‘Food Matters’ czyli jedzenie ma znaczenie

food_matters‘Food Matters’ autorstwa Marka Bittmana nie jest książką typowo kulinarną, choć znajdziemy w niej również przepisy; nie jest to też książka o nowej, wiosennej diecie, choć dzięki zawartym w niej poradom faktycznie możemy zrzucić kilka nadprogramowych kilogramów. ‘Food Matters’ to książka o czymś więcej : o zmianie naszego sposobu żywienia i o wpływie jaki może to mieć nie tylko na nas, ale również (a może przede wszystkim) na nasze środowisko.
Autor (którego być może znacie już z kroniki New York Timesa – ‘The Minimalist’), już od ponad 30 lat piszący o jedzeniu amerykański dziennikarz, przedstawia tu wiele – może nie wszystkim znanych – faktów dotyczących współczesnego jedzenia i jego produkcji.

Kilka lat temu, po przeczytaniu raportu ONZ (a konkretnie FAO – Food and Agriculture Organization) – Livestock’s Long Shadow – Bittman zdał sobie sprawę, iż to co jemy ma o wiele większe znaczenie niż przypuszczamy, nie tylko ze względów typowo zdrowotnych (o czym teoretycznie wszyscy wiemy), ale również ze względów ekologiczno-środowiskowych.
Jak wynika ze wspomnianego raportu, przemysłowa hodowla zwierząt odpowiedzialna jest za prawie 20% antropogennych (czyli tych, za których wytworzenie odpowiedzialny jest człowiek) emisji gazów cieplarnianych, na każdym etapie produkcji mięsa (od uprawy pasz, przez samą hodowlę oraz przetwórstwo i transport) : coraz więcej potrzebnej ziemi pod uprawy pasz, pestycydy, antybiotyki, hormony wzrostu, tony zanieczyszczających odchodów zwierzęcych, a do tego wciąż wzrastająca nadprodukcja, nie tylko mięsa zresztą (to już tendencja światowa niestety, nie tylko amerykańska…).

Do tego fakty, o których od lat mówi i pisze również Michael Pollan (‘Jak jeść? Przewodnik konsumenta’ lub wcześniejsza jego książka ‘W obronie jedzenia. Manifest wszystkożerców’) : dieta ‘zachodnia’ – bogata w wysoko rafinowane produkty (biała mąka, biały cukier) oraz białko zwierzęce nie jest niestety dla nas dobroczynna, gdyby tak bowiem było, Amerykanie byli by najzdrowszą na świecie nacją, a jest wręcz przeciwnie; jak podają statystyki, prawie ¼ Amerykanów cierpi na choroby serca i układu krążenia, a drugie tyle ma problemy z podwyższonym pozomem cukru i cukrzycą. Na przestrzeni ostatnich 20 lat w Ameryce pojawiło się już trzy razy więcej osób otyłych i ich liczba stale się  powiększa. Co ciekawe – porównując nacje mające zupełnie inne nawyki żywieniowe widać, iż ich zachorowalność na niektóre schorzenia (jak np. rak jelita, choroby serca, cukrzyca czy problemy z cholesterolem) jest o wiele niższa.

Wszystko to skłoniło Marka Bittmana nie tylko do refleksji, ale i do podjęcia pewnej decyzji : skoro to co jemy, ma tak wielki wpływ na nasze zdrowie a przy tym na zdrowie naszej planety, to może warto jednak choć częściowo zmienić nasz sposób żywienia? I może jest to łatwiejsze, niż niektórym z nas się wydaje?
Na dodatek w tym samym czasie Bittman borykał się z kilkoma problemami zdrowotnymi : mocno (a nawet bardzo mocno) podwyższony poziom cholesterolu, bardzo wysoki poziom cukru we krwi i zagrożenie cukrzycą (wszechobecną w jego rodzinie), dyskopatia, bezdech oraz dość znaczna waga (jego zwyczajowe 75 kg na przestrzeni lat przerodziło się w 97 kilogramów). Według lekarza, stan był dosyć alarmujący i należało jak najszybciej ‘coś z tym zrobić’. Przede wszystkim schudnąć (minimum 15% masy ciała) i zmienić nawyki żywieniowe (lub brać odpowiednie leki podejmując ryzyko, że i tak z czasem może być gorzej). Dlatego to właśnie wtedy Bittman stwierdził, iż to najlepszy moment by na własnej skórze przekonać się, jaki wpływ na jego zdrowie może mieć ewentualna zmiana sposobu żywienia.

Przede wszystkim wyeliminował ze swojej diety większość tzw ‘śmieciowego’ jedzenia (fast food, wszelakie ‘gotowce’ itd.), tego co wysoko przetworzone i rafinowane (biała mąka, biały cukier) i mocno ograniczył spożycie mięsa i produktów odzwierzęcych; wprowadził również do swojej diety razowe produkty oraz większe ilości białka roślinnego. Rezultaty tych zmian były zadziwiająco szybkie : po miesiącu waga pokazywała już 7 kg mniej, w miesiąc później okazało się, iż cholesterol i cukier są już w normie, nawet bezdech (po raz pierwszy od niepamiętnych czasów) nie przerywał już snu. W 4 miesiące Bittman zrzucił 15 kg i niesamowicie poprawił swój stan zdrowia, bez liczenia kalorii i bez żadnej ‘umartwiającej’ diety. I co najważniejsze, nie wyeliminował on całkowicie mięsa czy białej mąki, nie stał się nagle wegetarianinem czy weganinem, a jedynie mocno ograniczył to, co ma zgubny wpływ na nasze zdrowie, uzupełniając tym, co razowe i nieprzetworzone, chodzi bowiem przede wszystkim o to, by jeść mniej pewnych produktów a więcej innych, a nie by wykluczyć je całkowicie z naszej diety. Jak pisze autor, w porównaniu z jego poprzednimi nawykami żywieniowymi, je on teraz mniej więcej tylko 1/3 mięsa, ryb i produktów odzwierzęcych, 3-4 razy więcej warzyw i owoców, a około 70% spożywanych kalorii nie jest pochodzenia zwierzęcego.

W jego książce, oprócz samych faktów dotyczących produkcji żywności, ‘śmieciowego’, szkodzącego nam jedzenia (wyjątkowo ciekawe rozdziały), badań i statystyk, znajdziecie również część bardziej kulinarną, w której Bittman dokładnie opisuje co i dlaczego warto zmienić w naszym jadłospisie, co powinno znaleźć się na liście zakupów dbających nie tylko o stan zdrowia, ale i otaczającego nas środowiska oraz proponuje czytelnikom 77 prostych przepisów dla tych, którzy – tak jak on – chcą spróbować coś zmienić. I na każdym kroku przekonuje nas, iż jest to naprawdę łatwiejsze niż nam się wydaje. Podaje mnóstwo przykładowych jadłospisów i tłumaczy, jak on sam wdraża opisane wcześniej zasady w życie; jest krytykiem kulinarnym i prawdziwym smakoszem, kocha jeść, jest więc chyba najlepszym przykładem na to, że – wbrew temu co myślą niektórzy – to co zdrowe, wcale nie musi być nudne czy niesmaczne.

Kilka przytoczonych w ‘Food Matters’ zasad pokrywa się z tym, o czym pisze również Michael Pollan (o czym wspominałam na początku marca), czyli między innymi :

- jedzmy więcej produktów pochodzenia roślinnego, a mniej zwierzęcego

- jedzmy mniej wysoko rafinowanych produktów (biała mąka, biały cukier), a więcej razowych

- unikajmy fast foodów, ‘gotowców’ oraz tego wszystkiego, co wysoko przetworzone

- zastąpmy tłuszcze zwierzęce roślinnymi

- jedzmy jak najwięcej produktów sezonowych, wyprodukowanych lokalnie

- pamiętajmy iż ważna jest nie tylko ilość spożywanych produktów, ale przede wszystkim ich jakość

*
I jeszcze kilka danych, o których być może nie wszyscy wiedzą, a które (mnie przynajmniej) wydają się warte przytoczenia :

- hodowla zwierząt wymaga 10 razy więcej energii co uprawa roślin

- by wyprodukować 1 kg mięsa trzeba zużyć 15 – 18 ton wody

- 45% zużywanej na świecie wody zużywana jest do hodowli zwierząt

- wyhodowanie 1 sztuki bydła to odpowiednik 520 litrów benzyny

- zwierzęta hodowlane ‘produkują’ 130 razy więcej nieczystości niż ludzie

- 50% obecnych na rynku amerykańskim antybiotyków zużywane jest w hodowli zwierząt (jak pewnie wiecie, podaje się je również zdrowym zwierzętom, profilaktycznie, i to nie tylko w Ameryce niestety :/ )

- 70% terenów uprawnych  służy do wykarmienia zwierząt hodowlanych

- 50% uprawianej w Stanach Zjednoczonych kukurydzy jest przeznaczone do żywienia zwierząt hodowlanych (a uprawa kukurydzy wymaga olbrzymiej ilości wody); poza tym u krów żywionych kukurydzą a nie trawą i sianem coraz częściej odnotowuje się przypadki występowania bakterii E. coli, niezwykle niebezpiecznej szczególnie w przypadku zarażonych nią dzieci

- by uzyskać więcej terenów pod uprawę potrzbnej w hodowli kukurydzy i soi wycina się coraz więcej lasów

- mięso zwierząt hodowlanych ma coraz mniej wartości odżywczych, za to zawiera coraz więcej niepożądanych dla ludzkiego organizmu substancji (wspomniane już antybiotyki, czy np. hormon wzrostu administrowany zwierzętom)

- aktualnie zalecane dawki białka zwierzęcego to ok. 50 g dziennie; w Ameryce aktualnie spożywa się 250 g mięsa na osobę, we Francji 200 g, a w Afryce 30 g

- i na koniec (choć dla mnie to właściwie jeden z pierwszych argumentów) nie zapominajmy o warunkach przemysłowego chowu zwierząt; to zadziwiające zresztą, jak bardzo potrafimy dbać o naszych czworonożnych domowników, a jak bardzo nie interesuje nas jak traktowane sę trafiające na nasz talerz zwierzęta…

*

Mam nadzieję, że lektura ‘Food Matters’ i Was choć na chwilę skłoni do refleksji, a być może również do pewnych zmian w aktualnym jadłospisie. Jak pisze Bittman, nie zapominajmy iż nawet niewielkie zmiany mogą mieć naprawdę wielkie znaczenie (wszak ziarnko do ziarnka… ;) ). Niczego nie trzeba się wyrzekać, a tylko nieznacznie zmienić nasze przyzwyczajenia. Może więc i Wy spróbujecie? :)

*
food_matters_cookbookA tym, którzy do tej pory byli wyjątkowo mięsożerni i mają niewiele pomysłów na dania bezmięsne, z pewnością przyda się druga część ‘Food Matters’, typowo kulinarna tym razem : ‘The Food Matters Cookbook: 500 Revolutionary Recipes for Better Living’.
Znajdziemy tu najważniejsze fakty opisane w ‘Food Matters’ oraz dodatkowo 500 przepisów na dania z mięsem i bez, a także pomysły na to, jak dany przepis zmodyfikować czy urozmaicić. To kolejna warta polecenia pozycja na liście napisanych przez Bittmana książek – klik (te najbardziej znane to z całą pewnością How to Cook Everything oraz How to Cook Everything Vegetarian).

*

*

*

less_meat_more_veg2A skoro już o książkach dla ‘mniej-mięsożernych’ mowa, to dosyć ciekawą pozycją jest również wydana niedawno ‘Less Meat More Veg’ (czyli ‘mniej mięsa, więcej warzyw’).
Choć dań mięsnych mimo wszystko w niej sporo, to przepisy są dosyć ciekawe i urozmaicone, przyznaję jednak iż miałam nadzieję, że część ‘niemięsna’ będzie (zgodnie z tytułem ;) ) nieco bardziej obszerna.
Przepisy podzielone są na następujące kategorie : wołowina, baranina, wieprzowina, drób, zwierzęta łowne, ryby, warzywa (‘aż’ 14 stron ;) ), jajka, nabiał, desery. Niestety nie ma osobnego rozdziału poświęconego np. warzywom strączkowym, choć w poszczególnych działach można znaleźć przepisy z ich dodatkiem. Książkę tą poleciłabym chyba bardziej komuś, kto nie ma wielu pomysłów na urozmaicenie swoich mięsnych posiłków, jednak tym, którzy chcą ograniczyć spożycie mięsa i produktów zwierzęcych bardziej jednak polecam ‘The Food Matters Cookbook’.

*

Na koniec – dla zainteresowanych – linki do dwóch filmów / dokumentów (które być może już znacie…), a do obejrzenia których Was zachęcam (poniżej wersje z polskimi napisami) :

- ‘Food matters’ (to link do pierwszej części, pozostałe znajdziecie w prawej kolumnie otwierającej się strony Youtube; jest tam również wywiad z Markiem Bittmanem)

- oraz ‘Food, Inc’ – ‘Korporacyjna żywność’ (tak jak w przypadku poprzedniego dokumentu – to link do pierwszej części; pozostałe znajdziecie w prawej kolumnie otwierającej się strony)

*

Pozdrawiam serdecznie!

I mam nadzieję, że udało Wam się przebrnąć przez ten przydługi wpis…
(najchętniej pisałabym dalej, w porę jednak ‚obcięłam’ jedną stronę tekstu ;) ).

