymi, lub podać go w formie surówki np. z sosem ‘rémoulade’.

- buraki – pyszne również na surowo z dodatkiem wyrazistego sosu. Polecam też buraki pieczone, niesamowicie bowiem zyskują one na smaku; można użyć ich do sałatki, do tarty, do wszelakich przekąsek, można też zrobić z nich pyszną ‘pastę’ – na przykład do kanapek. Buraki świetnie czują się w towarzystwie koziego sera i orzechów, a także… czekolady! Tym, którzy jeszcze tego połączenia nie kosztowali, polecam np. ciasto przetłumaczone (i przetestowane ;) ) dla nas przez Polkę – klik.

- zimą królują również warzywa z rodziny kapustnych; kapusta biała, czerwona, jarmuż, brukselka (która u mnie akurat nie gości ;));  należące do tej grupy brokuły i kalafior niestety kończą swój sezon już na poczatku zimy. Traktowana nieco po macoszemu kapusta jest niesamowicie zdrowym warzywem. Zawiera sporo witaminy C i E, a także żelazo, magnez i miedź. Podobno zjadanie kapusty surowej, kiszonej lub gotowanej tylko raz w tygodniu może zmniejszyć ryzyko zachorowania na raka jelita grubego o ponad 60%.
Tymianek, cząber, majeranek czy kminek zapewnią kapuście świetne towarzystwo.

- por to kolejne warzywo, które często gości zimą w mojej kuchni; uwielbiam na przykład porową zupę-krem z dodatkiem ziemniaków, czosnku i kuminu. Często mieszam lekko podduszonego pora z innymi, mniej wyrazistymi warzywami i używam go jako farszu do tart, pieczonych pierożków czy też – z dodatkiem soczewicy lub quinoa – do warzywnych kotlecików. Imbir, tymianek, orzechy czy gomasio również będą tutaj pasować. Całkiem niedawno po raz pierwszy jadłam pora z sosem z awokado i muszę przyznać, że było to dosyć ciekawe smakowo połączenie.

- cykoria - endywia oraz sałatowa (sałatowa to ta koloru bordo w dolnym lewym rogu), nadaje się nie tylko do sałatek, lecz również do gotowania i zapiekania. Pamiętajmy jednak, że jej białe części zawierają sporo goryczki, by się jej pozbyć należy więc je odciąć. Cykorię możemy poddusić kilka minut na patelni i serwować ją z lekkim sosem typu vinaigrette lub użyć jej jako farsz do tarty np. Możemy też ją zapiec np. pod beszamelem (np. każdą cykorię – możemy ją wcześniej lekko podgotować - zawijamy w plasterek szynki, zalewamy beszamelem, posypujemy stratym serem i zapiekamy). Jest to warzywo bogate w żelazo, magnez, wapń, potas i fosfor, warto więc włączyć je do naszego zimowego menu.

- rzepa (również czarna rzepa) oraz brukiew zdecydowanie rzadziej goszczą w naszej kuchni. Dawniej były to bardzo popularne warzywa, dziś jednak odeszły nieco w zapomnienie. Przyznaję, ich smak jest nieco specyficzny, jednak odpowiednio doprawione mogą przekształcić się w całkiem smaczne danie.

- topinambur to kolejne z nieco zapomnianych warzyw; bogaty w potas, fosfor, żelazo i tiaminę (witamina B1), w smaku przypomina nieco smak karczocha (dlatego też nazywany jest ‘karczochem biednych ;) ). Można spożywać go ugotowanego na parze, można robić z niego wszelakie zupy-krem czy zapiekanki. Chętnych odsyłam do nieco wcześniejszego wpisu - klik, gdzie wspominałam już o topinamburze (i gdzie znajdziecie np. przepis na zupę z jego dodatkiem)

*

*skorzonera

- skorzonera (czarna salsefia) to w Polsce chyba nadal dosyć rzadkie warzywo. Bogata przede wszystkim w witaminy z grupy B oraz w potas, wapń i magnez, w smaku przypomina nieco szparagi (często nazywana jest ‘zimowym szparagiem’). Obierając korzenie skorzonery umieszczajmy je od razu w naczyniu z wodą z dodatkiem soku cytrynowego, by warzywo nie sczerniało. Do obierania jej dobrze jest też zaopatrzyć się w gumowe rękawiczki, skorzonera bowiem wydziela mocno klejący się sok.
Możemy ugotować ją w wodzie (z dodatkiem soku z cytryny właśnie) lub na parze i podać z podobnym sosem jak szparagi. Możemy po ugotowaniu pokroić ją w plasterki i poddusić np. z dodatkiem czosnku, natki pietruszki, odrobiny papryki czy nawet orzechów laskowych. Możemy też przygotować z niej pyszną zupę – krem.
Zainteresowanym polecam również wpis Komarki o skorzonerze, dodatkowo okraszony pięknymi zdjęciami :)

*
roszponkaklaytonia
*
- z typowo zimowych sałat mamy aktualnie do dyspozycji roszponkę (na zdjęciu po prawej) oraz klajtonię przeszytą - Claytonia Perfoliata – (na zdjęciu po lewej). Obydwie zawierają bardzo dużo witaminy C (o wiele więcej niż tradycyjna sałata) szczególnie zimą więc są one bardzo cenne dla naszego organizmu. I roszponkę i klajtonię możemy konsumować również lekko podduszone (jak świeży szpinak) lub w formie zupy-kremu (pyszna!).
O klajtonii wspominałam Wam jakiś czas temu, a propos jej ‘letniej’ wersji (wpis tutaj – klik).

*

Nadal też możemy jeszcze rozkoszować się niektórymi odmianami dyni (przynajmniej teoretycznie, w praktyce bowiem nie wszystkie sklepy czy stragany są teraz w nią zaopatrzone).
*

dyniapieczona

(zainteresowanych przepisami z dyni, których ominął ‘dyniowy festiwal’ zapraszam do lektury kilku wpisów m.in. tutaj; dodatkowo klikając na dyniowy baner na prawym pasku bloga traficie na spis wszystkich wspaniałych potraw przygotowanych przez uczestników Festiwalu)

*

Praktycznie każde z tych zimowych warzyw można przygotować na wiele sposobów. Mogą być spożywane w surówkach, gotowane, duszone, pieczone. Możemy zrobić z nich pyszną zupę, puree, kotleciki warzywne, tarty, zapiekanki, wszelakie warzywne omlety / frittaty, możemy też na przykład użyć ich jako farszu do pierożków (pieczonych lub gotowanych). W połączeniu z ryżem, kaszami, soczewicą czy quinoa – za każdym razem otrzymamy coś innego. Warto też eksperymentować z ziołami i przyprawami – wszak to one dodają potrawom wyrazistości i charakteru.

Warto też oczywiście korzystać z mrożonek czy domowych przetworów, by urozmaicić nasz zimowy jadłospis. Dobrej jakości przecier z dojrzałych latem na słońcu pomidorów wprawdzie ich nie zastąpi, ale z całą pewnością będzie smakował lepiej niż pomidory, które aktualnie kupić można w sklepie.

