Archiwum kategorii ‘owoce’

Czekoladowy Weekend

sobota, 20 Luty 2010

carechoc2
*
To już po raz trzeci mam zaszczyt zaprosić Was do wspólnej, czekoladowej zabawy. Mam nadzieję, że i tym razem nasze grono będzie liczne :) Kto bowiem nie lubi czekolady? ;) Zgodzicie się chyba, że czekolada jest niezwykła… Delikatnie rozpływając się na języku praktycznie natychmiast poprawia nam nastrój, rozbudza zmysły. Kawałek dobrej czekolady już sam w sobie jest dla mnie idealnym comfort food. To moja mała wielka słabość ;) Choć może to już nałóg? Nawet jeśli tak – to jaki przyjemny! :)

*carrechoc

Oto nowa szwajcarska ekologiczna czekolada; czyż nie jest urocza? ;) )

*

O czekoladzie pisałam Wam już sporo w poprzednich latach, dlatego też dziś – by Was nie zanudzać ;) - ‘teorii’ nie będzie (chętni mogą oczywiście zerknąć do poprzednich wpisów – tutaj i tutaj ).

W ciągu kilku ostatnich tygodni ‘przerobiłam’ kilkanaście tabliczek czekolady i przetestowałam sporo przepisów. Niektóre potrzebowały kosmetycznych poprawek, inne nie, jeszcze inne stały się inspiracją do powstania czegoś zupełnie nowego. Wszystkich nie zamieszczę w ten weekend, wszak co za dużo… ;) Jednak wszystkie z nich kiedyś z pewnością pojawią się jeszcze na blogu, obiecuję :)

Na nasz tegoroczny Czekoladowy Weekend wybrałam ostatecznie trzy przepisy. Są łatwe i w miarę szybkie do przygotowania, aromatyczne i (jak dla mnie…) wyjątkowo smakowite :)

*marakuja

*
Na początek – smakowite małe co nieco, a mianowicie trufle według przepisu Mistrza Hermé. Czekolada została tutaj ‘ożeniona’ z owocem marakui, a to – wierzcie mi na słowo - bardzo dobrana para ! (urzekł mnie już jakiś czas temu przepis na czekoladowy fondant z sosem z dodatkiem owoców marakui właśnie)
Choć masa jest nieco kłopotliwa podczas formowania, to gwarantuję Wam, że smak gotowych trufelków wynagradza cały ten trud :)

*truffespassion1

Trufle o smaku marakui

Na ok. 35 sztuk

50 g masła
350 g dobrej jakości czekolady (u mnie : 70% kakao)
10 owoców marakui
2 łyżki miodu akacjowego lub innego kwiatowego
kakao do obtaczania

Masło pokroić w małą kostkę i pozostawić w temperaturze pokojowej. Czekoladę posiekać. Owoce marakui przekroić na pół, ich miąższ przełożyć na sitko i dobrze odsączyć (mieszając i odciskając pestki łyżeczką). Otrzymany w ten sposób sok zagotować z dodatkiem miodu. Następnie partiami dodawać czekoladę delikatnie mieszając. Gdy czekolada jest już stopiona partiami dodajemy masło, delikatnie mieszając. Następnie przekładamy masę do salaterki, studzimy, przykrywamy folią i odstawiamy do lodówki na minimum 2 godziny by masa odpowiednio stężała.
Ze schłodzonej masy łyżeczką formujemy kulki które obtaczamy w kakao; uwaga : masa jest dosyć klejąca, nie należy zbyt długo ‘ugniatać’ jej w palcach gdyż szybko się nagrzewa i klei do rąk.
(w oryginalnym przepisie masę wylewamy do wyłożonej papierem kwadratowej / prostokątnej formy a następnie ktoimy zimną masę na kawałki i obtaczamy w kakao)
Uformowane trufelki przechowujemy w lodówce w szczelnym pojemniku.

(przepis oryginalny : Larousse - ‘Comme un Chef’ )
*

*      *      *      *      *

*
poiresporto
*
A teraz coś, co nazwałam ‘czekoladową pokusą’, to bowiem temu wypiekowi było mi najtrudniej się oprzeć ;) Porto dodane do ciasta, oraz powstały z gotowania gruszek w porto syrop nadają mu naprawdę niesamowitego posmaku. Podczas pieczenia czekoladowa masa robi się lekko chrupka na powierzni, w środku zaś pozostaje przyjemnie miękka. To z całą pewnością nasz tegoroczny czekoladowy hit :)
*

poiresportochoc3

Czekoladowa pokusa z gruszką

3-4 indywidualne porcje

2 gruszki
300 ml porto (lub porto zmieszanego z czerwonym winem)
1 laska cynamonu
60 g cukru (u mnie : ciemny trzcinowy)

130 g czekolady (u mnie : 70% kakao)
100 g masła
100 g cukru
80 g bardzo drobno zmielonych migdałów
2 jajka
2 łyżki porto

Gruszki obrać, przekroić na pół i delikatnie pozbawić gniazd nasiennych. Ułożyć je w garnku (przekrojoną częścią na dół), dodać porto, cukier, cynamon i zagotować. Gotować owoce ok. 20-25 minut uważając by nie doprowadzić do rozgotowania. Następnie gruszki przełożyć na półmisek i zostawić do wystudzenia, a porto dalej gotować aż do powstania gęstego syropu.
Przestudzone gruszki pokroić w plasterki.
Piekarnik nagrzać do 180°.
Czekoladę, masło i cukier stopić w kąpieli wodnej, lekko przestudzić, następnie dodać pojedynczo jajka, migdały oraz porto, starannie mieszając.
Wysmarować masłem indywidualne naczynia do zapiekania, wlać do nich masę czekoladową i ułożyć gruszki lekko je dociskając.
Piec 20-25 (w zależności od konsystencji jaką chcemy uzyskać).
Podawać jeszcze ciepłe, polane podgrzanym wcześniej syropem z porto.