  • Facebook
  • Twitter
  • LinkedIn
  • Google Plus
  • Pinterest
  • Blogger
  • RSS
  • Email

97 odpowiedzi nt. „‘Food Matters’ czyli jedzenie ma znaczenie

  1. Shinju

    Bardzo ciekawe wnioski. Ja też staram się ograniczać produkty pochodzenia zwierzęcego, coraz więcej jem warzyw. Myślę, że odkąd ograniczyłam m.in. tłuste mięsa czuję się o wiele lepiej.

    Odpowiedz
  2. ewelajna

    Beo, jaki tam przydługi – przeczytałam z zainteresowaniem:) Beo, jak czytam takie rzeczy, jak kolejny raz Ktoś przypomina jak się sprawy mają z tą cała produkcją spożywczą i przetwarzaniem, to ja chcę na wieś…!!! Chcę mieć swoje biegające mięsko, swoje jajka i swoje marchewki i pomidory…

    Odpowiedz
  3. Sissi

    Bardzo interesujący post i na pewno bardzo interesujące książki! Ja również zgadzam się w pełni z tym, że trzeba coraz bardziej uważać na to co się kupuje i je, bo i warzywa i owoce i mięso są produkowane coraz bardziej „hurtowo” i coraz więcej chemikaliów i antybiotyków się w nich znajduje. Pomijając już kwestie traktowania zwierząt.
    Z drugiej jednak strony np. jedzenie ekologiczne to nie jest taka prosta sprawa. Rozmawiałam kiedyś z rolnikiem który przeszedł z ekologicznego na po prostu rozsądne uprawy; powiedział mi, że warzywa i owoce ekologiczne można mocno szprycować różnymi bardzo szkodliwymi metalami (chyba miedzią), które są gorsze dla człowieka niż małe ilości pestycydów i których limity są bardzo wysoko ustawione w Unii.
    Jest też bardzo znany francuski dietetyk i lekarz, który wciąż się denerwuje na ludzi przesadzających z fobią pestycydów, mówiąc, że trzeba ogromne ilości żeby to na nas wpływało…
    Jeśli chodzi o wszelkie badania robione w USA, trzeba bardzo na nie uważać. W USA przeciętny stek wołowy ma ponad 200 kcal w 100g i dużo tłuszczu, a we Francji np 100g steka to mniej niż 100 kalorii i malutko tłuszczu. Pomijam wielkość porcji jedzonych przez Amerykanów…
    Mimo to francuski rząd (i wiele innych krajów europejskich) oparł się na badaniach zza Atlantyku i stworzył straszną fobię mięsa czerwonego. Starsi lekarze francuscy mówią, że brak żelaza u kobiet to prawdziwa epidemia od kiedy kobiety (bardziej uważające na jedzenie i zalecenia zdrowotne) organiczyły bardzo wołowinę.
    Podobnie było z badaniami alkoholu i raka. Badania, na których w Europie oparto twierdzenie, że alkohol powoduje raka opierają się na amerykańskich badaniach ludzi nadużywających alkoholu (nie wina oczywiście), przy okazji jedzących fast food… Itd itd… najgorsze, że na to wszystko są wiarygodne i poważne badania, do których szczegółów niestety konsument nie ma dostępu na ogół.
    Słowem ja jestem pogubiona czasem i próbuję z jednej strony jeść szczęśliwe i nie nafaszerowane antybiotykami zwierzęta, z drugiej jak najbardziej brzydkie i niezgrabne warzywa i owoce, bo widać, że ani „ekologiczną” miedzią ani pestycydami nie są za bardzo przesiąknięte…
    Z jeszcze innej strony patrzę też na smak… bo trzeba żyć w końcu i nie wyobrażam sobie nigdy nie jeść niektórych zagrożonych ryb albo nie skusić się na jakieś warzywo poza sezonem tylko dlatego , że z Kenii…
    Ojej chyba przesadziłam z tym długim komentarzem…

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Sissi, częściowo się z Tobą zgadzam ! Z pewnością chętniej wybiorę produkty lokalnego producenta / rolnika, który może nie ma certyfikatu ‘bio’, ale który używa naprawdę znikomych ilości chemii, ma szacunek do ziemi i zwierząt niż np. warzywa importowane, tylko dlatego że mają znaczek ‘bio’.
      Wiem, że nawet w uprawach ekologicznych używa się pewnych naturalnych pestycydów i środków owadobójczych, ja jednak mimo wszystko uważam, że po pierwsze – są one lepsze niż cała chemia razem wzięta, a po drugie – używa się ich o wiele mniej niż w rolnictwie tradycyjnym. Poza tym rolnik ‘bio’ z prawdziwego zdarzenia nie pryska swoich plonów gdy tylko zachodzi taka potrzeba, a stara się znaleźć również inne sposoby, naturalne, typu owady jedzące mszyce oraz sianie pewnych roślin z innymi, dzięki czemu naturalnie się one wspomagają. Wiesz, mnie bardziej niż o sam fakt pestycydów obecnych w pożywieniu chodzi o to, jak się aktualnie traktuje ziemię i zwierzęta (zobacz koniecznie Food, Inc.) Wystarczy zobaczyć kilka reportaży o tym, jakie problemy ze zdrowiem mają pracujący przy opryskach ludzie i ich rodziny, by nie mieć już ochoty na kupowanie takich produktów. Nie stosuje się zasad ugorowania czy też tzw. płodozmianu (odpowiednia zmiana upraw co kilka lat), które naturalnie użyźniają glebę, bo po co? Dosypie się później więcej nawozu. Rzeka, która płynie obok będzie trochę bardziej zanieczyszczona pestycydami, mięso ryb również ? Kto by się tym przejmował…
      A co do limitów w Unii, to może i są dosyć wysoko ustawione, jednak jeśli popatrzeć na badania przypadkowych warzyw i owoców (a nawet ryb), to często jest ich więcej niż powinno, nawet tych niedozwolonych (np. testy ABE / TSR które z pewnością znasz).

      A co do badań nad skutkami pestycydów, to wiele z nich jest przeprowadzanych w Niemczech, Anglii, Danii i Szwecji np. i niestety potwierdzają wyniki badań amerykańskich czy kanadyjskich (co ciekawe – nie tylko w przypadku żywności niestety – badania finansowane przez różne ważne lobby pokazują, że dany produkt nie jest dla zdrowia szkodliwy, te zaś, które są przeprowadzane przez niezależnych naukowców i ich laboratoria pokazują niestety co innego… Może widziałaś jakiś czas temu dwa reportaże / dokumenty – jeden można było zobaczyć już jakiś czas temu na TSR, drugi nie tak dawno na Arte; są naprawdę niezwykle ciekawe, jeśli więc masz czas (i ochotę) to zachęcam do ich zobaczenia :
      ‘Notre poison quotidien’ :
      http://www.arte.tv/fr/Comprendre-le-monde/Notre-poison-quotidien/3673748.html

      + link do odcinków na Youtube:
      http://www.google.ch/search?q=notre+poison+quotidien+youtube&ie=utf-8&oe=utf-8&aq=t&rls=org.mozilla:fr:official&client=firefox-a#q=notre+poison+quotidien+youtube&hl=fr&client=firefox-a&hs=fLV&rls=org.mozilla:fr:official&prmd=ivns&source=univ&tbs=vid:1&tbo=u&sa=X&ei=e9GSTafKG8bJhAfU8KCHDw&ved=0CCsQqwQ&fp=ac7f914ce5c2dfaa

      i jeszcze :
      Mâles en péril :
      http://www.tsr.ch/emissions/36-9/925094-males-en-peril.html

      Baisse de la fertilité masculine :
      http://www.tsr.ch/emissions/abe/sante-cosmetique/1092957-baisse-de-la-fertilite-masculine-des-polluants-chimiques-qui-imitent-les-hormones-en-cause-enquete-sur-les-imposteurs-endocriniens.html

      A co do braku żelaza np. czy innych problemów ze zdrowiem, to jestem najlepszym dowodem na to, że i bez mięsa można nie mieć problemów z poziomem żelaza czy protein.
      Jako dziecko miałam bardzo silną anemię (pobyt w szpitalu i transfuzja) i zawsze miałam już potem bardzo silną anemię; od mięsa stroniłam od niemowlaka ;) jednak – kjak to w porządnej polskiej rodzinie ;) – skutecznie mi je wmuszano. Jednak moje problemy z poziomem anemią i poziomem żelaza nagle się bardzo ładnie uregulowały od kiedy nie jem mięsa ! Przy czym dodam, że mięso przestałam jeść nie z pobudek etycznych, a dlatego, że móż jest wegetarianinem, więc nie chciało mi się robić dwóch różnych obiadów; poza tym, jako że mięsa nigdy nie lubiłam, nawet się ucieszyłam, że nie będę go musiała przygotowawać ;) Tzn kilka razy w roku zdarza mi się zjeść coś mięsnego, jednak naprawdę bardzo rzadko.
      Badania robię regularnie. Poziom żelaza jest w normie, a dawniej nigdy tak nie było. Dla mnie więc jest to wystarczający dowód, że wystarczy jeść lepiej, rozsądniej, a niekoniecznie z mięsem na talerzu.
      A co do zagrożonych ryb czy warzyw z Kenii, to ja niestety tak nie potrafię; wiem doskonale, że fakt iż ja tej ryby nie kupię pewnie jej nie ocali, ale najzwyczajniej nie mam ochoty dokładać do tego ręki (choć jeszcze naście lat temu się nad tym zbytnio niezastanawiałam). Niczego, co nie jest sezonowe i lokalne praktycznie nie kupuję, wyjątek stanowią tylko produkty, które w Europie nie rosną. I znów niestety powołam się na pewne reportaże : widząc, jak uprawy dla zachodniego klienta osuszają afrykańskie rzeki i na jakie choroby zapadają pracujący przy nich ludzie, zwyczajnie nie mam na coś takiego ochoty. Nic na to nie poradzę ;)

      Tym razem to ja się znów rozpisałam, wybacz… :)

      Odpowiedz
      1. Sissi

        Bea, dzięki serdeczne za tak długą i interesującą odpowiedź na mój baaardzo długi komentarz :-) i za linki.
        Ja oczywiście też staram się kupować ekologiczne warzywa i owoce albo z upraw „rozsądnych”. Waham się np kiedy widzę produkty bio z Maroka czy Hiszpanii (widziałam programy o tym jak oszukują w Hiszpanii, nie mówiąc o tym jak traktują pracowników z Afryki), a obok lokalne, zwykłe warzywa od pobliskiego rolnika… Wybór jest trudny…
        W tym roku zrobiłam pełno korniszonów od takiej starszej pani, którą znam i która mowi, że ma pestycydy, ale są lata kiedy nie musi wcale ich używać, Natomiast opowiadała mi o sąsiedzie, który sprzedaje jabłka do supermarketów-przychodzi kontroler w dniach kiedy on ma pryskać uprawy i jeśli tego nie zrobi (chyba min 10 x w roku!), traci kontrakt. Dla mnie więc są pestycydy i pestycydy.
        Ogromnym łukiem omijam jedno ze stoisk ekologicznych na bazarze-mają certyfikat, ale warzywa ogromne, bez najmniejszej plamki, więc podejrzewam, że ładują maksymalne ilości dozwolonej miedzi czy innych środków.
        Jestem ogromnym fanem win i wiem, że te które mają znaczek „bio” nie są nigdy zachwycające, bo producent patrzy bardziej na trzymanie się zasad i listy, i sprzedaży niż na dobro ziemi czy jakość wina, a wystarczy jeden środek nie bio i koniec z certyfikatem. Z drugiej strony naprawdę dobre wina nie są oczywiście nafaszerowane pestycydami…
        Uważam, że ekologiczne certyfikaty są niezbędne, bo są jedynym kikerunkowskazem jeśli nie zna się osobiście producenta (czasem smak też mówi wiele), i oczywiście nie są bez wad.

        Jestem również oburzona tym jak się bezzasadnie torturuje zwierzęta. Od kilku lat kupuję tylko „szczęśliwe” kurczaki (moje ulubione mięso), tak samo z jajkami, muszą je znosić kury szczęśliwe :-)
        Co do żelaza i braków (np unikania tłuszczów, co może w pewnym momencie stać się tragiczne), nie chciałam mówić, że trzeba jeść mięso. Wierzę, że wegetarianie są zdrowi i nie mają braków, bo moi znajomi jak Ty, potwierdzają to. Problem w tym, że większość ludzi nie zastanawia się nad tym co je. Myśli, że jak wyeliminuje – i to często nagle – kilka produktów i nie zastąpi ich niczym, będzie zdrowsza.
        Natomiast teraz jest we Francji proces rodziców wegan, którzy doprowadzili ich prawie roczne dziecko do niedożywienia i śmierci, bo myśleli, że nie muszą się pewnie zbytnio zastanawiać jak dziecko wegańskie powinno jeść. Sami żyją, ale też pewnie są niezdrowi… Ludzie często powołują się na Indie, ale tam wegetarianie czy weganie są takowymi od pokole, w całej rodzinie itp i wiedzą jak się żywić (nie muszą się zastanawiać) oczywiście o ile mają środki na to…
        Zresztą przyznam, że kiedyś dawno dawno temu przez ponad rok sama byłam (a raczej próbowałam być) wegetarianką i dziwiłam się, że wyeliminowanie mięsa to nie wszystko…
        Widziałam film Food inc i jak tylko coś jest ciekawego o uprawach, jedzeniu itp, oglądam nałogowo :-)
        Wspominałam o Amerykanach, bo oni niestety mają większe pieniądze na badania (niestety mają też bardzo silne lobby, Food Inc. jest dobrym obrazem), a przyzwyczajenia żywieniowe bardzo różne od europejskich, nie wspominając o różnicach kulinarnych wewnątrz Europy (kiedy oglądam program o UK i widzę nastolatkę, która nie jadła nigdy pomidora ciarki mi przechodzą…) i wiem, że amerykańskie standardowe jedzenie jest o wiele bardziej pryskane, mięso ma więcej antybiotyków itd. Amerykanin jedzący dwa razy dziennie mięso jest najprawdopodobniej niezdrowy, natomiast Francuz może być szczuplutki i bardzo zdrowy.