*

To tyle na dziś.

Ciekawa jestem, czy choć chęściowo Was przekonałam, że zimowe warzywa wcale nie są takie złe? ;)

*

Ekologicznie

środa, 12 Sierpień 2009

Z tym wpisem zwlekam już od miesiąca… Jak przy każdej tego typu notce zastanawiam się, czy naprawdę macie jeszcze ochotę czytać tego typu teksty, czy nie macie ich dosyć, czy nie będziecie zawiedzeni, że dziś nie będzie przepisu. Postanowiłam jednak, że i tym razem zaryzykuję ;)

Do napisania dzisiejszej notki skłoniło mnie wakacyjne wydanie ‘Elle à table’, a konkretnie artykuł o ekologii w kuchni ;)

Ekologia to dziś bardzo modny temat. Media (i nie tylko one) ‘zasypują’ nas ekologicznymi tematami, debatami czy akcjami. O ekologii dużo się mówi. No właśnie, mówi się. Ale czy naprawdę dużo się robi? Czy my sami naprawdę dokładamy się do polepszenia aktualnego stanu rzeczy? Czy tylko czytamy / słuchamy i na tym poprzestajemy? Często wydaje nam się, że sami przecież niewiele możemy zdziałać, że nasz niewielki wkład i tak niczego nie zmieni. Nic bardziej błędnego! Wszak ziarnko do ziarnka… ;)

Wiem, że zabrzmi to jak banał, ale przecież w naszych własnych mieszkaniach czy ogródkach staramy się, by było czysto i przyjemnie. Postarajmy się więc, by mogło tak być również poza progiem naszego domu. I nie chodzi tu o jakieś wielkie wyrzeczenia czy trudne do zrealizowania cele, ale o to, co naprawdę sami możemy zmienić. I mimo, że o większości poniższych punktów pewnie wszyscy już wiedzą, to ważne jest by mimo wszystko nadal o tym mówić i pisać, mając nadzieję, że zmotywuje to do działania coraz więcej osób.

*

A oto propozycje prezentowane we wspomnianym artykule :

*

1. Przede wszystkim, kupujmy produkty lokalne i sezonowe. Transport importowanych produktów nie tylko kosztuje, ale przede wszystkim zanieczyszcza środowisko, dlatego naprawdę – kiedy tylko to możliwe – warto pokusić się o kupowanie tego, co produkowane lokalnie. Co do produktów niesezonowych, to wiemy już, że naszpikowane są duuużą ilością chemii, a smakowo również niewiele mają wspólego z tymi sezonowymi (notka na ten temat również tutaj). Pamiętajmy też, że produkty ekologiczne to dodatkowo zdrowie i na talerzu, i dla otaczającego nas środowiska. Warto więc od czasu do czasu o tym pomyśleć. Pod warunkiem oczywiście, że kupowany ekologiczny produkt nie przyjechał do nas z drugiego końca świata ;)

2. Zredukujmy wyrzucanie produktów, czyli kupujmy to, co na pewno możemy zjeść, a resztki możemy zamrozić czy zutylizować je w inny sposób. W ograniczeniu ‘marnotrastwa’ z pewnością pomaga planowanie naszego menu, choć przyznaję, że ja akurat nie lubię go planować na dłużej niż kilka dni.
Przy okazji polecam Wam stronę ‘Nie marnuję’ (choć z pewnością już ją znacie), można znaleźć tam sporo ciekawych informacji.

3. Preferujmy produkty jak najmniej przetworzone : po pierwsze, będzie zdrowiej jeśli przetworzymy je sami ;), po drugie, mniej opakowań = mniej śmieci do późniejszego przetworzenia. Śmieci, pod którymi powoli zaczynamy przecież tonąć…
Zredukujmy ilość samych opakowań, również tych indywidualnych; kupujmy co możemy w większych, ‘hurtowych’ ilościach i wszystko co możemy - nieopakowane, np. zamiast warzyw na plastikowej tacce, kupujmy te na wagę.

4. Kupujmy mniej produktów pochodzenia zwierzęcego. Produkcja mięsa pochłania dużo energii, prowadzi do zanieczyszczenia powietrza, a nadmierne rybołóstwo prowadzi do wyginięcia wielu gatunków ryb. Warto od czasu do czasu pomyśleć o białku roślinnym jako o ‘towarze zastępczym’ ;) Nikt rzecz jasna nie mówi, że wszyscy mamy stać się wegetarianami! Chodzi jednak o to, by ograniczyć spożywanie mięsa. Oczywiście najlepiej, by mięso takie było pewnego pochodzenia, a ryby – łowione w odpowiednich warunkach (pisałam o tym tutaj, między innymi a propos tuńczyka).

5. Na ile to możliwe – hodujmy nasze własne zioła czy warzywa w ogrodzie, na balkonie, w parapetowych skrzynkach i doniczkach oraz… w słoikach :) Jak kiełki, o których od czasu do czasu Wam wspominam. A nasze kuchenne odpady roślinne przeznaczajmy na kompost.

6. Ograniczmy zużycie takich ‘dóbr’ jak folia aluminiowa czy spożywcza; ‘resztki’ obiadowe pakujmy do odpowiednich pojemników (najlepiej szklanych), nie w folię, którą następnie wyrzucamy i która przyczynia się do dodatkowego zanieczyszczenia środowiska.
Zużywajmy też jak najmniej jednorazowych ręczników papierowych czy wilgotnych chusteczek (jak np. te do wycierania kurzu/sprzątania, ale również coraz częściej te kosmetyczne). To naprawdę niepotrzebne zapełnianie naszych worków na śmieci.

7. Gdy stan sanitarny wody na to pozwala ;) pijmy tę z kranu, filtrowaną, zamiast kupować tę w plastikowych butelkach. Ograniczmy zużycie plastiku i papieru / kartonu do minimum, nie kupujmy jednorazowych talerzy i sztućcy na pikniki, nie bierzmy niepotrzebnych reklamówek w sklepie (a najlepiej – nie bierzmy ich w ogóle!). http://www.foliowki.pl/

8. Oszczędzajmy energię - również w kuchni - gotując np. w szybkowarze lub piekąc kilka potraw jednocześnie (lub piekąc je ‘jedno za drugim’, gdyż to właśnie nagrzewanie piekarnika pochłania najwięcej energii).

9. Nie zapominajmy oczywiście o oszczędności wody : poza tak ewidentnymi czynnościami jak zmywanie, pomyślmy również o tym, że woda z płukania ziół może nam posłużyć np. do podlewania kwiatków (ta z płukania kiełków również ;) ), a woda z gotowania warzyw czy ryby na parze może być użyta np. do przygotowania zupy czy risotto.

10. Starajmy się używać mniej chemii do sprzątania – ‘babcine’ sposoby takie jak soda, ocet czy szare mydło naprawdę wcale nie są złe! I często mogą zastąpić wiele różnych chemicznych produktów.