(inspiracja na gruszki w porto : Larousse – ‘Irrésistible chocolat’; masa czekoladowa – pomysł własny ;))
*

*      *      *      *      *

*

I na koniec coś na rozgrzewkę :) Wybitnie dla dorosłych. Ciepła czekolada na szary, zimowy wieczór. Czekolada, pomarańcza, cynamon, a do tego - rum i Grand Marnier. Uwaga : to uzależnia :)

*
chocochaud3

Czekolada dla dorosłych

2 duże lub 4 mniejsze porcje

130 g czekolady (u mnie : 70% kakao)
150 ml słodkiej śmietany
350 ml mleka
1 łyżka miodu z kwiatów pomarańczy lub akacjowego
(u mnie tym razem syrop z agawy)
otarta skórka z 1 małej pomarańczy (niepryskanej)
płaska łyżeczka zmielonego cynamonu
50 ml brązowego rumu*
30 ml Grand Marnier*

*lub wedle uznania ;)

Czekoladę, mleko, śmietankę, skórkę pomarańczową i cynamon umieszczamy w rondelku i podgrzewamy delikatnie mieszając, aż czekolada dobrze się stopi. Gdy mieszanka jest już jednolita i dobrze ciepła dodajemy do niej alkohol, wlewamy do blendera i miksujemy. Podajemy natychmiast.

*

(inspiracja : Larousse – ‘Irrésistible chocolat’)
*

*      *      *      *      *

*
To tyle czekoladowego szaleństwa na dziś moi drodzy. Powoli zaczynam wędrówkę po Waszych blogach, by popatrzeć na Wasze wspaniałe smakołyki :)

Pozdrawiam bardzo serdecznie! I życzę miłej, czekoladowej niedzieli :)

*

Biszkopt i rolada. Na osłodę.

poniedziałek, 9 Listopad 2009

Jak już tu kiedyś wspominałam, czasami mam wrażenie, że ktoś ‘kradnie’ nam czas. Co weekend nie mogę się bowiem nadziwić, że tak oto minął kolejny już tydzień, a na dodatek - że już mamy listopad. Zatrzymałam się w tym roku gdzieś na etapie lata i trudno mi uwierzyć, że kolejny rok powoli zbliża się ku końcowi.

Często mówi się, że nieszczęścia chodzą parami. Moje jednak są chyba bardzo towarzyskie, od pewnego bowiem czasu pojawiają się nie ‘parami’, a całymi stadami ;) Staram się nie przejmować i za dużo o tym wszystkim nie myśleć, ale nie zawsze mi to wychodzi… A szaro-bure listopadowe dni z całą pewnością w tym nie pomagają.

W takie właśnie dni zwiększa się moje zapotrzebowanie na słodkie małe co nieco. A jeśli na dodatek ma być to coś szybkiego, to często jest to moja ulubiona ‘brazylijska’ rolada, o której wspominałam Wam zeszłego lata.

Biszkopt z tego przepisu jest dla mnie idealny na roladę właśnie : szybki, łatwy, przyjemny w obróbce. I dzięki dodatkowi maizeny - niesamowicie delikatny. Pasuje do każdego typu nadzienia (nawet posmarowany tylko konfiturą świetnie smakuje). Najczęściej robię tę roladę w wersji ‘oryginalnej’, czyli z bananami (lub z bananami i jabłkami), ale w ostatni weekend pozwoliłam sobie na nieco większe szaleństwo (czytaj : na prawdziwą bombę kaloryczną ;) ) i ciasto dodatkowo posmarowane zostało dulce de leche, czyli kremem krówkowym. Okazało się, że banany i karmelowe smaki świetnie do siebie pasują, choć jak dla mnie jest może odrobinę za słodko. Ale dulce de leche nie może przecież nie być słodkie ;)

Jeśli natomiast chcemy, by było mniej słodko, można przed nałożeniem bananów roladę posmarować kremem z gorzkiej czekolady, czy nawet nutellą (lub tylko bananami rzecz jasna, co czynię najczęściej ;) ). Tym razem dodałam też nieco cynamonu oraz posiekanych orzechów, dzięki czemu rolada stała się prawdziwie jesienna. Ale tak pozytywnie jesienna ;) Idealna na rozpędzenie różnych mniejszych i większych smuteczków. Przynajmniej na jakiś czas ;)

*

roladakarmelbanany

Rolada bananowa z kremem krówkowym

Nadzienie :
4 banany
2 łyżki cukru (jasny trzcinowy)
½ łyżeczki cynamonu

Banany pokroić na kawałki, umieścić wraz z cukrem i cynamonem w rondelku i gotować na wolnym ogniu (kilkanaście minut) aż się dobrze rozgotują; można je lekko rozetrzeć widelcem.

Ciasto :
4 jajka
4 łyżki cukru
4 łyżki maizeny
szczypta soli
¾ łyżeczki cynamonu
250 g kremu krówkowego
pół szklanki posiekanych orzechów

+ cukier do posypania ściereczki

Białka ubić na pianę ze szczyptą soli; żółtka ubić z cukrem. Następnie dodać do nich maizenę, cynamon oraz pianę z białek i delikatnie wymieszać. Wlać ciasto na prostokatną blachę wyłożoną papierem, wstawić do nagrzanego do 180° piekarnika i piec ok 10-12 min. Po upieczeniu przełożyć na lekko wilgotną ściereczkę posypaną cukrem, delikatnie odkleić papier, po czym zwinąć biszkopt w ściereczkę (węższym bokiem) i odstawić na około 15 minut.