        Słowem jestem całym sercem z Tobą (poza mięsem oczywiście i rzadkimi, ale jednak”grzesznymi” rybkami czy pozasezonowymi warzywami, bo nie potrafię sobie czasem odmawiać przyjemności…). Chyba staram się mieć podejście kompromisowe między przyjemnością jedzenia a etyką.
        PS Jeśli przez zupełny przypadek wiesz, gdzie w Szwajcarii można dostać ekologiczną (albo podobną) wieprzowinę… bardzo będę wdzięczna, bo to mój wielki problem… Tylko we Francji znalazłam.

        Aha, zupełnie zapomniałam dodać, że ponieważ uwielbiam kuchnię japońską, bardzo interesuję się produktami japońskimi, czasem uda mi się przeczytać albo obejrzeć ciekawe reportaże i jestem zachwycona, ponieważ w Japonii ekologiczne oznacza zupełnie coś innego niż w Europie. To jest o wiele głębsze niż spojrzenie na listę dozwolonych produktów ochrony roślin, hasłem jest „minimum ingerencji”.
        http://www.lejapon.org/forum/content/848. To o panu, który „opatentował” uprawy ryżu połączone z hodowlą kaczek i to tylko jedna z fascynujących typowo japońskich ekologicznych upraw…
        Przepraszam, znow się rozpisałam, ale takie pasnojujące tematy poruszasz i takie pasjonujące rzeczy piszesz, ze po prostu nie mogę się powstrzymać!

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          Sissi, dla mnie ‘eko’ z Hiszpanii, Maroka czy Afryki to nie jest ‘eko’ i wtedy wlasnie wolę produkty wyprodukowane lokalnie, od rolników ‘rozsądnych’, nawet jeśli nie są to produkty w 100% ekologiczne. I masz niestety rację – są pestycydy i pestycydy ;)
          A o rolnikach mających kontrakty z marketami i o wynikających z tego nadużyciach niestety wiem :( I dlatego między innymi wolę kupować na farmach, od znanych rolników. Wiem komu i za co wtedy płacę.
          Co do win, to niewiele niestety win ‘eko’ tak naprawdę mi smakuje, ale i na takie można na szczęście trafić. Natomiast te słynne i znane niestety często są nafaszerowane chemią jak cała reszta jedzenia (może widziałaś jeden z reportaży, np. ten :

          http://www.tsr.ch/emissions/abe/test/1379149-pesticides-dans-les-vins-le-test.html
          Na szczęście nadal są takie osoby jak Marie-Thérèse Chappaz z Fully i wolę kupić mniej wina, ale droższe od kogoś takiego jak ona (poniżej pierwsza część reportażu, gdzie o pani Chappaz między innymi mowa).
          http://www.tsr.ch/emissions/abe/alimentation/1379148-in-vino-veritas-premiere-partie.html

          Cieszę się, że i Ty Food Inc już widziałaś ; to powinien być chyba obowiązkowy seans w szkołach, a ‘Food Matters’ – jedną z obowiązkowych lektur ;) Choć nie, może nie z obowiązkowych (wiadomo jak się podchodzi do obowiązków ;)), a taką dodatkową, za co zyskuje się dodatkowe punkty na przykład ;)
          Podoba mi się to japońskie ‘minimum ingerencji’ i ogólnie podejście do tego typu problematyki kultur mocno związanych z ziemią i hodowlą.
          A jajka i ewentualne mięso u mnie też tylko od szczęśliwych zwierzaków ;)
          Skoro już o mięsie mowa, to znalazłam dwa linki z adresami dla Ciebie :
          tutaj jeden adres, region Genewy na dodatek :

          http://www.illustre.ch/famille_stalder_vandoeuvres_890_fiche.html
          (po prawej masz tam sporo innych adresów ‘marché à la ferme’, również kilka bio) i jeszcze tutaj :
          http://www.illustre.ch/Produits-bio-vente-directe_46495_.html

          I zgadzam się oczywiście, że nie można tylko wyeliminować mięsa np. z naszej diety, trzeba je czymś rozsądnie zastąpić, zawsze jednak podkreślam, iż jest to łatwiejsze niż nam się wydaje ! Naprawdę nie trzeba codziennie się nad tym zastanawiać, przeliczać itp., choć na początku trzeba oczywiście zapoznać się z kilkoma ważnymi informacjami, ale – powtarzam za panem Bittmanem – to jest naprawdę łatwiejsze niż nam się wydaje :)

          Odpowiedz
      2. Zielenina

        Fajny post Beo, dla mnie to wszystko oczywiste oczywistości, ale ja siedzę w temacie od lat i żywo mnie on interesuje, a przeciętnie niestety to ciągle niestety wiedza dość tajemna :/ Niestety, światem rządzi pieniądz i nie liczy się środowisko naturalne czy przyszłość kolejnych pokoleń. A generalnie najlepsze wyjście to co najmniej wegetarianizm, a idealne weganizm. Ale każdy krok w stronę rozsądku po prostu – bo moim zdaniem trudno to wszystko nazwać inaczej, to po prostu zdrowy rozsądek się liczy. Każdy wyeliminowany niezdrowy i nieekologiczny produkt, każda razowa bułka ;-) to już dobry krok. Szczególnie rodzice małych dzieci powinni zwracać uwagę na to jakie nawyki żywieniowe wpajają dzieciom, bo to jest dopiero klęska jak na to patrzę :/
        A co do wyników badań krwi to moje też się bardzo poprawiły odkąd przestałam jeść mięso. Przeszłam też wege ciążę i mam wege dziecko i żadnych problemów z żelazem nie mamy, to taki powszechny mit. Jeżeli mamy podstawową wiedzę żeby żelazo niehemowe łączyć z wit. C to żadne anemia nam nie grozi.
        A takie egoizm – mam w nosie czy jakiś gatunek wyginie, czy ziemia na drugim końcu świata zostanie wyjałowiona i tak kupię i zjem doprowadza mnie do regularnego szału. Ostatnio gdzieś pisałam o nieszczęsnym tuńczyku i jeden z komentarzy był taki, że czyjś kot je tylko tuńczyka i ta osoba „musi” go kupować. Nóż się w kieszeni otwiera :/

        Odpowiedz
        1. Zielenina

          a i jeszcze napisze, że ta teoretycznie proekologiczna polityka EU to jeden wielki kit, w praktyce nie ma to w ogóle zastosowania. Dobry przykład to rybołówstwa właśnie, unijna flota rybacka jest trzecią najbardziej agresywną i niszczącą środowisko flotą na świecie, bo przełowiliśmy swoje łowiska już praktycznie do zera i teraz łowimy na całym świecie. A oficjalna linia jest taka – małe statki, wspieranie lokalnych środowisk rybackich, itd. A badania wskazują, że gdyby wprowadzić w życie w sposób konsekwentny zrównoważone zasady połowów i łowić mniej paradoksalnie pozwalając środowisku na oddech i odradzania można by łowić o 80% ryb więcej.

          Odpowiedz
        2. Bea Autor wpisu

          No właśnie Zielenino – każdy krok w stronę rozsądku się liczy i każda, nawet minimalna zmiana naszego jadłospisu. I tak jak piszesz – problemy z żelazem u wegetarian to tylko mit, no chyba że faktycznie zupełnie się nie uważa na to, co się je i np. nie łączy niehemowego żelaza z witaminą C; jeśli jednak o tym pamiętamy, dorzucamy sporo strączkowych, do tego quinoa np., razowe produkty i tona warzyw i owoców, to może być tylko dobrze ;)
          A co do tego, co dzieje się na drugim końcu świata (i nie tylko tam z resztą…), to mam wrażenie, że gdyby odpowiednich reportaży było w telewizji więcej (zamias pewnego typu pseudo rozrywki), to może ludzie nareszcie zaczęli by inaczej na to wszystko patrzeć? Przynajmniej taką mam nadzieję… (tuńczyk ‘musowo’ kupowany dla kota też mnie bawi ;)).
          A co do info na temat połowów, to niestety się z Tobą zgadzam; smutne, że tak to właśnie wygląda :/

          Odpowiedz
  4. Agnieszka

    Bardzo ciekawy wpis i interesujące pozycje książkowe, które już za moment wylądują na mojej liście książek do kupienia:)
    Mięso jemy z moim mięsożernym E. max. dwa razy w miesiącu…i nawet E. nie narzeka bo trochę eksperymentów i wyobraźni i da się skomponować ciekawe menu bez steka na obiad codziennie.
    Ostatnio po wizycie w miejscowym centrum handlowym z E. powiedziałam mu, że chciałabym mieszkać w miejscu, gdzie nie tylko przyroda i okolice są ładne, ale też ludzie. I śpieszę z wyjaśnieniami zanim mnie ktoś tutaj zlinczuje :) „Ładne” to pojęcie względne i nie chodzi mi o wychudzone jako „ładne” ani modne (nie lubię tego określenia bardzo) – ale jak w ciągu dnia widzi się 8/10 osób bardzo otyłych (i to najczęściej jeszcze z jakimś fast food’em w ręku) to nie jest to dla mnie „ładny” widok.
    Każdego dnia jestem przerażona widząc ilu ludzi nie dba o siebie i swoich bliskich…nie wspominając o środowisku. A akcji „dbaj o siebie” itp. jest dużo. Książek jeszcze więcej. No ale „kulturę” ciężko zmienić.
    Pozdrawiam serdecznie:)

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Agnieszko, masz całkowitą rację – pewne przyzwyczajenia niestety trudno jest zmienić. Mnie bardziej niż o nasze osobiste zdrowie na talerzu chodzi też o coś innego (wszak to osobista sprawa każdego co i jak chce jeść i nic nam do tego); dla mnie ważniejsze jest to wszystko, co pozostaje w ścisłym związku z problemem żywności, czyli : fatalnie traktowane zwierzęta hodowlane czy tony pestycydów wędrujące do ziemi i wód i przy okazji tracąca zdrowie ludność; chcę jeść ‘z głową’, gdyż naprawdę interesuje mnie coś więcej niż mój talerz i czubek mojego nosa. Ale to tylko moje własne zdanie, nikomu go nie narzucam.

      PS. Mam nadzieję, że książki Ci się spodobają :)

      Odpowiedz
      1. Agnieszka

        Tutaj niestety rządzi przyzwyczajenie fast food’owe już od lat…no i spece od lobbyingu. Nie do pomyślenia jest dla mnie, żeby w szkołach sprzedawać na lunch frytki i pizze a do tego jakiś słodki napój. Cukier, sól i biała mąka to podstawa kulinarna w wielu miejscach. I jako rezultat mamy dużą częśc społeczeństwa ignorująca zupełnie problem pochodzenia żywności i jej produkcji. Ich to nie interesuje. W wielu przypadkach ich własny talerz i czubek nosa to najdalej jak patrzą.
        Sama też kupuję lokalne i sezonowe produkty ale czasami czuję się jak kropla w oceanie – mimo, że i tak w Oregonie jest lepiej pod tym względem niż np. w Teksasie.
        Bardzo ciekawe i ważne tematy poruszasz i czekam na więcej:)

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          No właśnie Agnieszko, z lekka to jest przerażające gdy patrzy się na przyzwyczajenia żywieniowe przeciętnego Amerykanina; a w Teksasie mnie też chyba by nie było łatwo ;)

          Odpowiedz
  5. monika.l

    Dziękuję Beatko za kolejny fantastyczny wpis.
    Trafia do mojej domowej biblioteczki. Nie pierwszy już Twój.

    spokojnej nocki
    M.

    Odpowiedz
  6. atina_bc

    Beo świetny wpis. bardzo interesujący i bez problemu przez niego przebrnęłam faktem jest, że powinnam może troszkę zmienić. fast foodów nie jadam – w zasadzie, bo zdarza mi się czasami;) mięso lubię, choć wolę ryby, ale postanowiłam, że będe więcej warzyw jadła. To takie moje mocne postanowienie. O ciebie zawsze jest tyle pysznych propozycji, że chetnie wypróbuje niekóre propozycje:) Juz nie moge się doczekac pierwszych wiosennych warzyw, bo ja jednak najbardziej lubie takie wiesz sezonowe, w sowim sezonie, a nie te co to przez cały rok jest na nie sezon;)))
    Pozdrawiam!

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Wiesz Atino, te zmiany nie są aż takie trudne, wg ogólnych rekomendacji bowiem wystarczy zredukować ilość spożywanych produktów odzwierzęcych o 10% procent, choć 25% by było jeszcze lepszym rezultatem; ale 10% to przecież praktycznie nic, prawda?
      A to, że i Ty kochasz to co sezonowe baaardzo mnie cieszy :))

      Odpowiedz
  7. Lu

    Beo, trzeba było pisać dalej i nie wycinać tej strony;).
    Serio bardzo dobrze się to czyta. W dodatku same pożyteczne wiadomości. Widać, że masz wiele tematów z dziedziny żywienia mocno przemyślanych i poukładanych w głowie. I jeszcze chcesz się tym dzielić. Dziękuję Ci za to.

    Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Lu, tylko kto by miał czas to czytać? ;)
      Wiesz, te tematy są mi bardzo bliskie i bardzo dla mnie ważne. Wiem jednak, że nie wszyscy mają ochotę tego typu teksty czytać, więc się ograniczam ;) Wydaje mi się jednak, że od czasu do czasu warto jest o pewnych rzeczach wspomnieć, może jednak ktoś też na tym skorzysta?
      (a ‚zaraził’ mnie tym wszystkim mąż, już prawie 20 lat temu ;))

      Odpowiedz
  8. Magda

    O! Bardzo ciekawy temat i książka mnie zaciekawiła. Chętnie po nią sięgnę. Ja jakieś 3 lata temu postanowiłam radykalnie zmienić nawyki żywieniowe i od tamtej pory staram się na bieżąco dokształcać w dziedzinie (nazwijmy to ogólnie) odżywiania. Nie chodzi tylko o to, co na ‚chłopski rozum’ jest zdrowe, a co nie, ale także o wszystkie procesy fizjologiczne i chemiczne, jakie w nas zachodzą po spożyciu danej grupy produktów, o to jak żywność powstaje i trafia na nasze stoły.
    Co prawda mam stosunek wielce radykalny, bo nie ‚ograniczyłam’, a zupełnie ‚wyeliminowałam’ pewne produkty z jadłospisu (i nie mówię tu o mięsie – je akurat ograniczam jak mogę, nie ze względów ideologicznych, a bardziej zdrowotnych). W mojej kuchni absolutny brak wysokoprzetworzonych produktów, białej mąki, cukru itd. Jestem zachwycona tym, jak działa mój organizm i wszystkim polecam takie zmiany, nawet małymi kroczkami, nawet jeżeli ktoś nie chce rezygnować w pełni z rafinowanej żywności niech spróbuje zmienić proporcje swojego menu i spożywać jej mniej. Gwarantuję, że zmiana będzie widoczna i satysfakcjonująca ;-)
    Ubolewam nad tym, że wśród moich znajomych i bliskich wciąż jest tak mała świadomość odnośnie odżywiania i że tak mała jest chęć i potrzeba zgłębienia tego tematu. Przecież to takie ważne! Na szczęście ogólna tendencja społeczna napawa optymizmem. Więcej się mówi w mediach, w niektórych krajach wdrażane są programy uświadamiające – już w przedszkolach rozmawia się z dziećmi i przekonuje, że to co znajdzie się na talerzu ma dla naszego zdrowia i życia ogromne znaczenie, ale nie tylko dla zdrowia bo też dla całego ekosystemu (o czym z resztą wspominasz w swoim wpisie).
    W kontekście wpływu na środowisko wciąż niestety pokutuje przekonanie, że zmiany dokonane przez jedną osobę nie mają znaczenia i na nic nie mogą wpłynąć. Mam nadzieję, że to też zacznie się powoli zmieniać, a w Polsce zamiast wpatrywać się w ‚zachodnie’, łatwe rozwiązania typu: fast-food, konserwanty, chemia, rafinowana mąka i cukier i inne ‚uproszczacze życia’ przyjrzymy się tym bogactwom, które mamy. Tu rolnictwo nie jest jeszcze aż tak skażone, mamy ogrom wartościowych regionalnych produktów, po które wystarczy sięgnąć. W połączeniu z fenomenalną kulinarną tradycją mamy raj dla smakoszy i idealne warunki do zdrowego i smacznego życia :)

    Wybacz, że się tak rozpisałam, ale ten temat zawsze mnie wznieca ;-)

    pozdrawiam ciepło!

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Magdo, bardzo się cieszę, że się rozpisałaś! To w blogowaniu bardzo lubię :)

      Ja osobiście nie jestem (niestety) gotowa na to by w 100% pozbyć się np. oczyszczonej mąki, ale jadam ją stosunkowo rzadko i tym się pocieszam (proporcjonalnie jest to naprawdę znikoma część mojego pożywienia). A Ci, którzy tochę się takich zmian obawiają, mogą właśnie (jak radzi Bittman) spróbować choć częściowo pewne produkty zastąpić. I choć sporo się aktualnie na ten temat mówi i pisze, to wciąż mam wrażenie, że to i tak za mało…
      I tak jak Ty– i ja mam nadzieję, że ludzie chętniej będą sięgać po to, co lokalne i domowe, niż po to co wysoko przetworzone i pełne chemii. Choć niestety nadal często słyszę, że ‘będę się martwić, jak na coś zachoruję’ i że ‘przecież na coś i tak trzeba umrzeć’…:/

      Odpowiedz
  9. Kachna

    Nie mam bloga, jestem anonimowa, więc nie wiem czy mogę się wypowiedzieć. Mimo wszystko – chciałbym.

    Przede wszystym – dzięki za super wpis. Jak zwykle kawał dobrej roboty. Warto powtarzać, że rezygnacja z niektórych przyzwyczajeń może przynieść wiele dobrego.

    Sama od ponad roku, ze względów ekonomiczno-zdrowotno-światopoglądowych bardzo ograniczyłam spożycie produktów odzwierzęcych. Głównie ze względów zdrowotnych (choć uśmiech na dziobie kury też ma dla mnie znaczenie) kupuję mięso i jaja z hodowli ekologicznych. Jestem fanką Bittmana. Zgadzam się ogólnie z tezami tutaj przedstawionymi.

    Ale mam jedno ALE. Chociaż liczby robią wrażenie, to podanie ich bez podania metody ich obliczenia, kraju, z których pochodzą dane itp właściwie niewiele mówią. Rozumiem, że tutaj widzimy tylko skrót
    informacji. Mam nadzieje, że w książce te informacje są bardziej szczegółowe.
    To samo dotyczy bardzo „reklamowanego” tutaj filmu dokumentalnego ‚Food, Inc’. Oglądając go już jakiś czas temu nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że ktoś bardzo chce mnie przekonać do swoich racji. Nawet kosztem rzetelnej informacji. Przecież zdrowe odżywianie, ekologicznie (nie tylko w kontekście certyfikatu) rolnictwo/hodowla bronią się same. Tym bardziej irytowało mnie propagandowe podejście autorów dokumentu do tematu.

    Niezależnie jednak od wszystkiego, im większa świadomość tym lepiej. Jeszcze raz dzięki za ten i wiele innych ciekawych artykułów.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Kachna, witaj ! Oczywiście, że możesz się wypowiedzieć ! I bardzo mnie cieszy, że miałaś ochotę napisać :)
      Co do podawanych przez Bittmana liczb, to większość z nich jest w książce dokładniej omówiona, a poza tym na końcu jest kilkanaście stron źródeł, z których Bittman korzystał, więc nic nie stoi na przeszkodzie, by samemu dodatkowe informacje i tematy zgłębić. Jak pisze autor – chciał przedstawić syntezę najważniejszych informacji, nie zarzucając jednak czytelnika zbyt wielką ilością materiałów (i mnie osobiście ta forma bardzo odpowiada).
      Co do ‘Food, Inc’, to ja akurat nie mam wrażenia, że ktoś chce mnie przekonać do swoich racji (ale to pewnie dlatego, iż dawno już myślę podobnie jak autorzy tego dokumentu), tylko że nareszcie ktoś mówi o tym, o czym aktualnie woli się nie mówić i nie wiedzieć. I niestety nie mogę zgodzić się, że produkty zdrowe, ekologiczne oraz takież rolnictwo bronią się same – gdyby tak było konsumenci wybierali by właśnie je, a tak przecież nie jest. Jak mawia wielu rolników (i w tym również w Posce) po co hodować kurczaka przez 3-4 miesiące jak to drzewiej bywało, skoro można go utuczyć już w 49 dni i w związku z tym więcej i szybciej na tym zarobić? A fakt, że faszeruje go się antybiotykami i hormonami nikogo za bardzo nie interesuje…Mam więc cichą nadzieję, że dzięki dokumentom takim jak ‘Food, Inc’ właśnie choć trochę zastanowimy się nad dzisiejszą produkcją żywności, nawet jeśli nie wszyscy od jutra zmienimy nasz jadłospis.
      Dziękuję Ci za odzew, dobrze jest poczytać co myślą na ten temat inni :)

      Pozdrawiam !

      Odpowiedz
      1. Kachna

        Dziękuję za odpowiedź.
        Jedno sprostowanie, bo nie wyraziłam się dobrze w poprzednim wpisie. Masz rację, że informacje mówiące o tym jak wygląda życie kurczaka, czy czegokolwiek, przed dotarciem do sklepu są ważne, bo ludzie często nie mają pojęcia co kupują. Przez to, że nie widzą różnicy pomiędzy różnymi produktami – kierują się w swoich wyborach jedynie ceną. I tu plus dla autorów filmów – że podjęli ten temat. Ja też oglądając ten film byłam już przekonana, że to co jem ma znaczenie (dla mnie i nie tylko). I właśnie dlatego, że podobała mi się idea filmu, trochę się na nim zawiodłam, zwłaszcza na jakości i formie podawanych tam informacji. W poprzednim poście powinnam była napisać, że rolniczy „powrót do przodków” *broniłby* się sam. Myślę, że gdyby pokazać rzetelne informacje, różne punkty widzenia, właśnie podejście polegające na świadomym wyborze, życiu w zgodzie z naturą zjednałoby by sobie wielu wcześniej niezdecydowanych, czy nieświadomych.
        Co do liczb to cieszę się, że w książce można znaleść odnośniki do źródeł. Jestem na tym punkcie trochę wyczulona, bo za pomocą takich „wiszących” liczb można udowodnić właściwie wszystko.
        I właściwie tylko o to mi chodzi, o rzetelność informacji w tego typu publikacjach, filmach, bo bez niej łatwo mieć przypiętą łatkę „oszołoma”, z którym nikt, kto się „liczy” nie chce rozmawiać o zmianach na lepsze.

        Na końcu chciałabym podkeślić mój podziw dla Ciebie i pracy, którą musisz wykonać przy każdym swoim wpisie.

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          Masz rację Kachno co do ot tak ‘wiszących’ liczb; przyznaję, że nie zawsze zwracam na to uwagę, tak wiele bowiem publikacji już na ten temat przeczytałam, że i bez ‘dowodów’ w tego typu liczby wierzę ;) Ale rozumiem, że niektórzy inaczej do tego podchodzą.
          Teraz chyba też bardziej rozumiem o co chodziło Ci w krytyce ‘Food, Inc’ i może faktycznie szkoda, iż nie omówiono nieco innych zagadnień; niestety póki nie znajdę lepszego filmu na ten temat, nadal będę ‘promować’ ten właśnie ;)

          A co do moich wpisów, dlatego właśnie nie jestem w stanie publikować ich częściej, faktycznie bowiem przeczytanie odpowiedniej literatury, zrobienie notatek, ubranie tego w słowa i napisanie później wszystkiego – zajmuje niestety sporo czasu; tym bardziej, że nie zawsze można sobie pozwolić na to, by kilka godzin spędzić tylko i wyłącznie na pisaniu dla przyjemności ;)

          Odpowiedz
          1. Kachna

            W Twoich wpisach, czy właściwie artykułach, widać ten ogrom pracy. Za to co robisz – wielkie dzięki. Dzięki również za możliwość dyskusji. Życzę wytrwałości i czasu!

            Pozdrawiam!

          2. Bea Autor wpisu

            Kachno, gdy niektórzy się dziwią i pytają dlaczego to robię (przecież to TYLKO blog, a ja poświęcam mu tyle czasu…), to odpowiadam, że robię to już nie tylko dla siebie, ale właśnie dla tego typu czytelników; i gdy widzę, że to co robię / piszę kogoś interesuje, to nie liczę czasu, tylko dalej robię swoje ;)
            Niedawno Flowerek a propos wpisu o tuńczyku napisała, że nawet jeśli tylko jedna osoba dowie się z tego typu tekstów czegoś nowego, to i tak warto o tym pisać i propagować. I przyznaję, że sporo jest w tym racji.