*

I na koniec : starajmy się mówić o tego typu tematach wokół siebie, gdyż może to właśnie w ten sposób nareszcie uda się coś zmienić w otaczającej nas rzeczywistości.

*

Również w interenecie sporo pisze się na temat ekologii, i choć nie znam niestety wielu polskich ciekawych piszących na te tematy stron(jeśli Wy takowe znacie, to chętnie poczytam o nich w komentarzach :) ), to na jednej z nich znalazłam takie oto ‘10 przykazań’ :

*

1. oszczędzam wodę i energię elektryczną (pamiętam m.in. o całkowitym wyłączaniu urządzeń elektrycznych zamiast uruchamiania funkcji czuwania - tzw. „stand-by”);

2. segreguję odpady;

3. na zakupy chodzę z własną, płócienną torbą;

4. jem żywność ekologiczną pochodzenia lokalnego;

5. zawsze, gdy jest to możliwe, jeżdżę komunikacją miejską (lub np. wraz z sąsiadami stosuję zasadę carpoolingu);

6. używam papieru pochodzącego z recyklingu (papier biurowy, papier pakowy, papier toaletowy, ręczniki kuchenne),

7. używam ekologicznych środków piorących i czyszczących;

8. używam kosmetyków naturalnych pochodzenia ekologicznego;

9. inwestuję w domowy filtr do wody i przerzucam się z wody butelkowanej na kranówę;

10. zanim kupię coś nowego, zadaję sobie pytanie: „czy to naprawdę jest mi niezbędne?”.

*

A znającym język francuski polecam tę oto ciekawą stronę : http://raffa.grandmenage.info/ na której znaleźć można nie tylko teoretyczne informacje, lecz również wiele praktycznych porad, np. a propos ekologicznych środków czyszczących domowego wyrobu ;)

*

I na koniec pamiętajmy, że nie chodzi o to by nagle zmienić wszystkie nasze przyzwyczajenia. Chodzi przede wszystkim o to, by zmieniać to, co możemy i kiedy możemy - wszak nie wszyscy mogą sobie pozwolić np. na kupowanie tylko i wyłącznie ekologicznej żywności! Jednak nie wszystko o czym tu dziś napisałam wymaga od nas wielkich nakładów finansowych; zacznijmy więc od drobnych rzeczy, które każdy z nas może zmienić. Nawet jeśli na początek ma to być tylko jedna rzecz :)

(przy okazji, polecam Wam również lekturę jednego z ostatnich wpisów na blogu Strony Smaku, który również warto przeczytać)

Mam nadzieję, że mi wybaczycie ten przydługi tekst (starałam się, by było krócej, jednak jak zwykle mi się nie udało ;) ).

*

Pozdrawiam serdecznie i czekam na Wasze komentarze i sugestie :)

*

*

Pokarm życia, cz.3

czwartek, 6 Sierpień 2009

Dawno już nie pisałam Wam o kiełkach… Wprawdzie z niewielkimi przerwami, jednak regularnie pojawiają się one na moim (naszym) stole, jest to bowiem najlepszy chyba sposób na prawdziwą witaminową bombę na naszym talerzu. A do tego dochodzi jeszcze ‘magia’ przemiany suchego ziarenka w piękne, zielone, pełne życia kiełki :) Tak jak szkolny ‘eksperyment’ z fasolką, który może i Wy pamiętacie ;)

W poprzednich dwóch ‘odcinkach’, prócz informacji ogólnych (część I ), pisałam Wam już o kiełkach lucerny (alfalfa), zielonej soczewicy, kozieradki, rzodkiewki oraz cebuli (część II ). Dziś natomiast będzie słów kilka o kiełkach pora.

Tak jak cebula czy czosnek, por należy do rodziny roślin czosnkowatych, które nota bene uważane są za naturalny antybiotyk. Por ma właściwości bakteriobójcze, antyreumatyczne i diuretyczne; obniża także poziom złego cholesterolu (zwiększając poziom tego dobrego), świetnie też wpływa na nasz układ odpornościowy. Jest bogaty w witaminy i mikroelementy, choć to oczywiście – jak zwykle – kiełki mają o wiele większe ich stężenie. Kiełki pora są szczególnie bogate w wapń, żelazo, jod, cynk, miedź i witaminy A, B1, B2, B3, B9, C i E, a jako, że spożywamy je na surowo, to wszystkie te dobrodziejstwa trafiają prosto do naszego organizmu :)

Poniżej 9-dniowe kiełki pora :
*

kielkipora2

*

Tak jak nasiona cebuli, tak i nasiona pora nie zawsze łatwo kiełkują, dlatego i tu dobrze jest zastosować metodę ‘szoku termicznego’ : przed namoczeniem, możemy umieścić nasiona w lodówce (na 12-24 godz.), a następnie zalewamy je ciepłą wodą i zostawiamy do namoczenia na ok. 8-12 godzin (dobrze jest by woda pozostawała ciepła – zmieniamy ją więc kilka razy podczas namaczania). Podczas płukania można też lekko wstrząsać słoikiem, by otoczka nasionek łatwiej pękła.

Następnie postępujemy jak z pozostałymi nasionami : średnio dwa płukania na dzień (na początku możemy płukać je letnią wodą, jednak im większe kiełki tym chłodniejsza woda do płukania).

Nasionka pora potrzebują od 9 do14 dni kiełkowania (są gotowe gdy nasionko jest miękkie / puste), następnie możemy gotowe do spożycia kiełki przechowywać w lodówce. W smaku podobne są one do kiełków cebuli, jednak są od nich nieco łagodniejsze. Jeśli nie najlepiej trawimy rośliny z rodziny czosnkowatych, możemy kiełki lekko zblanszować.

Najlepsze są jako dodatek do sałatek, kanapek czy wszelakich smarowideł (również do zup, dodajemy je na samym końcu). Można też dodawać je np. do warzywnych soków, pamiętając jednak, by nie spożywać ich zbyt dużo podczas jednego posiłku, gdyż ‘grozi’ to pewnymi sensacjami trawiennymi… ;)

(informacje ‘teoretyczne’ w oparciu o książkę ‘Les graines germées de A à Z’ - Carole Dougoud Chavannes)

Jeśli macie czas i ochotę, to chętnie dowiem się czy i Wy nadal paracie się kiełkami, które Wam najbardziej smakowały, które się ‘nie udały’…

*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Truskawka. Rabarbar. I trochę ekologii :)

środa, 6 Maj 2009

Jak pewnie już wiecie, nie kupuję żadnych niesezonowych warzyw ani owoców. I wbrew temu, co myśli (i o co pyta mnie) wiele osób, to wcale nie jest takie trudne! Naprawdę! I nasz jadłospis zupełnie na tym nie cierpi. Przecież pomidory kupowane zimą i tak nie smakują pomidorem; nawet jeśli pochodzą z jakiegoś ‘ciepłego’ kraju, to po pierwsze zostały zerwane zanim całkowicie dojrzały, a po drugie spora ilość chemii pomogła im przetrwać tę podróż (oprócz pestycydów są to także środki grzybobójcze, często niestety nie jeden, a kilka…). Dlatego poza sezonem korzystam np. tylko i wyłącznie z przecieru ze świeżych pomidorów, który naprawdę ma smak tychże :)