Rozwinąć ciasto, posmarować je kremem krówkowym a następnie rozgotowanymi bananami, posypać posiekanymi orzechami, po czym ponownie (dobrze) zrolować i szczelnie zawinąć w przeźroczystą folię; wstawić do lodówki, by masa się schłodziła i lekko stężała.

Smacznego!

*  *  *

A wszystkim lubiącym krem krówkowy polecam również prezentowane w kwietniu argentyńskie ciasteczka z jego dodatkiem – alfajores.

*
Pozdrawiam serdecznie!

*

Jabłka i marcepan.

sobota, 26 Wrzesień 2009

apple-day-poster-2009petitOstatnio jest u mnie marcepanowo. Właściwie nie wiem dlaczego. Czasami mam takie ‘fazy’ na różne produkty. I teraz jest to marcepan ;)

Niedawno ożeniłam go ze śliwkami. Dziś – na organizowany przez Tatter Dzień Jabłka – z jabłkami właśnie. Do tego cynamon, kardamon i otarta skórka z cytryny. I jeszcze lekko jesienna nuta – kilka orzechów włoskich.

Jabłka otulone tą miękką, maślano-marcepanową pierzynką smakowały wybornie. Choć mnie smakują one praktycznie w każdej postaci – i na surowo, i ‘przetworzone’. Szczególnie teraz, gdy sezon na nowe jabłka w pełni, nie może ich w domu zabraknąć. Mam kilku ulubionych sprzedawców na targu, których jabłka są naprawdę pyszne. Kupuję je również na ‘mojej’ warzywno-owocowej farmie, choć wybór gatunków jest tam nieco mniejszy. Najlepsze jednak były te, które dawno dawno temu zrywałam z jabłonek babci…

*

pommesmassepain*

Jabłka zapiekane z marcepanem

na 4 foremki o średnicy 12cm

200 g marcepanu
2 jajka
100 g miękkiego masła
otarta skórka z jednej cytryny
½ łyżeczki cynamonu
¾ łyżeczki kardamonu
ok. 60 g orzechów włoskich
2 jabłka

Orzechy uprażyć na suchej patelni, ostudzić, posiekać (niezbyt drobno).
Jabłka umyć, oczyścić z gniazd nasiennych i pokroić w średniej grubości plasterki.
Marcepan dobrze schłodzić (można na kilka minut umieścić go w zamrażalce), a następnie zetrzeć na tarce na grubych oczkach. Utrzeć go z masłem, następnie dodawać po jednym jajku i pod koniec ucierania dodać skórkę cytrynową oraz przyprawy. Masę wlać do natłuszczonych foremek, ułożyć plasterki jabłek i posypać posiekanymi orzechami.
Piec ok. 25 minut w nagrzanym do 200°C piekarniku.

(Drugą część zrobiłam ze śliwkami posypanymi płatkami migdałowymi, smakują równie pysznie!)

*

pommes1

*

Pozdrawiam serdecznie!
*

Śliwki. Chutney

czwartek, 24 Wrzesień 2009

Z ostatnich komentarzy wynika, że sezon na śliwki na szczęście jeszcze trwa ;) Dlatego też dziś będzie jeszcze jeden przepis na przetwory śliwkowe, a konkretnie na chutney.

Jako że ani ja, ani moi bliscy nie przepadamy za smakami mocno ‘octowymi’ (z tego też powodu nie robię właściwie żadnych tego typu przetworów, gdyż niestety zupełnie nie cieszą się tutaj powodzeniem…), tak i mój chutney jest dosyć łagodny w smaku. Czerwone wino i ocet balsamiczny to bardzo udany mariaż, a śliwki wyjątkowo dobrze się czują w tym aromatycznym towarzystwie.

Wydaje mi się, że kiedyś już pisałam o tym, że w kuchni towarzyszy mi pewne powiedzenie mojej chrzestnej; często bowiem gdy pytałam : ‘A ile tego dodać ciociu?’ odpowiadała : ‘Beatko, warzyw ile się ma, a przypraw ile się lubi.’ I choć ucząc się gotować czasami wolałam mieć nieco bardziej dokładne wskazówki (i dalej ‘zamęczałam’ pytaniami : ‘Ale ile? Tak mniej więcej…?’ ;) ) to sami powiedzcie, czyż nie jest to bardzo dobra zasada? ;) Tak więc i Wy zmieńcie śmiało ‘moje’ proporcje proponowanych przypraw, każdy z nas bowiem lubi przecież nieco inne smaki. Ja dodaję zawsze mniej przypraw na początku i ewentualnie dodaję ich więcej w trakcie gotowania, wszak z pewnymi przyprawami lepiej nie przedobrzyć ;)

Wczoraj przetestowałam poniższy chutney z kozimi serami i okazało się, że naprawdę świetnie do nich pasuje. Tak jak zeszłoroczny chutney figowy ;) Choć oczywiście równie dobrze będzie się czuć w towarzystwie dań mięsnych rzecz jasna.

*
chutneypruneaux1

Chutney ze śliwek

800 g śliwek
200 g czerwonej cebuli
150 g rodzynek
90-100 ml czerwonego wytrawnego wina
40 ml octu balsamicznego
100 g miodu
50 g cukru muscovado
1/2 - 3/4 łyżeczki imbiru w proszku (lub ok. 1/2 łyżki świeżego, startego)
1 łyżeczka kardamonu
1/8 łyżeczki zmielonych goździków
szczypta pieprzu kajeńskiego

Śliwki umyć, osuszyć, wypestkować i pokroić na 4-6 mniejszych części. Cebulę drobno poszatkować. Wszystkie składniki umieścić w rondlu i smażyć na wolnym ogniu aż masa dobrze zgęstnieje, regularnie mieszając (u mnie trwało to nieco ponad godzinę). Następnie przełożyć do wyparzonych słoików i pasteryzować jak zazwyczaj.