            Pozdrawiam Cię serdecznie! I raz jeszcze dziękuję za wizytę, komentarze i naszą wirtualną rozmowę :)

  10. Sissi

    Cieszę się, że Ty też unikasz niby-bio z Maroka na przykład.
    Dzięki serdeczne za linki mięsne! Bardzo się przydadzą!
    A propos win, mówiłam raczej o winach francuskich, szczególnie burgundach, na które się regularnie rujnuję… Wiem, że moi ulubieni producenci mają uprawy prawie albo zupełnie bez chemii, ale nie dbają o certyfikaty bio, bo jakość mówi za siebie. Zupełnym ignorantem jestem jeśli chodzi o wina szwajcarskie powyżej, powiedzmy 15 franków za butelkę… Wstyd się przyznać, ale kilka lat temu zaczęłam winną edukację od win francuskich, trochę czasem fantastyczne wina portugalskie, hiszpańskie, włoskie czy niemieckie odkrywam dzięki mojemu nauczycielowi-sprzedawcy, ale szwajcarskie do tej pory znam tylko z kategorii „win na codzień”.
    Ja jestem bardzo mięso-, rybo- i skorupiako-żerna, chociaż dużo mięsa nie jem i rzadko wieprzowinę czy wołowinę, raczej zdrowsze kurczaki, ostatnio więcej skorupiaków i ryb… Od małego dziecka pamiętam, że jak szalona na mięso się rzucałam (to zupełnie odwrotnie niż Ty!) Pod hasłem „mięso” mam na myśli również ryby i skorupiaki. Chociaż teraz często sery, grzyby, jajka i tofu to psychologicznie akceptowane przeze mnie elementy, które sprawiają wrażenie, że posiłek jest kompletny. (Aha i pierogi leniwe to ogromny wyjątek!!!)
    Odżywianie i styl życia to bardzo skomplikowane rzeczy, każdy ma inne priorytety, każdy co innego uważa za etyczne lub nie (osoby podróżujące po Europie ekologicznie – tylko pociągiem, sortujące śmieci, nie włączające klimatyzacji żeby benzyny mniej zużyć w samochodzie, ale za to kupujące kurczaki z klatek,itp…). Chyba najważniejsze, że każdy jest świadom tego, co robi, konsekwencji tego jak żyje i że robi maksimum, tego, co jest w stanie.
    Bardzo doceniam to, że Ty jesteś tak otwarta i spokojna i bez werbalnej przemocy się na te tematy wypowiadasz, tłumaczysz, bez dawania lekcji. Jestem pewna, że wiele osób po przeczytaniu Twojego posta zmieni styl życia troszkę…

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Daj znać w takim razie, jeśli na którąś z tych farm się wybierzesz i przede wszystkim – czy będziesz zadowolona z zakupów :)
      Co do win, to ja niestety nie jestem wielką znawczynią :/ Najczęściej to u teściów kosztuję różnych dobrych trunków, choć przyznam, że nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich producentów i roczników, więc w razie potrzeby proszę teściów o pomoc i radę ;) Jeśli chcesz, to chętnie dopytam o szczegóły dotyczące tych ‘lepszych’ szwajcarskich win. A zanim to uczynie – może ten link Ci się przyda ? :)
      http://www.bilan.ch/bien-vivre/les-10-plus-grands-vins-suisses

      (jeśli lubisz białe, lekko słodkie, to może posmakuje Ci Mitis lub Marsane Blanche? ja za białymi nie przepadam, ale te dwa goszczą u mnie bardzo często ;)).

      A wracając do jedzenia, to ja ani za rybami, ani za owocami morza niestety nie przepadam :/ Szczerze mówiąc, to najchętniej jadłabym same warzywa, szczególnie te wszystkie kochające słońce i lato :) Grilowane warzywa, trochę koziego sera i dobre, czerwone wino to dla mnie kolacja idealna ! :D
      Mój sposób jedzenia zmienił się prawie 20 lat temu, dzięki przyjaciółce a później również dzięki mężowi. To dzięki nim posmakowałam tofu, alg, kiełków i innych tego typu produktów; to dzięki nim zaczęłam zupełnie inaczej gotować (a właściwie zaczęłam od zera, niewiele bowiem wtedy jeszcze o gotowaniu wiedziałam ;)). Wypożyczałam książki, chodziłam na kursy i wykłady, ale nigdy nie popadałam w skrajność czy fanatyzm; jem mięso, gdy mam na nie ochotę, ale nie lubię jego smaku na tyle, by móc je jeść codziennie (cieszę się więc niezmiernie, że mąż wege ;)).
      A co do ludzi i ich stylu życia, to przecież nic na siłę nie da się zrobić. A ja i tak ‘robię swoje’ i powtarzam, że dla mnie jest to tak samo ‘normalne’ i naturalne jak fakt, że papierka nie wyrzucam bezpośrednio na ulicę, tylko do kosza. Segreguję śmieci na ile mogę, używam minimum niezbędnej chemii, na codzień podróżuję komunikacją miejską, choć gdybym mieszkała gdzieć, gdzie tej komunikacji niema, to przecież też robiłabym zakupy samochodem. Ważne według mnie jest to, by choć trochę, od czasu do czasu, pomyśleć o czymś więcej niż o czubku naszego nosa ;)

      Odpowiedz
      1. Sissi

        Dzięki serdeczne za linka, poczytałam sobie i zapisałam! Co do win lekko albo bardziej słodkich, niestety nie posunęłam jeszcze swojej wiedzy i doświadczeń organoleptycznych na tyle żeby je móc doceniać…
        Dopiero od niedawna potrafię doceniać np. dobre szampany i widzę teraz, że przy winach albo się wydaje niewielkie pieniądze albo szkoda kasy jeśli człowiek nie podejdzie przez pewien czas metodycznie i poważnie do picia nowych rzeczy. Z winami nie jest łatwo…
        W razie czego zwrócę się do Ciebie o pomoc w wyborze win szwajcarskich!

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          Spróbuj koniecznie Mitisa, może i Tobie posmakuje? Ja zakochałam się w nim do szaleństwa ! ;)
          http://www.jrgermanier.ch/fr/vin-mitis_amigne_de_vetroz_35.html
          (daj koniecznie znać, jeśli go przetestujesz ! ;))

          A jeśli nie masz jeszcze dosyć linków ;) to tutaj kolejny, do testów szampanów oraz win musujących (przeprowadzony ‘na ślepo’, przez specjalistów). Jego wyniki są dosyć niesamowite, ponieważ ostatni na liście znalazł się szampan… Veuve Cliquot! A na pierwszym miejscu pseudo ;) szampan (czyli wino musujące) rodem z okolic Genewy! Tak więc nie zawsze cena i prestiż idą w parze z jakością. Tutaj szczegóły :
          http://www.tsr.ch/emissions/abe/1376115-de-belles-bulles-a-portee-de-toutes-les-flutes.html

          Odpowiedz
  11. Gospodarna Narzeczona

    Lubię tak sobie u ciebie poczytać. Ostatnią książkę przeglądałam, jakoś mnie nie zachwyciła.
    Dawno temu czytałam jakąś książkę o Kuchni pięciu przemian i w sumie dość podobne zasady tam przedstawiono ( poza tym całym podziałem produktów). W sumie to nic odkrywczego jedynie powrót do przodków. A ja jakoś wierzę przodkom. Co prawda mięso jadam, mój organizm zauważyłam czasem się go domaga, ale raz na tydzień wydaje mi się zbliżające do natury. Żałuję że zdobycie prawdziwie eko mięsa jest nadal trudne, ale przymierzam się do własnego ;-) Myślę że dane dotyczące zużycia dotyczą raczej produkcji przemysłowej. Hodowla lokalna i na małą skalę na pewno tyle nie zużywa.
    Zawsze podchodzę z rezerwą do takich wyliczeń. Czytałam kiedyś opracowanie, że rowerzysta jest nieekologiczny, bo tyle i tyle energii wydatkuje na wysiłek co w porównaniu ze zużyciem paliwa…
    A E.coli wszyscy mamy w przewodzie pokarmowym i tylko niektóre szczepy są chorobotwórcze.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Narzeczono, dokładnie tak – powrót do przodków. Ciekawa jestem, czy moi dziadkowie (rolnicy) cieszyli by się z mojego podejścia do tematu, czy współczesne życie by im się podobało czy jednak nie…
      Co do wszelakich statystyk i obliczeń, to i ja podchodzę do nich z dużą rezerwą, tym bardziej, że praktycznie wszystko da się udowodnić, jeśli bardzo się chce. Jednak od czasu do czasu warto pewne tematy poruszyć i pewne rzeczy sobie uświadomić.

      PS. Mój organizm też się czasami mięsa domaga, ale generalnie nie częściej niż raz w miesiącu ;)
      (a co do E.coli, to właśnie dlatego podlinkowałam ten niebezpieczny (jeden z wielu…) szczep, by zainteresowani sobieo nim poczytali ;))

      Odpowiedz
  12. Anna Maria

    Beo, dziękuję za ten wpis. Kiedy przeczytałam bardziej skupioną na konsekwencjach produkcji mięsa i traktowaniu zwierząt hodowlanych książkę Foera (czyli Eating Animals), byłam skłonna wrócić do wegetarianizmu (przez 10 lat nie jadłam prawie mięsa, raz na jakiś czas tylko ryby lub drób, np. gdy byłam u kogoś z wizytą) ale ze względów praktycznych nie było to możliwe. Skłoniłam jednak M do kupowania drobiu wyłącznie z certyfikatem Freedom Food (w UK dostają go tylko farmy spełniające ostre humanitarne kryteria); jeśli kupujemy inne mięso, jest albo organiczne, albo od miejscowego rzeźnika.
    Książka Foera podaje te same fakty, co książka Bittena, a nawet więcej, no i jest bibliografia (to apropos jednej wcześniejszej wypowiedzi osoby komentującej), jest jednak bardziej wstrząsająca, bo Foer wkradł się np. na farmę przemysłową, nielegalnie, w nocy, żeby na własne oczy zobaczyć straszliwe warunki hodowli. Ostatni rozdział poświęcony jest też prognozom demograficznym, i to jest wizja przerażająca.
    Osobiście po tych wszystkich lekturach można dojść do bardzo pesymistycznych wniosków – przeludnienie i wzrost konsumpcji mięsa i produktów mlecznych w Chinach oraz Indiach doprowadzą do tego, że wegetarianizm będzie być może przymusowy, a nawet, o czym wspomina Stephen Hawking, będzie wielki światowy konflikt o zasoby naturalne. Dzika przyroda zostanie zredukowana do rezerwatów przyrody, a i to nie jest pewne…Generalnie większość problemów ludzkości rozwiązałoby ograniczenie populacji, ale to grząski grunt, ponadto wymaga ogólnoświatowej współpracy… W każdym razie, ja robię to, co w moim skromnym zakresie mogę, i Ty także; -) W Pl, gdzie kuchnia narodowa kręci się wokół mięsa, za mało się o tym pisze i mówi.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Anno Mario, podpisuję się pod wszystkim, co napisałaś! Czytam właśnie teraz ‘Eating Animals’ (po francusku ;)) i moje wnioski są niestety takie jak Twoje:/
      Warunkami życia zwierząt hodowlanych zainetresowałam się naście lat temu i choć widziałam już wiele reportaży i zdjęc z takich przemysłowych farm, to każda kolejna książka / film / dokument na nowo niestety bardzo mnie porusza i dotyka. I czasami miewam chwile zwątpienia, czy to sie kiedykolwiek zmieni…
      Niestety tak jak piszesz, problem jest dosyć kompleksowy, ponieważ nie chodzi w tym wszystkim o samą produkcję i spożycie mięsa, ale również o niesamowicie szybki przyrost ludności, ale to faktycznie grząski grunt…
      (certyfikat Freedom Food to świetna rzecz !)

      Odpowiedz
      1. Misia

        Książkę zapisuję na liście do szybkiego przeczytania i zazdroszczę tego, ze w UK jest coś takiego jak Freedom Food. W wielu miejsach w PL, gdy od czasu do czasu kupuję mięso patrzą na mnie z wielkim zdziwieniem na twarzy jak pytam z jakiej hodowli pochodzi. Tak samo jak mówię, że jestem prawie wegetarianką, bo od czasu do czasu zjem rybę, a wyjątkowo nawet mięso. W PL najbardziej mi brakuje kultury szacunku do wyborów innych niz schabowy z ziemniakami, szacunku dla zwierząt i otwartości kulinarnej na poszukiwanie nowych smaków i kombinacji.

        Jeszcze raz dziękuję Beo za wpis!

        Odpowiedz
  13. Inkwizycja

    Beo, dziękuję że zadałaś sobie tyle trudu i napisałaś aż tyle ;-) To bardzo ważne, dla wielu osób być może odkrywcze, dla innych – w tym mnie – nie jest to nowina, ale te przytoczone argumenty, liczby, dane – porażają, a jednocześnie utwierdzają mnie w przekonaniu, że warto i należy propagować zdrowe żywienie, warto zapłacić więcej za żywność nieprzetworzoną, warto zadać sobie trud i samemu przygotować odpowiedni posiłek. Zmienić nieco styl życia.
    Niedawno była akcja „godzina dla Ziemi” – gaszono żarówki, ale mało kto (ja nie słyszałam) wspominał, jakie spustoszenie robi przemysłowa hodowla zwierząt rzeźnych.
    A ostatni argument jest najważniejszy. I najbardziej przykry. Interesuje nas, kochana Beo…
    Ale własne „biegające mięsko”?! O, nie! Wolę własnego pomidora ;-)
    Ściskam czule!

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      No właśnie Inkwizycjo, z lekka porażające są te dane, prawda? I też mam nadzieję, że może choć część z nas zmotywuje to do – choć niewielkiej – zmiany jadłospisu. To naprawdę nie jest tak trudne, jak się wydaje.
      Akcja “godzina dla Ziemi” jest z całą pewnością również potrzebna, jednak wydaje mi się, że to właśnie sprawa naszej żywności, jej produkcji i jej wpływu na środowisko ma równie duże, a może i większe znaczenie; tylko faktycznie niewiele się o tym mówi / pisze, a szkoda.
      PS. Mój mąż mówi, że stał się wegetarianinem właśnie dlatego, iż woli patrzeć na żywe zwierzaki właśnie ;))

      Odpowiedz
      1. Inkwizycja

        Beo, co prawda jem znikome ilości mięsa, ale Twój post sprawił, że odechciało mi się go w ogóle ;-))
        Z tym chudnięciem… jakoś nie chce się to stać „samoistnie”, mimo iż czekolada od Ciebie była słodkim wyjątkiem ;-) tylko że niespecjalnie mi na tym zależy… wolę CZUĆ się dobrze.
        A więc – niech ŻYJĄ zwierzęta!