(o tym ‘problemie’ pisałam już w kwietniu ubiegłego roku, więc by niepotrzebnie się nie powtarzać, chętnych zapraszam raz jeszcze do tamtego wpisu)

gariguette1

Z truskawkami jest dokładnie to samo. Dlatego kupuję je tylko i wyłącznie w sezonie, najchętniej osobiście zbierane na wsi, niedaleko nas :) I jedynym wyjątkiem od tej reguły jest francuska truskawka ‘la gariguette’ (na powyższym zdjęciu). Jest to bardzo wczesna odmiana, pojawiająca się na przełomie marca i kwietnia. Jedyna chyba tak wczesna truskawka, która ma smak prawdziwego, sezonowego owocu, a nie plastiku czy tektury ;) A wiosną tego roku została ona ‘odznaczona’ specjalnym francuskim logo promującym najlepsze tylko jakościowo i smakowo produkty.

Rzecz jasna, kupuję ‘la gariguette’ niezmiernie rzadko (tylko raz lub dwa, wiosną), gdyż mimo smaku i sezonowości dochodzi jeszcze przecież problem transportu produktów importowanych i związanego z tym niepotrzebnego zanieczyszczenia powietrza. Tym razem jednak była to wyjątkowa okazja : kupując na targu rabarbar i patrząc jednocześnie na te pierwsze w sezonie truskawki (uwielbiam połączenie truskawek z rabarbarem!), w mojej głowie zrodził się pomysł. Który natychmiast chciałam przetestować. I jak najszybciej Wam go pokazać :) Nie mogłam bowiem czekać jeszcze miesiąc by sprawdzić, co z tego wyniknie ;)

Poniższy przepis, jak każdy goszczący w Mojej Kuchni, jak zwykle podpiąć można pod regułę trzech ‘S’ : szybkie, smaczne, super łatwe ;)

Rabarbarowo-truskawkowy deser z mascarpone

250 g rabarbaru
4-5 łyżek jasnego cukru trzcinowego
łyżeczka soku z limonki
otarta skórka z ½ limonki

200 g truskawek

250 g mascarpone
cukier puder do smaku (u mnie : zmielony jasny cukier trzcinowy)
1 łyżka soku pomarańczowego
1 łyżka rumu
kilka pokruszonych amaretti (u mnie : cytrynowe i pomarańczowe, pół na pół)

( przepis na amaretti tutaj )


Rabarbar umyć, pokroić na małe kawałki i zagotować z niewielką ilością wody (niecała łyżka) dodając cukier, sok i skórkę z limonki. Gotować do miękkości, aż rabarbar będzie dosyć gęsty (ok. 20 minut). Zmiksować lub przetrzeć przez sitko, wystudzić.

Mascarpone wymieszać z cukrem, sokiem pomarańczowym i rumem, dodać kilka pokruszonych amaretti (część ich zostawić do końcowej dekoracji). Wstawić do lodówki.

Truskawki umyć, dokładnie osuszyć, odszypułkować i zmiksować z musem rabarbarowym. Wstawić do lodówki.

Na dno szklaneczki / pucharka nałożyć masę z mascarpone, następnie mus owocowy i całość posypać odrobiną pokruszonych amaretti.


Plusem tego deseru jest to, że każda z warstw osobno również świetnie smakuje.


Dlatego swobodnie możemy podawać je razem lub osobno, dodając więcej lub mniej amaretti. Niestety sam krem z mascarpone w tym wydaniu również bardzo nam posmakował, za bardzo… ;)

Pozdrawiam serdecznie!

foodelek: przepisy tygodnia


Pasta z kiełków ciecierzycy

wtorek, 31 Marzec 2009

ciecierzycaugotowana2
*
(2- dniowe kiełki ciecierzycy, już ugotowane)

Dziś obiecana Wam ostatnio pasta z ciecierzycy. Mam nadzieję, że spodoba się nie tylko wielbicielom kiełków ;)
Ale zacznijmy od kiełków właśnie.
Już samo namaczanie ciecierzycy przed gotowaniem to przecież pierwszy etap do jej skiełkowania ;)

Ziarna ciecierzycy zalewamy wodą i odstawiamy na noc. Następnie płuczemy je, odsączamy i postępujemy jak z pozostałymi nasionami (płucząc je kilka razy dziennie). Spożywamy kiełki 2-3 dniowe, na surowo lub lekko podgotowane.
Są one bogatym źródłem białka i węglowodanów, witamin A, C i E oraz B2, B3 i B12. Zawierają sporo żelaza i wapnia, litu i cynku; są też źródłem organicznych związków chemicznych posiadających działanie przeciwnowotworowe (w skład których wchodzą izoflawony, m.in. genisteina)
Czyli – jak i w przypadku pozostałych kiełków – samo zdrowie! ;)

*
pastaciecierzyca

Pasta z kiełków ciecierzycy*

200 g kiełków ciecierzycy
50 g orzechów nerkowca
1 ząbek czosnku
1 łyżeczka zmielonego kuminu
3-4 łyżki posiekanej natki pietruszki
1-2 łyżki oliwy z oliwek (lub oleju arganowego)
sól do smaku

Kiełki ugotować na parze (ok. 15 minut). Orzechy nerkowca zrumienić na patelni, następnie zmiksować wszystkie składniki. Ja dodałam również trochę wody z gotowania ciecierzycy do miksowania, gdyż pasta była stanowczo za sucha.

Jestem pewna, że z ‘normalnej’ gotowanej ciecierzycy pasta również będzie smaczna, coś a la hummus, lekko zmodyfikowany ;)

Pasta ta jest bardzo smaczna i sycąca. Swietnie nadaje się na kanapki czy jako dip do warzyw (bardzo gęsty dip ;) ).
Mam nadzieję, że i Wam ten przepis przypadnie do gustu.

Pozdrawiam serdecznie!

*
I obiecuje przestać Was męczyć kiełkami ;)
*

* Przepis na podstawie książki ‘Boulgour, quinoa et graines germées’ wydawnictwa Marabout

*

Wiosennie, kiełkowo, śniadaniowo :)

piątek, 20 Marzec 2009
Przyznam, że od blisko dwóch tygodni, aura jest tu dla nas wyjątkowo sprzyjająca; dawno już (odpukać…) nie było szaro i buro ;) Temperatury powoli zaczęły piąć się w górę, a słońce swoimi ciepłymi promieniami rozpieszczało nas przyjemnie ;) Tak było np. w zeszłą niedzielę, gdy byliśmy na wiosennym spacerze w winnicach. I choć same winnice o tej porze roku są jeszcze troszkę uśpione, to pierwsze kwiaty już zaczynają kwitnąć i dodawać barw budzącej się z zimowego snu przyrodzie.