*

chutneypruneaux2
*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Marcepan, migdały i ciasto ze śliwkami.

wtorek, 22 Wrzesień 2009

Na początek pragnę Wam podziękować za tak liczny udział w ostatnim wydaniu Weekendowej Piekarni. Było mi niezmiernie miło, tym bardziej, że sama wiem, jak ciężko jest czasem w natłoku zajęć znaleźć czas lub energię i niestety nie zawsze wszystko udaje nam się zrealizować. Wciąż mam nadzieję, że i mnie uda się kiedyś nadrobić te ‘piekarnicze’ zaległości ;)

Dzięki Wam ten weekend nie był tak smutny jak myślałam. Dlaczego smutny? Gdyż po raz drugi legł w gruzach mój tegoroczny wyjazd do Kopenhagi (rzecz jasna nadal z powodu stopy…), na który tak bardzo czekałam :( Wiem, wiem, co się odwlecze... ;) jednak tak rzadko się z kuzynką widujemy, że czekanie jeszcze rok do przyjemnych perspektyw niestety nie należy :( Dlatego też to nasze wspólne weekendowe pieczenie pomogło mi nie myśleć zbytnio o tym i – choć wirtualnie – odwiedzić Was w waszych kuchniach :) Raz jeszcze więc wszystkim bardzo serdecznie dziekuję! :*

Weekend upłynął mi nie tylko pod znakiem chlebowych, ale i śliwkowych wypieków. W trzeci weekend września bowiem (a konkretnie w niedzielę / poniedziałek) konsumuje się tutaj ciasta i tarty ze śliwkami. Dawniej były to dni postne, dziś jednak wypieki śliwkowe są tylko miłym, tradycyjnym akcentem tego weekendu (i wolnego od pracy – niestety tylko w dwóch kantonach ;) - poniedziałku) i z postem nie mają już nic wspólnego .

Najprostsza wersja tutejszej tarty śliwkowej to kruche lub półkruche ciasto (świetnie smakuje również kruche ciasto w wersji migdałowej), spód tarty wysypujemy mielonymi migdałami, na to kładziemy pokrojone śliwki (stroną przeciętą do góry), posypujemy je kilkoma łyżkami cukru i pieczemy około 30-35 minut w 180°-200°C. Można też przed pieczeniem zalać śliwki masą jajeczną (jak pisałam a propos tarteletek z mirabelkami)

Tym razem jednak zamarzyło mi się coś innego, z duńską nutą - na pocieszenie ;) Jak pewnie wiecie, w Danii bardzo popularne są wypieki z dodatkiem marcepanu. Dlatego też postanowiłam upiec coś ze śliwkami i marcepanem właśnie :) Zmieniłam ‘tradycyjne’ proporcje, jak zwykle ucięłam sporą część cukru, część marcepanu zastąpiłam zmielonymi migdałami, dodałam też łyżeczkę kardamonu, który nadał ciastu wspaniałego aromatu. Na dodatek  - marcepan miałam prosto z Holandii, powstało więc bardzo międzynarodowe holendersko-duńsko-szwajcarskie ciasto ;) Z serii tych nieco ‘ciężkawych’ i mało dietetycznych, to fakt, jednak lubiącym marcepan z pewnością przypadnie do gustu :)*

gateaupruneauxmassepain

Ciasto ze śliwkami, marcepanem i migdałową kruszonką

na foremkę o średnicy 26 cm

ciasto :
250 g marcepanu
120 g cukru (u mnie jasny trzcinowy, zmielony)
3 jajka
110 g mąki
50 g drobno zmielonych migdałów
1 łyżeczka kardamonu
śliwki
+ 3-4 łyżki startego marcepanu (można pominąć)

migdałowa kruszonka :
40 g zimnego masła
40 g mąki
40 g cukru
40 g bardzo drobno zmielonych migdałów
szczypta soli

Śliwki umyć i wypestkować. Składniki kruszonki w miarę szybko dobrze razem wymieszać i pokruszyć (lub posiekać). Marcepan dobrze schłodzić (można na kilka minut umieścić w zamrażalce), a następnie zetrzeć na tarce (u mnie na grubych oczkach). Ucierać go z cukrem dodając po jednym jajku. Gdy masa jest jednolita dodać przesianą mąkę wymieszaną z migdałami i kardamonem i dokładnie wymieszać. Przełożyć masę to natłuszczonej formy, ułożyć śliwki (stroną przeciętą do góry), posypać startym marcepanem i posypać kruszonką.
Piec ok. 40-50 minut w 180°C (lub do suchego patyczka).

* * *

Jako, że przy pieczeniu ciasta zostało mi trochę kruszonki (robiłam ją z większej porcji) oraz śliwek, od razu pomyślłam o szybkme, soczystym crumble. I od razu przypomniał mi się przepis proponowany w sierpniu przez Małgosięśliwkowe crumble z marsala i amaretti. Już niebawem zrobię to ‘oryginalne’ ;) z kruszonką z amaretti, jednak póki co ‘ściągnęłam’ od Małgosi pomysł z dodatkiem wina marsala. I powiem tylko jedno : śliwki, migdały + marsala to jest fantastyczne połączenie! ;)

*

crumblepruneaux01

Crumble ze śliwkami

śliwki
marsala
cukier muscovado
migdałowa kruszonka (jak wyżej)

Śliwki umyć, wypestkować i ułożyć w wysmarowanym naczyniu żaroodpornym (stroną przeciętą do góry). Polać owoce winem marsala (u mnie mniej więcej łyżka na każdą indywidualną porcję), posypać cukrem muscovado i kruszonką. Piec ok. 25 minut w 180°C. Pyszne jeszcze ciepłe, lekko przestudzone.