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          Inkwizycjo, mnie w takich momentach też się go odechciewa, przynajmniej na jakiś czas…
          A co do chudnięcia, to nie należy zapominać, że zasz organizm jest niezwykle skomplikowaną machiną i niestety nie każdy tak samo reaguje na każdą dietę (i nie chodzi mi tylko o te odchudzające). Ważne jest również jak psychicznie do tego wszystkiego podchodzimy i – tak jak piszesz – najważniejsze jest, by czuć się dobrze !

          Odpowiedz
  14. Lekka

    Wiesz, Bea, że to są sprawy, które mnie żywo interesują – bardzo mi bliskie. Sama doszłam do podobnych wniosków już kilka lat temu i efekt przerósł moje oczekiwania.
    Na początek – zgubione 68 kg – więcej, niż sama ważyłam. Zawsze mówiłam, że zgubiłam swojego klona i że przez wiele lat nosiłam na plecach drugiego człowieka…
    Z otyłością kliniczną nie mogłam przejść więcej, niż 10 metrów.
    Miałam operacyjne stadium refluksu i spałam na siedząco, a także jadłam duże pudełko Rennie dziennie.
    3 razy do roku dopadało mnie zapalenie oskrzeli, bardzo bolały kolana – nie byłam w stanie usiedzieć dłużej, niż pół godziny i doszło do zwyrodnień kości stóp. Miałam też nawracającą drożdżycę wskutek zbyt dużej podaży cukru.
    I inne jeszcze choroby, o których już może nie będę tu pisać – tak przykre.

    Dzięki zmianie sposobu odżywiania jestem innym człowiekiem.
    Obecnie nie cierpię na ŻADNE nawet najmniejsze dolegliwości – wbiegam na 4 piętro, czego nie robiłam nawet w 8 klasie i w ogóle nie choruję.

    To NAPRAWDĘ działa.
    Ludzki organizm jest jak fabryka. Kiedy pracuje na dobrych surowcach – wytwarza dobre produkty, traktowany jak śmietnik szybko „odwdzięcza” się śmieciową reakcją – chorobami, a czasem wręcz przedwczesną śmiercią.

    Bardzo dobry tekst.:)

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Wow, 68 kilo?!? Niesamowite… Ale w sumie nie dziwi mnie to, bowiem gdy z powodu alergii bardzo mocno ograniczyłam produkty odzwierzęce, to – jędząc dokładnie tyle samo – też nagle zauważyłam spadek wagi. Teraz tylko miłość do serów przeszkadza mi w ‘dietowaniu’ ;)
      Wiesz, gdy czytam to co piszesz, to zastanawiam się, dlaczego tak wiele osób nie chce spróbować tak naturalną (i najprostszą chyba) metodą jaką jest nasze pożywienie – pomóc sobie, wyzdrowieć, schudnąć, itp. I nie chodzi mi o kilka kilogramów, które chcemy zgubić przed powrotem na plażę ;) ale o przypadki naprawdę ważne dla naszego zdrowia, a czasem i życia.
      Jestem pod wielkim wrażeniem tego, przez co przeszłaś i czego dokonałaś i domyślam się, że na pewno nie było łatwo. Tym bardziej więc podziwiam i gratuluję, i dziękuję że zechciałaś tutaj o tym napisać!
      I zgadzam się z Tobą, że jeśli będziemy traktować nasz organizm jak śmietnik, to niestety tak właśnie ‘śmietnikowo’ będzie on reagował, choć nie wszyscy oczywiście w to wierzą twierdząc, że pan czy pani X je właśnie tak a nie inaczej i przecież żyje i nie choruje na żadne straszne choroby :/ Tyle tylko, że – jak pisze również Bittman – nie każdy palacz choruje i umiera na raka płuc, jednak dziś nikt już chyba nie ma wątpliwości, że palenie jest dla nas szkodliwe.
      Mam więc nadzieję, że i nasz stosunek do jedzenia się kiedyś zmieni, oby jak najszybciej ;)

      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie !
      I raz jeszcze dziękuję za ten komentarz :*

      Odpowiedz
  15. An z Chatki

    Interesujące wnioski :) osobiście, w żywieniu siebie i rodziny kieruję się zdrowym rozsądkiem i oczywiście alergiami domowników ;) u mnie bardzo dużo zjada się warzyw (kupuję w zieleniaku, który prowadzi facet-producent lokalny), tak procentowo to 80 % warzyw 20% mięsa i ryby.
    To na co zwracam uwagę kupując produkty w marketach, to czy, sa modyfikowane genetycznie. Fasola ma miec rozmiary fasoli, a nie banana :) cóż więcej, kupuje produkty bio.
    Jem mięso, ale nie akceptuję hodowli kur/trzody w klatkach i uwłaczających godności warunkach i dlatego kupuje jajka ze znakiem „0″, oraz wędliny bio z certyfikatem, mięso bio z certyfikatem. Czasami kupuję u miejscowego rzeźnika, ale nie zawsze mnie na to stać.

    To z czego gotuja w restauracji nie mam wpływu, ale napewno, nigdy nie zamówię homara, ponieważ zywe wrzuca się do wrzącej wody, a tego nie akceptuję. Nie przyczynie się do męczarni homara.
    Tuńczyka kupuję tylko ze znaczkiem ochrony delfina.
    Cóż moge jeszcze napisać – ” jesteśmy tym co jemy” i o tym staram się zawsze pamiętać. Myślę, że ta świadomość się zwiększa.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      An, i o to najbardziej chodzi : zdrowy rozsądek i raz jeszcze zdrowy rozsądek ! A z tego co piszesz, to Ty chyba niewiele już w swoim jadłospisie możesz zmienić :) I podpisuję się pod tym, co piszesz również o żywności ‘nadnaturalnej’ – fasola ma mieć rozmiar fasoli ;))
      Przyznam, że i ja mam ‘problem’ idąc do restauracji, i tam więc staram się wybierać to, co wydaje mi się najbarzdiej rozsądne, tyle tylko, że nie mogę sprawdzić skąd pochodzą serwowane mi warzywa czy mięso niestety; no ale też nie jadam poza domem 3 razy dziennie, więc nie jest to aż tak olbrzmi problem.
      (a tak a propos ‘jesteśmy tym co jemy’, czy czytałaś może książkę pod tym właśnie tytułem?

      http://www.dobreksiazki.pl/b3497-jestes-tym-co-jesz.htm )

      Odpowiedz
      1. An z Chatki

        nie czytałam tej książki , ale nic straconego, jak będę w Polsce to kupię :)
        Jak byłamu rodziców, zrobiłam im obszerny wykład na temat właśnie żywności, modyfikacjach, hodowli, kur, jajek itd. Rodzice nei sa twardogłowymi istotami, wzięli sobei to do serca to wszystko i wyobraź sobie, że tak od ok 6 lat, kupują własnie produkty bio. Sprawdzają, gdzie wyprodukowane, znaleźli jakies punkty-sklepy z naturalną żywnościa, sklep organik i tam wszystko kupują. Jestem dla nich pełna podziwu, bo to starsze osoby (wydawałoby się niereformowalne), wiadomo, w kraju nie są tanie rzeczy bio, a kupują. I wyobraź sobei jeszcze tłumaczą znajomym, żeby zwracali uwage na zywność. I ze jajka w marketach sa różne i trzeba wybierac te z numerem 0, a najlepiej w bio sklepie kupowac.
        Jestem z nich naprawdę zadowolona.

        Co do książek to, na razie wczytuję się w znaczenie spożywania cukru brzozowego, jako zamiennika cukru i fruktozy. Do końca nie jestm przekonana o dobroczynnym jego działaniu, na razie widzę minusy, więc jeszcze się wczytuje.

        sciskam mocno
        An

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          An, metoda ta jest ciekawa, ale pewnie i tak już większość opisanych tam informacji znasz ;)
          I raz jeszzce brawa dla Twoich rodziców ! Moja mama też teoretycznie o wszystkim wie i się ze mną zgadza, ale w sklepie nie patrzy niestety np. na pochodzenie produktów, nie mówiąc o tym, że na półkę ‘bio’ nawet nie spogląda ;)
          Co do cukru brzozowego, to nie mam na razie odpowiednio dużo informacji, by się wypowiadać. To co wyczytałam do tej pory też mnie jakoś na razie nie przekonuje… pozostaję więc przy ‘zwykłym’ trzcinowym i syropie z agawy ;)

          Odpowiedz
          1. Misia

            O, to ja się podłączę pod ten wątek, bo jestem bardzo ciekawa co i dlaczego Was w nim nie przekonuje. Czytałam odrobinę i jednak skusiłam się i zakupiłam ksylitol / cukier brzozowy, bo wydawał mi się dobrym produktem. Widać nie udało mi się dotrzeć do jego krytyki / negatywnych aspektów.

          2. Bea Autor wpisu

            Ja na razie czytalam wiecej pozytywow niz negatywow i zastanawiam sie, czy te negatywne strony ksylitolu nie sa kreowane przez lobby ‚cukrowe’, jak np. mity o szkodliwosci stewii.

          3. An z Chatki

            Negatywy dla mnie osobiście – nie ma nigdzie dokładnie podane w jakich ilościach mozna spożywac cukier, tzn dzienna dawka i jak długo możan go spożywac żeby sobie nie zaszkodzić.
            Czytałam, że zatrzymuje spadek masy mięśniowej, myślę że to przy odchudzaniu moze byc dobre. Odchudzanie trwa jakis czas, a pózniej raczej już korzysta się z osiągnietego celu i nie odchudza. I co koniec jedzenia cukru brzozowego. To czy ja, ze nie mam potrzeby odchudzania, ani nie jestem jakims tam sportowcem, mi nie zaszkodzi.
            Kolejna rzecz, że może powodowac biegunki – to mnie martwi.

            Czytałam na jednej stronie internetowej wielki poemat chwalebny dla cukru brzozowego, że taki dobry na wszystko. To mnie mocno zastanawia i nie wierzę w środek cud, dobry na wszystko i dlatego będę jeszcze szukac inforamcji o tym cukrze.

            To co mnie pozytywnie nastawia, to ze Xylitol moze być składnikiem pasty do zębów. Jako zamiennik cukru w paście do zębów, to mnei bardziej przekonuje jako dobrą rzecz do mycia tych że zębów, niż jako zamiennik cukru do codziennego spozywania
            Myśle, ze nawet cukier zwykły jak się go je w naprawdę rozsądnych ilościach nie przeszkadza, a jak się go zamieni miodem, albo cukrem trzcinowym czy sokiem, jest super.

            Myślę, że dla diabetyków, mogłaby być to jakaś alternatywa. Jak na razie nie widziałam tego produktu spożywczego wśród produktów przeznaczonych dla diabetyków.

            Osobiście jestem sceptyczna. Jak juz to poszukam w sklepie nie wiem bio, czy alergiczno-diabetycznyn pasty do zębów i poczytam co jest w ich składzie :)

            sciskam An :)

  16. flowerek.com

    Beo, dzeki za wpis i informacje o nim. Jak zwykle jest bardzo interesujacy i poruszajacy bardzo wazny temat. Akurat wczoraj czytalam ciekawy artykul o tym jak produkty miesne i bialko zwierzece moze byc szkodliwe dla czlowieka. Autor/ka propaguje wegetarianizm, ale tez do neigo nie zmusza. Zwraca jednak uage na to, ze bledne jest myslenie, ze bialka odzwierzece sa o wiele zdrowsze od roslinnych. Pisze tez o wspomnianych przez ciebie chorobach, ktore sa powiazane wlasnie ze spozywaniem tych bialek.
    Artykul (po niemiecku) jest tutaj:http://www.zentrum-der-gesundheit.de/tierisches-eiweiss-ia.html
    Jakis czas temu ogladalam rowniez program z ARTE, o ekologicznosci tak popularnej diety Dukana. Wspominali rowniez o emisji gazow i innych szkodliwych „skutkach ubocznych” przy hodowli zwierzat. Przyznam, ze sama na tej diecie bylam, ale jak juz wiadomo, bialko zawarte jest nie tylko w miesie (chociaz czasami jest najszybciej i najprosciej osiagalne).
    Przeczytalam takze czesc dyskusji/komentarzy. Zgadzam sie co do zachowania rozsadku. Ja rowniez nie zmuszalabym nikogo do przejscia na wegetarianizm, ale przynajmniej, podczas kupowania miesa, powinno sie pomyslec o jego zrodle. Jak sprzedawca go nie zna lub nie potrafi mi powiedziec jak zwierzeta sa np. karmione, to jest juz dla mnie znak niepokojacy. Ile osob w ogole o to sprzedawcow nie pyta?! To, o czym piszesz, sa rzeczy, ktorych w zasadzie kazdy interesujacy sie jedzeniem czlowiek wie. jednak nie kazdy o tym pamieta robiac zakupy. Szybo sie zapomina o nieszczesliwych zwierzetach, brudnych wodach, chorych i glodujacych ludziach itp.Wydaje mi sie, ze duzy wplyw na to maja tez ceny produktow. Chociaz, zauwazylam, ze czasami produkty bio (przynajmniej w DE), sa nawet tansze od „normalnych” produktow. Czytam jednak czasami Öko Test i z niepokojem patrze na testy porownujace produkty bio (zarowno zywieniowe jak i kosmetyczne). Czasami wlasnie, tak jak juz tu bylo wspomniane, lepiej kupic lokalne produkty w sezonie, niz kupowac tzw. bio przywozone kontenerami z drugiego konca swiata. przynajmniej wiadomo jakie sa tu przepisy i standardy. Nie wiem za to na ile „naciagane” sa przepisy dot. produktow bio w np. Egipcie.
    Przepraszam na dosc chaotyczny wpis, ale moglabym pisac i pisac, bo problemow do przedyskutowania jest wiele. Chcialam tylko w skrocie wyrazic moje poparcie co do rozsadnego zywienia i informowania innych o tym co jedza.