Dziś za to pierwszy dzień wiosny powitał nas barrrdzo zimnym wiatrem (rzekłabym nawet – lodowatym…), ale jako że słońce nadal świeci, nie przejmuję się tym zbytnio, gdyż i tak wolę to od deszczu i kłębiących się chmur.

Tym bardziej, że w domowym zaciszu jest ciepło i prawdziwie wiosennie, nie tylko za sprawą słońca za oknem, ale też dzięki wszechobecnym kiełkom na naszym talerzu :)
Jak i w wielu domach z pewnością, tak i u mnie wykiełkowała już rzeżucha, której dużym minusem jest to, że stanowczo zbyt szybko ‘znika’ ;) Dlatego postanowiłam, że będę wysiewać ją co 3-4 dni, by móc się nią cieszyć trochę dłużej i częściej.

Kolejne kiełki które ostatnio u mnie zagościły, to kiełki słonecznika, z całą pewnością jedne z moich ulubionych. Na poniższym zdjęciu, kiełki prawie 3-dniowe :


Zaletą kiełków słonecznika jest to, że możemy je konsumować bardzo szybko, gdy tylko widzimy ich ‘zaczątek’, czyli np. już po pierwszej nocy kełkowania.
3-4 łyżki słonecznika (bez łupinek) zalewamy czystą wodą i zostawiamy na 6-8 godzin. Następnie odsączamy i dalej postępujemy jak w przypadku pozostałych kiełków. Płucząc słonecznik możemy delikatnie pocierać go w dłoniach by oddzielić przeźroczyste osłonki (nie są one bowiem łatwe do strawienia przez nasz organizm). I tak jak pisałam wyżej, konsumować go możemy praktycznie od razu : po kilku godzinach lub kilku dniach kiełkowania. Oczywiście przedłużając kiełkowanie, otrzymamy kiełki ‘ozdobione’ ślicznymi, zielonymi listkami. Moje ulubione to takie 1-2 dniowe; są wtedy delikatne i smakowite, ‘starsze’ natomiast stają się nieco ostrzejsze w smaku.
Kiełki słonecznika są bogate szczególnie w witaminy C i E, żelazo oraz w tłuszcze nienasycone, zawierają również dużo białka. Polecane są przy problemach z nadciśnieniem i bólami głowy, wspomagają też ładny wygląd naszej skóry.

Tak jak większość kiełków, możemy konsumować je jako dodatek do wszelkich sałatek, przystawek, kanapek i przeróżnych ‘małych dań’. Ja bardzo często takie jednodniowe kiełki mieszam z kilkoma łyżkami miodu (na zdjęciu przepyszny miód tymiankowy z Krety), dodaję 1-2 łyżeczki WurzelKraft (jest to niesamowita mieszanka pyłku kwiatowego oraz ‘wyciągu’ z blisko 100 rożnych roślin / warzyw / ziaren), mieszam wszystko i smaruję tym poranną kromkę chleba ;)

Kiełki słonecznika dodaję też np. do jogurtów, jak poniżej :

yoghourtgermes

Do naturalnego jogurtu (u mnie owczy) dodajemy nieco miodu (do smaku) oraz 2 łyżki kiełków słonecznika. To ostatnio moje ulubione śniadanie :)

A w wersji nie tylko śniadaniowej – pasta z avocado, np. do kanapki :

avocatgermestournesol21

Avocado rozcieram / miksuję z odrobiną oleju arganowego, dodaję nieco soku z limonki (do smaku) i przyprawiam do smaku; czasami dodaję papryczki z Espelette, czasami trochę imbiru, czasem trochę posiekanych ziół (a latem np. świeże, sezonowe pomidory) i do tego wieeelka garść kiełków słonecznika :)

I na koniec jeszcze jedna propozycja na wiosenne śniadanie - serek z kiełkami :

fromagechevregermes

Serek (u mnie kozi) rozcieramy z drobno posiekanymi kiełkami (rzeżucha, lucerna, gorczyca, rzodkiewka, co wolicie) i doprawiamy do smaku (możemy też dodać odrobinę oleju arganowego). I w ciągu zaledwie kilku minut mamy pyszną, zdrową przekąskę ;)

To oczywiście tylko bardzo mały przykład możliwości zastosowania kiełków, mam jednak nadzieję, że któryś z tych pomysłów spodoba Wam się, nie tylko na wiosenne śniadanie ;)

Pozdrawiam serdecznie!

Pokarm życia, cz.2

niedziela, 15 Marzec 2009
Dziś kiełków ciąg dalszy ;)
Mam nadzieję, że poniższe dane ‘techniczne’ Was nie zanudzą… Nigdy do końca nie jestem pewna, czy tego typu informacje są dla Was naprawdę ciekawe i czy nie są zwyczajnie nudne ;) Na swoje ‘usprawiedliwienie’ dodam tylko, że chciałam, by te najważniejsze fakty były razem, obok prezentowanych przeze mnie kiełków.
Oto ostatnio wyhodowane dla Was okazy :)

Zielona soczewica

Kilka łyżek soczewicy płuczemy, następnie zalewamy dużą ilością czystej wody (przegotowanej lub źródlanej) i odstawiamy na 12 godzin. Następnie starannie płuczemy tak, aż woda będzie całkiem czysta. Dalej postępujemy jak w przypadku pozostałych nasion, czyli zakrywamy słoik gazą, mocujemy ją za pomocą gumki, odwracamy słoik by odsączyć nadmiar wody i stawiamy go pod kątem 45 stopni. Płuczemy 2-3 razy dziennie. Poleca się, by kiełki soczewicy przez dwa dni rosły przykryte ściereczką, a dopiero później w świetle dziennym, gdyż są wtedy mniej ‘gorzkie’. Możemy jeść kiełki soczewicy już gdy są kilkumilimetrowe. Jeśli ich smak jest dla nas zbyt ‘ostry’, można je przez chwilkę podgotować na parze. Krótsze kiełki soczewicy są smaczniejsze, delikatniejsze, jemy je ‘w całości’; dłuższe kiełki natomiast starannie płuczemy by oddzielić osłonkę.
Poniżej 3-dniowe kiełki zielonej soczewicy :


‘‘Zawierają one witaminy z grupy B i aminokwasy, a oprócz tego duże ilości wapnia, cynku, żelaza, potasu, magnezu i fosforu. Są doskonałym źródłem witaminy C, skutecznie przeciwdziałają zakażeniom wirusowym i mają działanie antynowotworowe. Wykazują korzystny wpływ na zęby i cerę, pomagają przy chorobach takich jak cukrzyca, kamica żółciowa, miażdżyca. Podobnie jak kiełki lucerny mogą jeść je osoby, które nie tolerują preparatów żelaza.’’
- witaminy :
A, B1, B2, B3, B5, B6, B9, C, K
- składniki mineralne :
wapń, żelazo, fosfor, cynk, miedź, magnez, potas, bor, molibden, selen, sód, siarka
- inne :
m.in.: beta karoten, koenzym Q10, błonnik, lecytyna, białko (28%), kwas pangamowy

(za stroną : Kiełki)

Kozieradka (fenegryka)

Kilka łyżek nasion (3-4) płuczemy, następnie zalewamy dużą ilością czystej wody (przegotowanej lub źródlanej) i odstawiamy na 12 godzin. Następnie płuczemy tak, aż woda będzie całkiem czysta i postępujemy jak w przypadku pozostałych nasion.
Kiełki kozieradki spożywamy ok. 3 dnia, możemy jednak przedłużyć ich hodowlę do tygodnia by otrzymać dłuższe, zielone pędy.
Poniżej 3-dniowe kiełki kozieradki :


Kiełki kozieradki zawierają witaminy : A, B1, B2, B3, B5, C, D, ponadto m.in. żelazo, fosfor, potas, cynk, siarkę, cholinę i saponiny.