* * * * *

Z pozostałych śliwek zrobiłam też chutney, nie wiem jednak czy nie jest już za późno na proponowanie Wam śliwkowych przetworów… ;)

*

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim miłego tygodnia!

*

Śliwki w czekoladzie, cz. II

czwartek, 17 Wrzesień 2009

O śliwkach było już kilka dni temu. Pisałam Wam wtedy o przepysznych śliwkach w czekoladzie z przepisu Joanny, które podbiły moje kulinarne serce ;) Jednak – jak może pamiętacie ;) – bardzo lubię modyfikować przepisy, tak więc i tym razem nie mogło być inaczej ;) Pomyślałam sobie bowiem, że dodanie do tej masy suszonych śliwek (namoczonych uprzednio w czymś dobrym ;) ), może być ciekawym połączeniem smakowym. Wszak ta ‘kupna’ śliwka w czekoladzie, to śliwka suszona właśnie. Nie pomyliłam się i – co więcej – połączenie to okazało się tak smakowite, że dziś dodam część suszonych śliwek także do ostatniej partii smażonych właśnie powideł.

Jedyny minus, to że tego typu powidła nie są zbyt fotogeniczne niestety ;) Musicie więc uwierzyć mi na słowo, że smakują o wiele lepiej niż wyglądają ;)

*

pruneauxchocolatrhum2

Śliwki w czekoladzie II

400 g suszonych śliwek (waga po wypestkowaniu)
50 ml rumu + 50 ml gorącej wody
900 g śliwek
250 g cukru (u mnie jasny trzcinowy)
1,5 łyżeczki cynamonu
0,5 łyżeczki imbiru w proszku
szczypta zmielonych goździków
2 łyżki kakao
50 g gorzkiej czekolady (o zawartości 70% kakao)

Suszone śliwki pokroiłam w małą kostkę i namoczyłam w rumie z wodą (przykryte folią i pozostawione na noc). Następnego dnia umyłam, wypestkowałam i pokroiłam śliwki, dodałam namoczone suszone śliwki i gotowałam na wolnym ogniu aż masa była dobrze rozgotowana i gęsta. Wtedy zmiksowałam wszystko ‘żyrafą’, jeszcze chwilę podgotowałam, dodałam cukier i przyprawy i pozostawiłam na wolnym ogniu regularnie mieszając, aż masa dobrze zgęstniała. Dodałam kakao i czekoladę, dokładnie wymieszałam, przełożyłam do wyparzonych słoików i zapasteryzowałam.

Zapasy. Przetwory. Śliwki

piątek, 11 Wrzesień 2009

Od prawie tygodnia robię zapasy. Na jesienną słotę i długie, zimowe wieczory. Gromadzę to, co teraz najcenniejsze i co już niedługo się skończy - ciepłe i nader przyjemne wrześniowe słońce :) Jak jaszczurka wygrzewam się w jego rozleniwiających promieniach dziwiąc się, że słońce może we wrześniu być jeszcze tak mocne i gorące. Z lubością zatapiam się we Wzgórzach Toskanii oraz w Winnicy w Toskanii Ferenc’a Máté i wirtualnie przenoszę się w ten cudowny, malowniczy świat. Wieczorem mam ochotę kulinarnie pozostać w toskańskich klimatach i na stole pojawiają się pieczone warzywa (cukinia, bakłażan, papryka), pokrojone aromatyczne pomidory, a wszystko zostaje suto skropione pyszną oliwą z oliwek z odrobiną balsamico i szczyptą soli. Do tego listki świeżej bazylii, plasterki mozzarelli lub kawałki pecorino i oczywiście toskańskie wino. A słońce zatopione w kieliszku tego rubinowego nektaru maluje wokół  niesamowite barwy .

Obydwie wspomniane książki bardzo mi przypadły do gustu (tak jak czytane już kilka lat temu Pod słońcem Toskanii, do którego regularnie powracam). Choć właściwie zamiast czytać Wzgorza i Winnicę w Toskanii powinnam chyba była zacząć od książki ‘Wino śliwkowe’ Angeli Davis-Gardner, by pozostać w temacie aktualnych przetworów ;) Śliwkowy czas bowiem trwa, co gorsza - za niedługo niestety się skończy.

Co roku robię powidła śliwkowe, smażone przez trzy dni. Nie są to takie bardzo klasyczne powidła, bowiem ostatniego dnia dodaję do nich nieco jasnego cukru trzcinowego. Pierwszego dnia smażę wypestkowane śliwki z dodatkiem odrobiny wody (ok. 40 minut) i odstawiam je; drugiego dnia znów gotuję je ok. 30-40 minut (regularnie mieszając) i ponownie odstawiam; trzeciego dnia mniej więcej w połowie gotowania dodaję trochę cukru i cynamonu, czasem nieco rumu. Gdy konsystencja jest już odpowiednia, przekładam powidła do wyparzonych słoików i pasteryzuję ok. 15-20 minut.

W podobny sposób przygotowuję też śliwki z jabłkami oraz z jabłkami i gruszkami; smażę je wtedy tylko dwa dni – pierwszego dnia same śliwki, drugiego już z dodatkiem jabłek i / lub gruszek. Na koniec dodaję cukier do smaku (są to zawsze minimalne ilości) oraz przyprawy : cynamon, imbir, goździki. Mimo, że sama jem znikome ilości dżemów, konfitur czy powideł, to takie domowe przetwory są również świetnym pomysłem na prezentowe małe co nieco. Najchętniej robię tylko kilka słoiczków z kazdego rodzaju dżemu, chcę bowiem móc każdego obdarować czymś innym. Mając nadzieję, że trafię w jego gust ;)

Prócz tych śliwkowych dżemów i powideł, co roku robię też śliwki w słodkiej marynacie, które cieszą się dość dużym powodzeniem. Idealne jako dodatek do lodów i wszelakich deserów stały się nieodzownym elementem mojej jesienno-zimowej kuchni. Przepis pochodzi z Poradnika Domowego sprzed dobrych kilkunastu już lat.