    Beo, po ilosci i dlugosci komentarzy widac, jak wazne sa tematy, ktore poruszasz. Czekam na wiecej :) Pozdrawiam, Basia

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Flowerku / Basiu, cieszę się, że i ten wpis przypadł Ci do gustu :)
      I oczywiście zgadzam się, że to temat rzeka, więc można by pisać i pisać…
      Dziękuję za linka do artykułu, przetłumaczę sobie wujkiem Googlem i chętnie przeczytam.
      Na ARTE jest sporo świetnych programów, ten linkowany przeze mnie (w komentarzach) o pestycydach również właśnie tam był emitowany (ale tego o diecie Dukana akurat nie widziałam, poszperam więc w czeluściach internetu).
      Wiesz, nadal niestety wiele osób nie zastanawia się nad tym w jaki sposób zwierzęta są karmione, czy jak wygląda uprawa warzyw i zbóż; i choć rozumiem oczywiście, że cena niestety jest ważna, to myślę, że często jest to również kwestia wyboru. Ja wybieram jedzenie, zamiast kolejnego, drogiego ciucha, nowego samochodu czy wakacji pod palmami; ale to mój wybór i absolutnie nie oczekuję, że wszyscy powinni to naśladować. I tak jak pisałam wyżej – często, kupując na targu czy na farmie, wcale nie płacę mniej, ale wiem za co płacę, to raz, a dwa – wiem komu za to płacę, za ciężką pracę i codzienny trud. I to też jest dla mnie bardzo ważny argument. Oczywiście gdybym nagle znalazła się bez pracy i musiała żyć np. z minimum socjalnego, to i moje zakupy nieco inaczej by wyglądały, ale i tak jednak uważam, że zawsze mamy wybór, wystarczy tylko choć troszkę chcieć :)

      PS. Dziękuję, że napisałaś!

      Odpowiedz
  17. Sissi

    Wcale nie mam dość linków oczywiście! Ja ten test szampanów znam! Kiedyś czytałam albo oglądałam, nie pamiętam. I wcale nie jestem zdziwiona, bo nawet jak jeszcze nie przeszłam „inicjacji” szampana, ale już trochę znałam się na winach, uważałam, że Veuve Cliquot jest okropny…. Żaden szanujący się sprzedawca win nie powie Ci, że to dobry szampan, a z drugiej strony wszędzie go sprzedają, „bo klienci nie chcą kupować nieznanych szampanów i nie zastanawiają się nad smakiem”… Szampan jest traktowany bardzo niepoważnie, nawet przez amatorów win. Aby były bąbelki i już. Najgorszym problemem w produkcji szampana jest dodawanie cukru w ogromnych ilościach, legalne (nie jak w przypadku win niemusujących). Nawet szampan wytrawny ma pełno cukru często, bo winogrona są tak kwaśne, że potem przy testach wychodzi szampan wytrawny… Jesteśmy tak przyzwyczajeni do szampana z masą cukru, że pierwszy w życiu szampan zrobiony z winogron wysokiej jakości z mała ilością cukru jest szokiem. Nie wspominam o szampanach zero cukru… Moi ulubieni dwaj producenci szampana to pani i pan, obydwoje nieznani i bardzo trudni do znalezienia w sklepach czy restauracjach, nie mówiąc o supermarketach, ale ceny mają tak samo wysokie jak znane marki i sprzedają wszystko i to z góry, koneserom, nielicznym sprzedawcom win (jak mojemu) i do… Japonii (!!!). Dzięki za linki jeszcze raz i za radę, spróbuję Mitisa.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Sissi, masz niestety rację co do ‘cukrowych’ szampanów; i niestety nie jest łatwo znaleźć coś dobrej jakości i bez cukru :/ Tym bardziej więc cieszy, że są jeszcze tacy producenci jak Ci ‘twoi’ :)

      Odpowiedz
      1. Sissi

        Bea, w razie jakbyś miała ochotę spróbować, pani nazywa się Marie-Noëlle Ledru (chyba nie ma strony www, w każdym razie nie znalazłam), a pan (a raczej panowie) Pierre Gimonnet & fils http://www.champagne-gimonnet.com/, uwaga, bo jest jakiś inny Gimonnet (brat?kuzyn?), nie Pierre w każdym razie i nie &fils, próbowałam kiedyś przez przypadek i naprawdę nieciekawy, więc trzeba pamiętać, że Pierre :-) Nie radzę na pierwszy raz brać szampana bez cukru (non dosé), bo i tak przy mało słodzonym „zwykłym” doznaje się przyjemnego szoku :-)

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          Dziekuje serdecznie za info! Nazwisko Marie-Noëlle Ledru nie jest mi zupelnie obce, bardzo mozliwe ze czytalam kiedys jakis artykul, gdzie ‚mignelo’ mi jej nazwisko wlasnie; za to o Pierre Gimonnet & fils slysze po raz pierwszy, zapisuje :) I dziekuje za rady :)

          Odpowiedz
  18. Kasia

    Przez kilka lat nie jadłam mięsa, teraz sporadycznie, także dlatego, że nie bardzo umiem je przyrządzić. ;-)Książki, o której piszesz nie czytałam, ale wiele razy zaglądałam do „Antyraka”, takiej amerykańskiej książki o żywieniu napisanej przez faceta, który za pomocą diety kontroluje swojego raka mózgu. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, podobnie jak dokument „Food, Inc”. Cudowny post!

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Kasiu, ja też na mięsie zupełnie się nie znam, ale to przecież normalne jeśli się go nie je / konsumuje sporadycznie, jednak nie przeszkadza mi to specjalnie ;)
      Czy książka ‘Antyrak’ to ta Davida Servan-Schreibera ? Jeśli tak, to i ja ją znam, mam i po jej przeczytaniu też w sumie zmieniłam parę rzeczy w moim jadłospisie (choć sporo i tak już ‘nieświadomie’ robiłam ;)).
      A ‘Food, Inc’ mimo wszystko robi wrażenie, prawda ? Nawet jeśli sporo można temu dokumentowi zarzucić, to mimo wszystko warto go obejrzeć.

      Odpowiedz
  19. Misia

    Fantastyczny wpis, temat i komentarze – czyta się jak najlepszy artykuł. Sama nie wiem co dodać od siebie, bo wszystko co piszesz jest mi bardzo bliskie (zarówno w art. jak i komentarzach), jedyna różnica jest taka, że mój P. uwielbia mięso :/ No ale jakoś udaje mi się przez tydzień gotować po mojemu, a w weekend P. szaleje z radości u mojej mamy na obiedzie, bo w końcu jest coś innego niż zielenina ;)
    Książki nie czytałam, ale na pewno się skuszę. Skończyłam właśnie lekturę Pollan Manifestu wszystkożerców i też jestem pod wrażeniem. Szykowałam wpis o tej samej tematyce, ale Twoje są zdecydowanie ciekawsze, więc mój odłożyłam do lamusa ;)

    Pozdrawiam ciepło :)

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Misiu, gdyby X lat temu okazało się, że mój mąż jest ‘mięsny’, to pewnie i na moim stole częściej by się ono pojawiało, ale zawsze można znaleźć jakiś złoty środek, np. tak jak u Was ;)
      Cieszę się, że i Ciebie ‘Manifest’ zainteresował; wiesz, pisania na tego typu tematy nigdy nie za wiele ! Warto je regularnie ‘odświeżać’ ;)

      Odpowiedz
  20. Skrzydełko czy nożka

    Chciałam Pani serdecznie podziękować za poruszanie tematów związanych z ekologią na blogu. Sezonowość, lokalność i sposób hodowli zwierząt to kwestie tak istotne przy gotowaniu posiłków a tak bardzo ignorowane i zaniedbywane.
    pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne:)

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Skrzydelko, dobrze jest wiedziec, ze sa wokol nas ludzie zwracajacy na to uwage. Dla mnie to podstawa zakupow i mojego kucharzenia. Inaczej nie potrafie, nic na to nie poradze ;)

      Odpowiedz
  21. buruuberii

    Bea, jest to smutne ale my ludzie „zabijamy powoli nasza planete”, a caly przemysl, metalowy, petrochemiczny? To jest straszne i boje sie ze nie opanujemy tego, wiem ze nalezy zaczynac od siebie, ale absolutnie nie mamy wplywu na to co sie dzieje w fabrychach, zreszta czesto nie mamy wplywu nawet na to co robia i mysla nasi znajomi…

    Pozdrawiam serdecznie :)

    PS. Bea, a jakie jest zrodlo tych faktow ktore przytaczasz – z ciekawosci pytam…

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Basiu, oczywiscie ze do tego jeszcze dorzuca sie caly przemysl itd., ale nie oznacza to (dla mnie), ze tylko dlatego ja na nic nie powinnam uwazac; to tak jak przyklad z papierkiem wyrzucanym bezposrednio na ulice lub do kosza, o czym wspominalam wyzej w komentarzach.

      A co do faktow, to czy chodzi Ci o te w poscie? Czy o cos o czym pisalam w komentarzach? Jesli o te z wpisu, to wszystko pochodzi z ‚Food Matters’ (z reszta bardzo podobne statystyki sa np. u Pollana lub w wielu dokumentach / reportazach jak niedawny ‚Home’ np.).
      Wiem wiem, powinnam z pewnoscia dotrzec do samych zrodel, dla mnie jednak zapewnienie takich osob jak Bittman, Pollan czy Eric Schlosser ze dane te pochodza z raport XY (ktore sa cytowane w bibliografii) wystarcza (wiem, moze nie powinno… ale mi wystarcza :))

      Odpowiedz
  22. sniezka.gotuje

    Food, nothing else metters :) Przyszło mi na myśl, czytając twój post. Żałuję, że w Polsce nie ma czegoś takiego, jak kupno udziałów w produkcji danego gospodarstwa. To bardzo popularna forma w rolniczych stanach USA. Kupuje się udział w plonach i przez cały rok otrzymuje się swoje udziały w naturze: warzywach, owocach, jajkach, mięsie. Wszystko jest ekologiczne i ze sprawdzonych źródeł. Nie jest to może tania impreza, ale wielu ludzi woli wspierać w ten sposób lokalnych rolników. Oczywiście ponoszą też ryzyko, bo może być nieurodzajny rok, niskie plony… Takie jest właśnie życie rolnika, zależnego od przyrody. Mam nadzieję, że nasi rolnicy też wpadną na takie pomysły, chętnie jeździłabym po świeże jaja, groszek cukrowy, kukurydzę, pomidory, fasolę, cebule i inne sezonowe warzywa na zaprzyjaźnioną farmę, którą wspieram finansowo. W końcu wiedziałabym za co płacę.
    Pozdrawiam
    Śnieżka

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Śnieżko, kupno udziałów o którym wspominasz to świetna sprawa ! Ciekawa jestem czy i kiedy mogło by się to przyjąć w Polsce… I tak jak piszesz : mimo, iż nie jest to może najtańsza forma robienia zakupów, to warto wiedzieć co się je i komu (i dlaczego) się za to płaci. A lokalna produkcja naprawdę zasługuje na wsparcie.
      Dla mnie zakupy na farmie to coś, bez czego trudno by mi teraz było wyobrazić sobie moje kulinarne życie. Produkty są niesamowicie świeże (zrywane tego samego dnia, często kilka godzin przed otwarciem), pomidory np. jeszcze ciepłe od słońca i pachnące krzakiem, z którego je zerwano; prawie jak wakacje u babci z dzieciństwa ;)

      Odpowiedz
      1. sniezka gotuje

        Może za kilka lat sama takie gospodarstwo poprowadzę :) Bo tak mnie ciągnie, tak mnie nęci i wydaje mi się, że to właśnie to. A przecież są przesyłki kurierskie i nawet jeśli ktoś nie chce się co chwila fatygować można mu w jeden dzień, co ja mówię w kilak godzin przesłać świeże warzywa czy owoce :) Dojrzewam do tego pomysłu i odkładam fundusze…

        Odpowiedz
  23. wioletta

    Beo,pan Bittman jest uroczy.Wlasnie stalam sie jego fanka!!!Wczytuje sie w jego przepisy-sa proste i zdrowe.Dzieki za uswiadomienie mnie o jego egzystencji.Pozdrawiam cieplutko