Kozieradka pomaga w oczyszczeniu organizmu (szczególnie wątroby), wspomaga apetyt oraz tworzenie czerwonych krwinek (zawiera ok. 30% białka).
Uwaga : podobno nie należy jej spożywać zbyt dużo / zbyt często.

Rzodkiewka

Nasiona rzodkiewki moczymy ok. 4-6 godzin; kiełki możemy spożywać już od 3 dnia (na zdjęciu kiełki 3-dniowe) :


Kiełki rzodkiewki zawierają 4 razy więcej witaminy A niż mleko oraz 2,5 raza więcej witaminy C niż korzeń samej rzodkiewki!
‘‘Kiełki rzodkiewki oczyszczają drogi oddechowe i zatoki. Duża zawartość witaminy C podnosi odporność organizmu. Są dobrym źródłem potasu, magnezu i jodu przyspieszającego przemianę materii. Zawierają dużo siarki, dlatego wpływają korzystnie na stan skóry, włosów i paznokci. Posiadają właściwości dezynfekujące, moczopędne i przeciwzapalne. Szczególnie wskazane przy anemii, schorzeniach wątroby i dróg żółciowych.
Kiełki w smaku przypominają korzeń rzodkiewki, można dodawać je do sałatek, kanapek, twarożku czy jajek. Są łatwe do wyhodowania, a ponadto chronią inne kiełki przed pleśnią. Warto więc dorzucić kilka nasion rzodkiewki do innych nasion w naszej hodowli.’’

- witaminy :
A, B1, B2, B3, C, E,
- składniki mineralne :
wapń, żelazo, magnez, cynk, siarka, potas, fosfor, miedź, mangan

(za stroną : Kiełki)

Cebula

Nasiona cebuli nie zawsze łatwo kiełkują. Przed namoczeniem, możemy umieścić je w lodówce, gdyż taki ‘szok termiczny’ pobudzi je do szybszego kiełkowania (wg Jean-Marie Delacroix, ‘Les graines germees’). Następnie zalewamy nasiona wodą i moczymy je przez 12 godzin; są one dosyć ‘twarde’ i dlatego potrzebują dłuższego czasu moczenia. Następnie postępujemy jak z pozostałymi nasionami.
Poniżej tygodniowe kiełki cebuli :


Kiełki cebuli są wyjątkowo bogate w witaminę C, w siarkę, cynk, fluor, mangan; pomagają też w profilaktyce nowotworowej dzięki dużej ilości przeciwutleniaczy. Wspomagają walkę z nadwagą, są nieocenione przy osłabieniu, pomagają w walce z nadciśnieniem, cukrzycą i przy chorobach układu krążenia.
Kiełki cebuli mają charakterystyczny, lekko ostry smak; świetnie pasują do kanapek, sałatek, do wszelakich dań warzywnych, tup, tart czy zapiekanek. Na surowo – są bardziej pikantne, lekko podgotowane (np. na parze) stają się delikatniejsze i lekko słodkie.

Lucerna (alfalfa)

Jak już pisałam w pierwszym ‘kiełkowym’ poście, w mojej kuchni najczęściej gości lucerna.

Kiełki te bogate są w wiele witamin i składników mineralnych, zawierają substancję pomagajacą zapobiegać szczególnym odmianom nowotworów, wspomagają system odpornościowy, dzięki zawartości lecytyny poprawiają pamięć. Pomagają obniżyć poziom ‘złego’ cholesterolu i poprawiają apetyt. Lucerna pomaga też ‘oczyścić’ nasz organizm, tym bardziej więc zalecana jest teraz, wiosenną porą. Jak już pisałam ostatnio, to fantastyczne źródło żelaza (szczególnie zalecane osobom, które nie tolerują preparatów żelaza) i łatwo przyswajalnego białka. Są to jedne z ‘najbogatszych’ nasion, jednocześnie najłatwiejsze w hodowli, dlatego warto jest się nimi zainteresować, szczególnie na początku naszej kiełkowej przygody ;)

- witaminy :
A, B1, B2, B3, B5, B6, B9, C, E
- składniki mineralne :
wapń, żelazo, magnez, fosfor, potas, krzem, cynk, sód, miedź, mangan, siarka, selen
- inne :
fitoestrogeny, lecytyna, chlorofil, beta-karoten, saponiny, błonnik, białko (35%)

(za stroną : Kiełki)

····················································

A na koniec pragnę jeszcze dopisać tu odpowiedzi na kilka pytań zadanych pod pierwszym kiełkowym wpisem, gdyż nie wszyscy może zawsze czytają komentarze :

- a propos ‘odsączania’ nadmiaru wody po płukaniu kiełków : po wypłukaniu nasionek / kiełków nakładamy gazę + gumkę, odwracamy słoik i czekamy aż nadmiar wody wypłynie; następnie stawiamy słoik pod kątem, co umożliwi odpływ ostatnich kropli wody

- czy 1 słoik = tylko 1 rodzaj kiełków?
I tak i nie; ja osobiście preferuję mieć tylko jeden rodzaj kiełków w każdym słoiku, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, by robić kiełkowe mieszanki; można nawet kupić już gotowe mieszanki nasionek do kiełkowania i te najbardziej tutaj popularne to :
fasola mungo – soczewica – biała fasola
fasola mungo i rzodkiewka
fasola mungo – biała fasola – pszenica
lucerna – fasola mungo – czarna rzodkiew – gorczyca
soczewica – mungo – pszenica – brokuły – siemie lniane
quinoa – biała rzodkiew – soczewica

- ile nasionek potrzeba na taki przykładowy słoik?
Na taki słoik jak moje biorę 1 – 1,5 łyżki nasion lucerny; jeśli natomiast są to kiełki, które mniej wyrastają czy takie, które chcemy spożyć przed wyrośnięciem dużych wypustek, wtedy możemy nasion wsypać więcej;

- czy nie trzeba kiełków przed spożyciem sparzyć? wystarczy opłukać?
Większości kiełków nie trzeba sparzać, wyjątek stanowi soja, wszelakie ‘fasolowe’ (np. Mungo, Azuki) i zielona soczewica i ciecierzyca; ryż np. również należy chwilkę ‘podgotować’; większość innych nasion (przynajmniej z tych mi znanych) je się bez sparzania;

- i jeszcze a propos pleśni : pojawia się ona zazwyczaj z powodu zbyt dużej wilgoci, lub zbyt wysokiej temperatury (albo i jedno i drugie ;) ); ponadto niektóre nasionka są faktycznie nieco ‘trudniejsze’ w hodowli, dlatego właśnie tak często poleca się lucernę na początek naszej ‘kiełkowej’ zabawy ;)

I na koniec już, powtarzam info podane przez Leloop (które może nie wszyscy zauważyli w poprzednim wpisie), by uważać na nasiona do siewu w ogrodzie, gdyż są one często zaprawiane chemią w celu uniknięcia chorób w pierwszym stadium wzrostu (jest ostrzeżenie na torebce); lepiej więc kupować specjalne nasiona do hodowli kiełków.