*
pruneauxsiropepices

Śliwki w słodkiej marynacie

2 kg śliwek
4 szklanki wody
4 szklanki cukru
4 łyżeczki kwasku cytynowego
przyprawy : gozdziki, cynamon, świeży imbir
lub : gorczyca, ziele angielskie, pieprz

Śliwki - dojrzałe lecz jędrne - umyć, nadkroić z jednej strony, wypestkować; do jednej ze śliwek włożyć 2 goździki, mały kawałek cynamonu i imbiru lub 2 ziarenka pieprzu, ziela angielskiego i kilka ziarenek gorczycy. Śliwkę z przyprawami umiejscowić na dnie słoika i ułożyć resztę śliwek nie uciskając ich zbyt mocno w słoiku.
Wodę zagotować z cukrem, następnie dodać kwasek cytrynowy, zalać wrzątkiem owoce, słoiki dobrze zakręcić  i pasteryzować jak zazwyczaj (w zależności od wielkości słoików pasteryzuję je od 15 do 20 minut)
Wystudzone słoiki odstawić w ciemne i chłodne miejsce na minimum 2 miesiące.

* * *

W tym roku postanowiłam też przetestować pewien śliwkowy przepis podany przez Joannę na forum CinCin. Są to powidła śliwkowe, do których pod koniec smażenia dodaje się kakao i gorzką czekoladę. Jeśli lubicie smak śliwek w czekoladzie, to i ten przepis z pewnością przypadnie Wam do gustu. Podaję Wam więc oryginalny przepis Joanny wraz z moimi modyfikacjami.

*
pruneauxchocolat

Śliwki w czekoladzie

(cytuję za Joanną)

2,5 kg wypestkowanych dojrzałych śliwek węgierek
około 700 - 800 g cukru (ilość zależna od stopnia dojrzałości śliwek)
2 opakowania cukru z wanilią lub nacięta laska wanilii (pominęłam)
50 - 100 g kakao Deco Morreno (użyłam Van Houten)
1 tabliczka 100 g gorzkiej lub deserowej czekolady (u mnie gorzka 70%)
(u mnie dodatkowo kilka łyżek rumu)

Śliwki zemleć w maszynce do mięsa, smażyć, dodając cukier, do uzyskania pożądanej konsystencji. Pod koniec smażenia dodać kakao i połamaną czekoladę. Smażyć jeszcze kilka minut. Przekładać do wyparzonych słoiczków, zamknąć wyparzonymi pokrywkami i studzić powoli ustawione "do góry nogami" pod kocykiem.

Ja śliwek nie mieliłam przed smażeniem, za to zmiksowałam je ‘żyrafą’ podczas smażenia gdy były już wystarczająco miękkie; cukier dodałam na samym końcu, następnie rum, a po uzyskaniu odpowiedniej konsystencji – kakao (50g) i czekoladę. Gotowe słoiczki pasteryzowałam ok. 15 min.

Joanno, dziękuję za tak smaczny przepis :)
*

A przepisy te dopisuję do tegorocznej Spiżarni Peli.


Pozdrawiam!

#

Nektarynka. Winnica. Nektarnica :)

poniedziałek, 24 Sierpień 2009

nectavigne350Dialog w sklepie :

- Zobacz jakie dziwne jabłka!
- To nie są jabłka.
- Jesteś pewna?
-
Tak, nawet jest obok napisane : ‘Nectavigne’, a nie ‘Pomme’…
- O, faktycznie, masz rację. A co to właściwie jest???

Jeśli i Wy zadajecie sobie takie oto pytanie, już odpowiadam : nectavigne to skrzyżowanie naktarynki oraz pewnej odmiany brzoskwini, nazywanej po francusku ‘pêche de vigne’ (vigne to winnica). Otóż dawno dawno temu – podobno 250 lat temu – zaczęto sadzić w winnicach pewną odmianę brzoskwini, która to była swego rodzaju strażnikiem zdrowia winnicy, wspomniana odmiana drzewek brzoskwiniowych jest bowiem dosyć delikatna i to na nich właśnie można było dostrzec pierwsze oznaki oidium (choroby wywoływanej przez grzyba mączniaka prawdziwego). Dziś w winnicach w podobnym celu sadzi się krzewy róż, co jest wielce przyjemne dla oka spacerujących, a tym samym bardzo potrzebne właścicielom winnic do ‘kontroli’ zdrowia winorośli.

Sama nazwa ‘nectavigne’ podoba mi się średnio… Zastanawiałam się, jak można by tę ‘krzyżówkę’ pokazać w języku polskim i niewiele pomysłów przychodziło mi na myśl. Dlatego wersja robocza to tytułowa ‘nectarnica’, choć nazwa nie brzmi zbyt przekonująco ;)

Wróćmy jednak do ‘pêche de vigne’. Jest mniejsza od tradycyjnej brzoskwini i różni się od niej charakterystycznym, czerwonym miąższem. To coś jak skrzyżowanie brzokwini z maliną (tutaj kilka zdjęć). Nader smakowite skrzyżowanie ;)

Lecz dziś to podobno nektarynki cieszą się wśród klientów większą popularnością niż brzoskwinie. Poza tym łatwiej – niestety – znoszą transport. Dlatego też postanowiono skrzyżować wspomnianą już ‘pêche de vigne’ z nektarynką i powstały owoc ochrzczono mianem ‘nectavigne’ :)
Jako, że pewna przemiła dusza obdarowała mnie niedawno tą oto owocową niespodzianką, miałam okazję osobiście przekonać się co to za stwór ;)

Nectavigne jest ciekawa w smaku, z pewnością nieco bardziej aromatyczna od ‘zwykłej’ nektarynki, aczkolwiek problem owoców zakupionych w sklepie jest zawsze taki sam : zrywane nieco za wcześnie, by przetrwać transport (nectavigne jest bowiem odmianą rodem z Francji), nigdy nie mają tak dobrego smaku jak te zrywane w optymalnym dla nich momencie. Mimo wszystko jednak nectavigne jest sympatyczną odmianą i ze względu na swój śliczny kolor, i na przyjemny smak.