    Odpowiedz
      1. wioletta

        Dolkadnie od wczoraj wieczor siedze niemalze przyklejona do krzesla(o co nie trudno,bo ataki rwy kulszowej nie daja od miesiaca za wygrana)czytajac namietnie posty i komentarze dot. Food Matters.
        Poprzedni moj komentarz byl tak beznadziejnie krotki-teraz za to „sie wykaze”,ha,ha…
        A powaznie mowiac Beo,to jestem pelna podziwu i szacunku dla Ciebie za chec dzielenia sie tak obszernie z nami,w wiekszosci anonimowymi,osobami na necie,tym co sama wiesz,w co wierzysz i co stanowi twoja codziennosc.
        Ja stracilam zdrowie ok 9-ciu lat temu.Od tego czasu doksztalcam sie sama,niemalze codziennie.Dotyczy to szeroko pojetej dietetyki,leczenia jedzeniem,ekologii itd…Wsiaklam w to definitywnie i szalenie to lubie.Dzieki Bogu,ze istnieje internet!!!
        We Francji,gdzie mieszkam,strasznie jest mi trudno „w realu”znalezc takich zapalencow,ktorzy wspomagaliby mnie w coraz to nowych przedsiewzieciach ekologicznych.Nie wiem jak jest w Szwajcarii?Bo tam przeciez mieszkasz?
        Obecnie mieszkamy z mezem w Beaujolais,gdzie wiele hektarow ziemi lezy tzw odlogiem.Sa to pustostany po bylych hodowlach winogron(wszyscy pewnie znaja historie upadku ekonomicznego tego pieknego regionu).Probuje zorganizowac cos na ksztalt gospodarstw,gdzie bedzie mozna kuowac warzywa bezposrednio od „czystego”prooducenta(piszecie o tym dziewczyny obszernie,wiec nie bede przynudzac),ale niestety tutasj panuje kult opryskiwania,obsypywania wszystkiego co sie da pestycydami i innym swinstwem.Rolnicy usmiechaja sie polgebkiem,za kazdym raem,gdy wspomne o mojej idei…Ludzie tutaj (w wiekszosci)nie sa zainteresowani ekologicznym pozywieniem-liczy sie ilosc,a nie jakosc,i o zgrozo! wszechobecne miecho wieprzowe i wolowe,nieistotne z jaka iloscia antybiotykow.Troche sarkastycznie to brzmi,ale ja jestem zalamana mentalnoscia tutejszego spoleczenstwa!!!Nie zrozum mnie zle Beo,ja nie jestem nawiedzona!!!Staram sie tylko,jesli ktos pyta,nie narzucajac sie absolutnie,powiedziec to,co mysle i wiem na tematy bardzo mi bliskie…Mam wrazenie,ze jak nie jem miesa,to moi sasiedzi pukaja sie ukradkiem w czolo.(jeszcze dwa lata temu,mieszkalismy pod Paryzem, i musze powiedziec,ze tam bylo TOTALNIE inaczej-mialam wielu przyjaciol,z ktorymi dzielilismy nasze idee).Kiedys myslalam,ze swiadomosc nie zalezy od miejsca zamieszkania…
        Ale sie pozalilam!!!
        Ciesze sie,ze ta droga moge troche poprzebywac w towarzystwie ludzi,ktorzy „zdziwaczeli”jak ja.Ktorym bliska seru jest troska o naszych bliskich,przyjaciol,a takze o NASZA planete,bo przeciez to laczy sie absolutnie i nierozerwalnie.Prosze Beo, spedzaj w miare mozliwosci czas na necie,obdarowujac nas,twoich czytelnikow(i nasladowcow)tym co juz wiesz i tym wszystkim,czego sie dowiesz.(nie jestem zbyt lakoma?)
        P.S.probuje znalezc francuska wersje filmu Food Matters,ale na prozno(chce,zeby moj slubny obejrzal)Moze potrafisz mi pomoc?
        Z gory dziekuje i bardzo mocno pozdrawiam,zyczac cieplego i udanego Weekendu

        Odpowiedz
        1. Bea Autor wpisu

          Wioletto, mam nadzieję, że i ja nie sprawiam jednak wrażenia ‘nawiedzonej’, bowiem niezbyt pozytywnie mi się to kojarzy ;)
          Przykre to co piszesz o społeczeństwie z Beaujolais, niestety prawda jest taka, że spora ilość rolników ma do ziemi, upraw i hodowli właśnie takie podejście, co zawsze bardzo mnie dziwiło i nadal dziwi.
          To co piszesz o próbie zorganizowania gospodarstw, gdzie będzie można kupować bezpośrednio od zaufanego producenta to świetna sprawa! Trzymam kciuki, by się to udało. Tutaj zorganizowano np. też taką usługę (a nawet kilka…) dla ‘mieszczuchów’ ;) gdzie można zamówić ‘abonament’ na sezonowe warzywa i owoce z lokalnej produkcji, dowożone do domu lub do pewnych punktów odbioru, co jest sympatycznym pomysłem dla tych, którzy nie mogą smi pojechać gdzieś na farmę, nie tylko z powodu braku czasu, ale np. z powodów komunikacyjno-transportowych. Choć przyznam, że ja akurat z tego tyu oferty nie korzystam, wolę bowiem sama wybierać produkty, na które w danej chwili mam ochotę ;) Ale sam pomysł uważam za bardzo dobry.

          A co do ‘Food Matters’ w werji francuskiej o którą pytasz, to wiem, że na dvd są też francuskie podpisy, powinnaś więc tę wersję móc gdzieś znaleźć.

          http://www.foodmatters.tv/dvd/food-matters-the-dvd

          PS. Współczuję rwy kulszowej, niestety aż za dobrze znam ten ból ostatnio… :/

          Odpowiedz
  24. Bożena

    ciao Bea!
    Zajrzałam do ciebie po długiej przerwie i utknęłam na bardzo długoooooo…, przeczytałam pasjonujący tekst i wszystkie wypowiedzi w komentarzach. Temat, który poruszasz bardzo mnie interesują, tz: zdrowe żywienie, ekologiczne żywnośc, świadomośc tego co się spożywa, jak sie odżywia i etyczne problemy dotyczące warunków i wszystkiego co jest związane z hodowlą zwierząt. Podobnie jak ty( pisałam o tym jakis czas na moim blogu) ograniczyłam w mojej kuchni ilosc miesa do bardzo niewielkich ilości, a to z powodu wygody kucharki( czyli mnie), której nie chciało sie róznicowac meni. Mąz mój podobnie jak twoj, był przyczynkiem do mojego sposobu żywienia, a dopiero pózniej stało się tak, że włączyła się moja świadomośc i zaczęłam zwaracac uwage na to co jem i z jakiego źródła pochodzą produkty.Przekonałam się do diety bezmięsnej, ponieważ ona spowodowała moje lepsze samopoczucie. wrócę na stronę tego postu jeszcze kilkakrotnie, żeby obejrzec zalączone przez ciebie linki. swoją droga to się zgrałysmy na blogach poruszanymi tematami, bo ostani moj post dpotyczy powrotu do tradycji wypieku chleba na zakwasie sposobem domowym, zapraszam zajrzyj do mnie. mam równiez do ciebie prosbe, abys podała mi link na swoj post tam gdzie masz przepis na brioszkę – drozdzowe ciasto.Ja często je piekę i bardzo mi smakuje.Pisałam o brioszce na moim blogu i pisałam, ze przepis znalazłam u ciebie i kilka osób prosiło mnie o linki do ciebie z tym przepisem.Muszę kończyc, za bardzo sie rozpisałam.Pozdrawiam serdecznie. Bożena

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Masz rację Bożeno, nie ma to jak domowy wapiek chleba! Ja też piekę kiedy tylko czas mi na to pozwala, choć aktualnie niestety częściej na drożdżach…
      A co do brioszek, to na blogu publikowałam takie :

      http://www.beawkuchni.com/2010/01/poswiatecznie.html

      http://www.beawkuchni.com/2009/09/weekendowa-piekarnia-43.html

      http://www.beawkuchni.com/2008/12/po-witeczne-wypieki.html

      http://www.beawkuchni.com/2008/10/na-dzisiejsze-wito-chleba-proponuj-wam.html

      http://www.beawkuchni.com/2007/11/cytrusowy-weekend.html

      Pozdrawiam serdecznie !

      Odpowiedz
  25. Wiosanna

    Beo, uwielbiam Ciebie czytać. Mam okropne zaległości około blogowe, więc często wpisy przeglądam po łepkach, ale u Ciebie jestem w stanie się zaczynać, wczytać i jak zwykle stwierdzić „wow pełny, przekrojowy wpis”

    Odpowiedz
  26. menu bez glutenu

    Trafiłam przez przypadek i wsiąkłam, przeczytałam tylko ten post i całość komentarzy i już widzę, że będę tu często zaglądać. Komponowanie codziennej diety w oparciu o zdrowe i pełnowartościowe produkty jest dla mnie bardzo ważne, ponieważ mój mąż choruje na dwie choroby, w których to co ma na talerzu bezpośrednio przekłada się na jego zdrowie. Są to cukrzyca i celiakia (nietolerancja glutenu).

    I tak naprawdę od półtora roku, od czasu zdiagnozowania nietolerancji glutenu zaczęła się moja przygoda z gotowaniem i wymyślaniem takich potraw, które jednocześnie nie będą zawierały glutenu ale będą miały węglowodany niezbędne diabetykowi. Dzięki temu odkryliśmy np kaszę jaglaną i swój come back miała kasza gryczana. Do tego podczas ciąży musiałam zmienić swój sposób odżywiania na łaskawszy dla wątroby i równocześnie uzupełniający niedobory żelaza.

    I teraz jestem święcie przekonana że to co jem ma znaczenie. Poza tym zaczęłam zwracać uwagę na wszystkie pojawiające się o jedzeniu artykuły i programy tv – skutek jest taki, że wiedząc z czego się składają lub jak są produkowane moje ulubione do tej pory produkty, przestaję po prostu mieć na nie ochotę (np czekolada nadziewana poszła w odstawkę po ostatnim artykule w Wysokich Obcasach). Mam też świadomość że jestem dopiero na początku drogi, że jeszcze bardzo mało wiem, ale wierzę że warto się uczyć jak się zdrowo odżywiać w zgodzie z naturą, wg rytmu pór roku i zdrowego rozsądku. Dlatego stawiam sobie za zadanie aby to co pojawia się na naszym stole nie szło w ilość tylko w jakość. Chcę żeby moje dziecko wiedziało jak smakuje prawdziwy pomidor i chleb. Żeby wiedziało że mleko jest od krowy a nie z kartonu.

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Menu bez glutenu, witaj :)
      Tak jak piszesz, to właśnie organizm często dyktuje skład naszego menu; domyślam się, że nie zawsze jest łatwo je komponować przy cukrzycy i celiakii jednocześnie, podziwiam więc Cię za chęci i energię, jaką w to wkładasz.
      Wiesz, ja też czasami mam takie chwile ‘zwątpienia’ w sklepie, gdy patrząc na niektóre produkty zupełnie mi się ich odechciewa… Ale wtedy zawsze ‘z pomocą’ przychodzą najprostsze, domowe dania. I też stawiam na jakość kupowanych produktów, w myśl zasady, że ‘im mniej, tym więcej’.

      Pozdrawiam Cię bardzo serdecznie !
      I dziękuję za odwiedziny i komentarz :)

      Odpowiedz
  27. leloop

    Beo,
    jak zwykle interesujący i dający do myślenia wpis. zresztą jak widzę nie tylko mnie poruszył :) bardzo się ciesze z takiego obrotu sprawy to jest właśnie to o co chodzi: dyskusja, wymiana myśli :)
    niedawno przyjrzałam się składowi majonezu „bio” produkowanego przez pewna znana firmę, zawierał zmodyfikowana skrobie ziemniaczana …, bez komentarza.
    mój sąsiad, producent rolny leje hektolitry chemii w trakcie uprawy (ponoć najwięcej chemii „połykają” jabłka, pryskane są do 40 razy w trakcie jednego sezonu). dostaje dotacje z Unii w zamian za używanie chemii konkretnych producentów. nie ma innego wyjścia, siedzi w kieszeni u banków, które skredytowały mu specjalistyczny sprzęt (traktory, kombajny to niewyobrażalne sumy). kolo się zamyka …
    pozdrawiam

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Leloop, dziękuję :)
      Co do dodatku skrobii do majonezu, to faktycznie bez komentarza… Dlatego właśnie dla mnie sam fakt, że coś jest ‘bio’ nie wystarcza, bo i w tego typu ekologicznych produktach można trafić na przeróżne ‘dodatki’.
      A to co piszesz o rolnikach i dotacjach, to niestety smutna sprawa, tym bardziej, że wielu z nich nie ma przecież takich zasobów finansowych, by radzić sobie bez tego typu dotacji…

      PS. Książka brzmi niezwykle interesująco ! Teraz już tylko muszę wygrać w lotto i kupić sobie dom na wsi ;))
      PPS. Wybacz, że jeszcze nie odpisałam… ale już niebawem ;)

      Odpowiedz
  28. MagdaT

    Widziałam wszystkie części Food Inc. Baardzo przykre :-( Ograniczyłam spożycie mięsa i choć wciąż nie jestem wegetarianką to teraz zwracam uwagę na pochodzenie mięsa. Jak mieszkałam w Stanach to praktycznie go nie jadłam. Mocny dokument!

    Odpowiedz
    1. Bea Autor wpisu

      Prawda Magdo? Warto jednak Food Inc. zobaczyc…
      Ja tez nie jestem 100% vege, ale zwracam uwage na jakosc / pochodzenie miesa i jem go naprawde niewiele (wlasciwie ilosci ‚sladowe’ miesnej diety innych osob). Niestety wciaz najbardziej liczy sie cena, a nie jakosc tego co trafia na nasz talerz :(

      Pozdrawiam Magdo!

      Odpowiedz
  29. Pingback: ‘Poniedziałki bez mięs’ « Bea w Kuchni

  30. Pingback: Jedenaste – nie wyrzucaj! « Bea w Kuchni

  31. Pingback: Jagody goji – na zdrowie?! | Bea w Kuchni

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>