Pozdrawiam serdecznie!

Pokarm życia, cz.1

środa, 11 Marzec 2009
Gdy 16 lat temu po raz pierwszy spróbowałam kiełków, nie sądziłam, że staną się tak nieodłączną częścią mojej kuchni. Na początek zafascynował mnie sam fakt hodowli tych ‘roślinek’ (jak niegdyś w szkole, przy uprawie ziarenka fasoli ;) ) - namaczamy nasionka i po kilku dniach mamy piękne, świeże, pełne życia kiełki, które tak niesamowicie mogą zmienić wygląd i smak naszego pożywienia. Jednak bardziej od samej hodowli zafascynowały mnie rzecz jasna dane ‘techniczne’ :

- 100 g ugotowanej soczewicy to
1,5 mg witaminy C, zaś 100 g skiełkowanej soczewicy to aż 18 mg wit. C !

- średnio, w skiełkowanych nasionach mamy :
600% więcej witaminy C
300% więcej witamin A i B2
200% więcej witaminy B6
50 % więcej witaminy B5
25 % więcej witaminy PP
20% więcej witaminy B1

- w skiełkowanej pszenicy np. mamy dodatkowo :
150% więcej magnezu
140% więcej fosforu
60% więcej wapnia

- zaledwie 40 g kiełków rzeżuchy pokrywa nasze dzienne zapotrzebowanie na żelazo (20 mg na dzień)

- ze 100 g nasion cebuli otrzymamy 300-400 g kiełków co jest odpowiednikiem ‘właściwości’ 230 kg cebuli! (wg książki Ludmily de Bardo)

Kiełki pomagają też w utrzymaniu równowagi kwasowo-zasadowej, której zachwianie może prowadzić do wielu chorób.

Część poniższych informacji pochodzi m.in. ze strony 'Kiełki' :

Kiełki znane i stosowane jako żywność i lek były już w Starożytnych Chinach. Nazywa się je pokarmem życia, gdyż zawierają niezwykle cenne dla naszego organizmu substancje odżywcze.
W kiełkujących nasionach uaktywniane są enzymy, dzięki którym w młodych kiełkach powstają duże ilości witamin. Wielkocząsteczkowe substancje zapasowe (białka, węglowodany i tłuszcze) skumulowane w nasionach są podczas procesu kiełkowania rozkładane na związki proste, łatwo przyswajalne przez organizm człowieka. Enzymy biorące udział w rozkładaniu tych substancji ułatwiają również trawienie pokarmów jedzonych z dodatkiem kiełków.
Kiełki nasion są doskonałym źródłem mikroelementów, soli mineralnych oraz innych składników odżywczych. Kiełki są również mniej kaloryczne od samych nasion i produktów z nich wytwarzanych.
Świeże kiełki obfitują w wartościowe białka i kwasy tłuszczowe omega-3, są także bogate w błonnik. Regularne ich spożywanie przeciwdziała wielu poważnym schorzeniom, wzmacnia system odpornościowy, uzupełnia niedobory witamin i składników mineralnych, a także działa antynowotworowo.

Niektóre kiełki są naprawdę cenne. Odkryto np., że kiełki brokuła zawierają likwidujące wolne rodniki sulforafany stosowane w profilaktyce nowotworów. Zawartość tej cennej substancji w kiełkujących nasionach jest nawet 20-30 razy większa niż w dojrzałej roślinie.
Kiełki lucerny (z arabskiego Alf-al-fa - ‘ojciec wszelkiego pożywienia’) to fantastyczne źródło żelaza i łatwo przyswajalnego białka. Ciekawostką jest, że starożytni arabscy wojownicy nie tylko karmili swoje konie lucerną, lecz jedli ją sami, co pozwalało im sprostać trudom morderczych wypraw.
Kiełki soczewicy zaś zawierają kwas foliowy o działaniu krwiotwórczym. Podobnie jak kiełki lucerny mogą jeść je osoby, które nie tolerują preparatów żelaza. To także dobry naturalny dodatek diety dla kobiet w ciąży - kwas foliowy niezbędny jest w procesach kształtowania systemu nerwowego przyszłego dziecka.

Najlepiej jest kupić wysokiej jakości nasiona specjalnie przeznaczone na kiełki. Tylko wtedy możemy mieć pewność, że wiekszość nasion wykiełkuje. Dobrze jest, jeśli pochodzą one z hodowli organicznej, co daje nam gwarancję, że ziarna są wolne od pestycydów i chemicznych środków konserwujących. Dokładnie je przeglądamy i usuwamy uszkodzone.
(EDIT : informacja przekazana w komentarzach przez Leloop by uważać na nasiona do siewu w ogrodzie (kupowane w tradycyjnych, ogrodniczych sklepach), gdyż często są one zaprawiane chemią w celu uniknięcia chorób w pierwszym stadium wzrostu (jest ostrzeżenie na torebce).

Hodować kiełki można w zwykłym słoiku, w specjalnym lnianym woreczku, na sitku, na talerzu (jak np. rzeżucha, rzodkiewka i siemię lniane). Generalna zasada jest taka, że starannie opłukane nasiona namaczamy w letniej, przegotowanej (lub przefiltrowanej) wodzie. Do płukania kiełków także używamy zawsze letniej, przegotowanej / przefiltrowanej wody. Czas namaczania mniejszych nasion jest krótszy (np. lucerna 4-6 godzin), większych - odpowiednio dłuższy (np. soczewica 12 godzin). Następnie wodę z namaczania odlewamy i nasiona dokładnie płuczemy (woda z płukania i namaczania nasion ma w sobie mnóstwo cennych mikroelementów, warto ją zużyć np. do podlewania roślin). Namoczone nasiona umieszczamy np. w słoiku, przykrywamy go gazą, którą przymocowujemy gumką, odwracamy słoik do góry nogami pod kątem ok. 45°, aby nadmiar wody mógł odciec i odstawiamy na cztery do sześciu dni w temperaturze pokojowej.