Część z owoców zjadłam ‘na surowo’ (przyznaję – te najładniejsze i najbardziej ‘kolorowe’ ;) ), część zaś przeznaczyłam do wypieku. Już pod koniec czerwca, w wakacyjnym numerze jednego z moich ulubionych czasopism ‘Saveurs’, mój wzrok przykuła tarta z nektarynkami i migdałowym ‘kremem’. Przepis powędrował więc na odpowiednie miejsce, do odpowiedniego segregatora ;) i właśnie dzięki nectavigne doczekał się realizacji :)

Zmieniłam tylko nieco wykonanie tarty: w oryginalnym przepisie ten migdałowy ‘krem’ wlewa się na kruche ciasto, ja zaś użyłam go samego i – zamiast jednej większej tarty – upiekłam tarteletki. Z gazetowych proporcji kremu wyszło niestety mało (porcji ‘jednojajkowej’ starczyło tylko na 3 tarteletki), dlatego przy drugim podejściu podwoiłam proporcje. Od siebie dodałam też otartą skórkę z cytryny oraz kardamon, które świetnie komponują się z migdałowo-nektarynkowym smakiem.
Wczoraj natomiast wzbogaciłam przepis o 2 łyżki ‘crème fraiche’ i efekt jest równie zadowalający.
*

tartelettesnectavigne1

Tarteletki z nektarynkami (lub brzoskwiniami) z migdałowym ‘kremem’

porcja na 6 tarteletek o średnicy 11,5 cm

100 g miękkiego masła
80 g jasnego cukru trzcinowego
2 jajka
100 g drobno zmielonych migdałów
40 g mąki
1,5 łyżeczki mielonego kardamonu
otarta skórka z cytryny

+ owoce (brzoskwinie, nektarynki)

Wszystkie składniki zmiksować, wlać do natłuszczonych foremek, ulożyć na nich owoce i piec ok. 30 min. w 180°.

*

tartelettesnectavigne2
*
Jak widać na powyższym zdjęciu, część owoców była nieco ‘bledsza’, jednak równie smakowita :) Tak jak robię w wypadku brzoskwiń, do połowy tarteletek dodałam również maliny. Przyznaję, że obie wersje były pyszne :)

A tutaj wczorajsza wersja – nieco więcej mąki + 2 łyżki crème fraiche, z brzoskwiniami i ‘pokruszonymi’ mrożonymi malinami. Świetnie smakuje do popołudniowej (lub porannej ;) ) kawy :)
*

gateauamandespecheframboise
*
*

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim miłego tygodnia !

Szybkie ciasto z morelami

niedziela, 2 Sierpień 2009

Wczoraj, 1-go sierpnia, w dzień święta narodowego w Szwajcarii, tradycyjnie już - jak co roku - tuż po 6 rano obudziła nas przeurocza orkiestra dęta :) Szczęście w nieszczęściu mamy takie, że gdybyśmy mieszkali w centrum miasteczka, to obudzono by nas już o 5 :)) Tak, tak, nawet w taki wolny od pracy dzień w Szwajcarii nie można zbyt długo spać. Ani zbyt wcześnie kłaść się spać, ze względu na pokazy sztucznych ogni, ale to jest o wiele bardziej przyjemne niż pobudka o świcie ;) A tegoroczny pokaz sztucznych ogni w naszym ‘miasteczku’ był szczególnie widowiskowy, choć przeze mnie niestety podziwiany tylko z balkonu ;)

Jak wspominałam Wam już rok temu, na święto 1-go sierpnia piecze się w Szwajcarii takie oto bułeczki mleczne, z nacięciami w kształcie krzyża i ze szwajcarskimi chorągiewkami :)

painsaulait
W tym roku jednak – przyznaję bez bicia… - bułeczek nie było :( Było za to coś innego, szwajcarskiego, choć niezupełnie tradycyjnego, ale… o tym będzie dopiero w jednym z przyszłych wpisów :)

Gdy zakładałam tego bloga, nie sądziłam, że będę tu pisać również o kuchni szwajcarskiej, jednak po pewnym czasie zauważyłam, że są chętni i na takie przepisy :) Co jakiś czas dostaję maile z zapytaniem o taki czy inny szwajcarski smakołyk i w miarę możliwości staram się na nie odpowiadać, nie wszystko bowiem mam czas przygotować, sfotografować i wpisać na bloga. Ale od czasu do czasu staram się oczywiście coś nowego do listy dopisać ;) Chętnych zapraszam więc również do poprzednich wpisów o tym, co na szwajcarskim stole zobaczyć można ;)

*

W ostatnim poście wspominałam Wam, że morele to taki ‘narodowy’ szwajcarski owoc. Dlatego by było dziś ‘na stole’ coś w miarę tradycyjnego, upiekłam ekspresowe ucierane ciasto z morelami właśnie, a dzięki amaretto i płatkom migdałowym ciasto nabrało aromatu i stało się mniej banalne ;)

(równie pyszne było by z kruszonką o której użyłam do morelowo-lawendowego crumble)

Czy są chętni na kawałek? Jeśli tak, to częstujcie się proszę :)

*

gateauabricots

*

Szybkie ciasto z morelami

forma 25 x 25cm

150 g miękkiego masła
150 g cukru
3 jajka
1 łyżka amaretto
150 g mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia

+ morele,  płatki migdałowe

Nagrzać piekarnik do 180°.
Morele umyć, przepołowić i wypestkować.
Masło utrzeć (zmiksować) z cukrem do białości. Dalej miksując dodawać po jednym jajku, następnie dodać amaretto oraz – partiami – mąkę wymieszaną z proszkiem. Ciasto przelać do natłuszczonej lub wyłożonej papierem formy, ułożyć owoce i posypać płatkami migdałowymi. Piec ok. 40 min (lub do suchego patyczka).