Przez ten czas płuczemy nasiona 2-3 razy dzienne, po każdym płukaniu dokładnie odsączając nadmiar wody. Nasiona muszą być wilgotne, ale nie zamoczone, by nie zgniły. Jeżeli zaobserwujemy na nasionach oznaki pleśni, całą uprawę trzeba niestety wyrzucić. Jednak delikatny puszek pojawiający się na korzeniach to nie pleśń, ale rozwijające się włośniki (łatwo przekonamy się o tym, czy mamy do czynienia z włośnikami czy z pleśnią, te pierwsze bowiem ‘znikają’ podczas płukania kiełków).
Kiełki rozwijają się najlepiej w temperaturze 20 - 22 stopni. Niższa temperatura hamuje ich rozwój, wyższa przyspiesza, niestety zwiększając jednocześnie niebezpieczeństwo pojawienia się pleśni.
Ważne jest, by kiełki rosły w półcieniu, nigdy w pełnym słońcu; nasiona muszą też mieć stały dopływ tlenu, dlatego po pierwsze dobrze jest używać np. gazy, dzięki której nasiona będą ‘oddychać’. Z tego samego powodu należy 'rozdzielać' nasiona podczas płukania co zapewni im równy dostęp powietrza.
Przed spożyciem należy usunąć nasiona, które nie wykiełkowały. W tym celu wsypujemy kiełki do miski, zalewamy je wodą i delikatnie ‘płuczemy’. Puste łupinki nasion wypłyną na powierzchnię, na dnie natomiast pozostaną niewykiełkowane nasiona.


Gotowe do spożycia kiełki należy przechowywać w lodówce, wcześniej jednak należy je dobrze odsączyć i lekko osuszyć, by w pojemniku, w którym będą przechowywane nie było zbyt dużo wilgoci. Według niektórych źródeł gotowe kiełki można przechowywać w lodówce do kilku dni, nie zapominajmy jednak że z każdym dodatkowym dniem tracą one część swoich cennych substancji. A chodzi nam przecież o to, by jak najwięcej ich dla nas pozostało. Dlatego lepiej jest przygotowywać mniejsze ilości kiełków, lecz regularnie, tak by zawsze móc mieć świeżą ich ‘dostawę’ ;)
Po każdym kiełkowaniu należy starannie wymyć słoik / pojemnik aby usunąć wszystkie powstające podczas procesu bakterie.

Ja od początku do hodowli moich kiełków używałam słoika i gazy. Kilka lat później zakupiłam kiełkownicę i niestety trochę się rozczarowałam; małe nasionka (takie jak lucerna np.) regularnie zatykały odpływ wody, w zwiazku z czym nasionka ‘topiły się’ w wodzie, zamiast tylko być nią przepłukane. Poza tym, w kiełkownicy ‘nie oddychają’ one tak samo jak w słoiku i są o wiele mniej przepłukiwane. Niewiele osób wie / pamięta o tym, by każde piętro kiełkownicy płukać osobno, w przeciwnym bowiem razie te niższe piętra otrzymują wodę nie tylko z mniejszą ilością substanci odżywczych, lecz również z ewentualnymi ‘zanieczyszczeniami’ produkowanymi przez wyższe piętra. Natomiast faktem jest, że przy potrzebnej dużej ilości kiełków, to właśnie kiełkownica jest najlepszym rozwiązaniem.
Niedawno dokupiłam kilka specjalnych słoików do kiełkowania, nie zawsze bowiem łatwo jest znaleźć odpowiednią dla słoików ‘podpórkę’ pod odpowiednim kątem. I jak na razie jestem z nich zadowolona.


Kiełkować można całe mnóstwo nasion, np. : rzodkiewki, lucerny, pszenicy, fasolki Mung, brokuła, marchewki, kukurydzy, czerwonej kapusty, buraków ćwikłowych, selera, cebuli, pora, szpinaku, rukoli, fenkuła, gorczycy, kozieradki, sezamu, słonecznika, bazylii, pietruszki. Kiełkować można też soczewicę, brązowy ryż, quinoa, groch, ciecierzycę, soję, żyto, przenicę, proso… Nie można jeść natomiast kiełków roślin psiankowatych, np. pomidorów czy papryki, gdyż ich liście są trujące.
''Nasiona kiełkują w różnych warunkach. Potrzebują odmiennej ilości ciepła, wilgoci i światła. Rośliny strączkowe powinny kiełkować w ciemności, gdyż na świetle gorzknieją. Najwięcej cennych substancji mają np. trzydniowe siewki brokułów i malutkie, zaledwie trzymilimetrowe pszeniczne.''
Inne, jak lucerna np., spożywa się w okolicy 5-6 dnia.

Na poniższym zdjęciu widnieje lucerna :

- nasiona :


- kiełki 3-dniowe :


- gotowe do spożycia kiełki 6-cio dniowe :


Przyznaję, że najczęściej kiełkuję nasiona lucerny właśnie. Są najmniej ‘kłopotliwe’ w uprawie, a przy tym są prawdziwą bombą witaminowo-mikroelementową. Jednak od czasu do czasu staram się też dodać jakieś inne nasiona; aktualnie w słoikach kiełkuje u mnie cebula, soczewica, kozieradka, buraczki, i rzodkiewka. Najczęściej dodaję ich do sałatek, do różnych dań warzywnych czy do past kanapkowych. A gdy mam nadmiar kiełków (szczególnie lucerny) to miksuję je w blenderze z sokiem warzywnym otrzymując w ten sposób niessssamowitą bombę energetyczną :) Soczek ma może nieco ‘dziwny’ wizualnie aspekt ;) dla mnie jednak w tym momencie najważniejsze są jego walory odżywcze. I pijąc go naprawdę ma się wrażenie, że nasze akumulatory znów pełne są życiodajnej energii :)


A oto kilka stron po polsku (z których częściowo również korzystałam przy pisaniu tego tekstu), na których możecie poczytać o kiełkach; znajdziecie tam opisy różnych nasion, ich właściwości i szczegóły dotyczące ich hodowli oraz tabelki z czasem namaczania i wzrostu poszczególnych nasion :

- strona Kiełki (z której zapożyczyłam większość z cytowanych tu informacji)
- Puszka
- kilka ciekawych informacji również tutaj
- tutaj
- oraz tutaj

(dwa pierwsze adresy podane przez Hofi na forum CinCin)

Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was tym przydługim tekstem i że informacje, które tu zamieściłam Wam się przydadzą. O kiełkach można by pisać dużo, dlatego tak trudno mi było ‘skończyć’ ten tekst, gdyż wciąż miałam ochotę dopisać coś jeszcze (‘siedzę’ nad tym tekstem i zdjęciami od 3 dni ;) ). Niestety nie znam żadnych tytułów dobrych książek na temat kiełków po polsku, jedynie po francusku, ale na stronach których adresy podałam wyżej, znajdziecie wiele dodatkowych ciekawych informacji.
Oczywiście chętnie odpowiem na dodatkowe pytania w miarę mojej skromnej wiedzy; co jakiś czas też chętnie wstawię fotki nowych hodowli :) A jeśli będą zainteresowani, to z przyjemnością podzielę się też z Wami kilkoma przepisami.

Pozdrawiam bardzo serdecznie i powoli coraz bardziej wiosennie ;)