*

Smacznego!

*

Morele i lawenda

środa, 29 Lipiec 2009

abricotslavande

*

Ostatnio na nowo zagłębiłam się w lekturze ‘Pod słońcem Toskanii’. Gdy czytam książki po raz ‘któryś’ z kolei, zawsze dostrzegam coś innego, za każdym razem inne opisy i szczegóły mnie urzekają. Tym razem, czytając i zajadając soczyste morele, spodobało mi się np. powiedzenie : ‘morele w kolorze wschodu słońca’ i stwierdziłam, że chyba pasuje ono do tych moich (choć właściwie waham się tu nad kolorem wschodu i zachodu słońca ;) ). I na tym kończy się zapewne podobieństwo moich moreli do tych opisywanych przez Frances, moje bowiem niestety nie rosły wśród falistych, toskańskich wzgórz ;) Rosły jednak wśród równie pięknych pejzaży, w naszym tutejszym morelowym zagłębiu :)

To w 1838 w kantonie Valais / Wallis posadzono pierwsze drzewka morelowe (Rzymianie nazywali morele ‘wczesnym jabłkiem’) i odmianę tę nazwano imieniem jej ‘pioniera’ – Luizet (od nazwiska Francuza Gabriela Luizet). Rocznie w kantonie Valais zbiera się kilka ton moreli (z różnych odmian, owocujących od początku lipca do końca sierpnia). Coroczne zbiory zależą rzecz jasna od warunków pogodowych, Valais jednak ma do zaoferowania wspaniały, suchy i słoneczny mikroklimat oraz dobre naturalne nawodnienie terenu, co świetnie sprzyja morelowym (i nie tylko) sadom.

Morele to prawie narodowy, szwajcarski owoc ;) Każda chyba pani domu robi morelowe przetwory, tarty czy musy. W Valais produkuje się też abricotine - 40 % alkohol morelowy (aktualnie chroniony apelacją AOC).

lavande2

Przyznaję, że morele pokochałam właśnie tutaj, na helweckiej ziemi ;) Wcześniej zawsze twierdziłam, że za morelami nie przepadam, teraz jednak są zdecydowanie jednym z moich ulubionych owoców. Zastanawiałam się, co zrobić z nimi tym razem. Ciasto? Tartę? Szybki deser? Crumble? Tak! Będzie crumble :) Więc teraz szybki przegląd kuchennych zapasów : są mielone migdały i jest jeszcze ‘resztka’ lawendowego miodu, czyli wszystko czego mi potrzeba do morelowego szczęścia ;) By lawendowy aromat był bardziej wyczuwalny, dodam też odrobinę olejku lawendowego, nie chcę bowiem dodawać samych kwiatów, które ‘przeszkadzają’ mi potem w koncumpcji ;) Jeśli jednak i Wy macie ochotę użyć olejku, pamiętajcie, by nie dodawać go więcej niż 2-3 krople, olejki bowiem są niezwykle skoncentrowaną formą samej rośliny - do wyprodukowania 1 litra olejku lawendowego potrzeba aż 130 kg kwiatów lawendy!

Poza specyficznym, wspaniałym zapachem, olejek lawendowy ma niezwykle wszechstronne działanie : jest nie tylko relaksujący, lecz także działa antyseptycznie, antybiotycznie czy przeciwbólowo. Aromaterapeuci mówią, że jeśli mielibyśmy mieć tylko jeden uniwersalny olejek w domu, to z całą pewnością powinien to być właśnie olejek lawendowy. Równie dobrze wspomaga wygląd naszej skóry, jak i nasz organizm i psychikę. Czego można chcieć więcej? Jedząc pyszny deser, ‘robimy dobrze’ nie tylko naszym kubkom smakowym, ale i nam samym ;)

*

crumbleabricotslavande

Morelowo-lawendowy crumble

(z kruszonką mistrza Hermé)

na ok. kilogram moreli :

ok. 40 g masła
ok. 40 g miodu lawendowego
2-3 krople olejku lawendowego

migdałowa kruszonka :
60 g zimnego masła
60 g mąki
60 g cukru
60 g bardzo drobno zmielonych migdałów
szczypta soli

+ masło do wysmarowania formy

Nagrzać piekarnik do 180ºC.
Formę do zapiekania wysmarować masłem.
Składniki kruszonki w miarę szybko dobrze razem wymieszać i pokruszyć (lub posiekać).
Morele umyć, osuszyć, przepołowić i wypestkować, pokroić w ćwiartki.
Masło i miód roztopić, nastęśnie dodać morele i podgotować je kilka minut. Zdjąć garnek z ognia, przełożyć owoce do foremki a do maślano-miodowego sosu dodać olejek lawendowy. Wymieszać i polać nim owoce. Następnie posypać kruszonką i piec ok. 25 minut.
Crumble świetnie smakuje sam, lub w towarzystwie kulki waniliowych lodów. Z lawendowymi również świetnie by się komponował ;)

Smacznego!
*
*

Lubiącym lawendę polecam również prezentowany przeze mnie rok temu syrop lawendowy, świetny jako dodatek do deserów czy napojów oraz zeszłoroczny przepis Małgosi na przepyszne nektarynki w syropie miodowo – lawendowym.

*
*

Pozdrawiam serdecznie!
*
*