Archiwum kategorii ‘sosy, dipy’

Paprykowo

czwartek, 3 Wrzesień 2009

poivrongrillePapryka to kolejne warzywo lata, które regularnie pojawia się na moim stole. Oczywiście nie tak często jak cukinia rzecz jasna ;)

Niestety nie najlepiej znoszę ją w stanie surowym ;) Wprawdzie bardzo lubię sam smak, lecz to mój organizm nie lubi trawić jej na surowo. Dlatego najczęściej wybieram dania, gdzie papryka jest duszona czy pieczona.

To u znajomych (ona z południa Francji, on – z południa Włoch) po raz pierwszy pokochałam paprykę w takiej najprostszej wersji – upieczona / zgrilowana w całości (z dobrze sczerniałą skórką), następnie obrana ze skórki, wydrążna, i podana w najprostszy sposób – odrobina dobrej oliwy z oliwek, kilka kropli balsamico i soku z cytryny oraz szczypta fleur de sel. Ma się wrażenie, że ‘filety’ papryki dosłownie rozpływają się w ustach. Szczególnie przyjemne danie latem, dobrze uprzednio schłodzone. Degustując tego typu potrawy, na myśl przychodzi wciąż to samo stwierdzenie - siła prostoty. Wszak często im mniej składników, tym lepszy efekt smakowy.

Oczywiście do tak przygotowanej papryki można również dodać np. ząbek czosnku czy kilka listków bazylii. Można też paprykę w takiej aromatycznej marynacie pozostawić na kilka godzin w lodówce (a najlepiej na całą noc), bowiem smakowo znacznie na tym zyskuje. Można później użyć jej do sałatki np. z pokruszoną fetą czy pomidorami.

Tym razem zgrilowanej papryki użyłam do pasty. Pasty, która na blogu miała zagościć pod koniec maja, jednak z przyczyn ‘losowych’ pojawia się tutaj niestety dopiero dziś. Pewnie niektórzy z Was już ją gdzieś widzieli ;)

*

patepoivron1

Pasta paprykowa

1 duża czerwona papryka
150 g kremowego białego serka (można użyć koziego)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżeczka wędzonej papryki w proszku
1/2 łyżki soku z limonki (lub otarta skórka)
szczypta papryczki z Espelette
sól, pieprz do smaku

Paprykę upiec w całości (ok. 20-25 minut w minimum 200°, najlepiej z rozgrzanym grillem) obracając ją kilka razy w trakcie pieczenia, do czasu gdy na skórce pojawią się czarne plamy. Następnie obrać ją ze skórki*, przeroić i oczyścić z nasionek i jasnych błonek, po czym miąższ zmiksować. Wszystkie składniki pasty dokładnie wymieszać i doprawić do smaku.

* Pewnie i tak większość z Was o tym wie, ale dopiszę jeszcze, że paprykę po upieczeniu można włożyć do woreczka (lub hermetycznego pudełka) i pozostawić ją jak szczelnie zamkniętą do przestygnięcia – wtedy łatwiej można obrać ze skórki.

Pasta ta świetnie smakuje również z kozim kremowym serkiem; idealna do chleba, sprawdza się również jako dip do warzyw.

*

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim udanego (u mnie niestety deszczowego…) tygodnia!

*

‘Owoc maślany’ i guacamole

środa, 8 Lipiec 2009

Ten przepis miał się pojawić na blogu już ponad rok temu. Najpierw jednak okazało się, że nie zdążyłam przed wyjazdem na wakacje, a potem… zupełnie zapomniałam o ‘czekajacych’ w zaciszu komputera zdjęciach. Kilka dni temu jednak, cierpiąc na nadmiar wolnego czasu ;) postanowiłam uporządkować nieco zawartość twardego dysku i jakież było moje zdziwienie, gdy ‘odkryłam’ moje zeszłoroczne guacamole! A jako, że ostatnimi czasy ponownie często gości ono na naszym stole (z powodów pogodowo-kontuzjowych ;) ), to doczeka się tegorocznej publikacji :) Tym bardziej, że robienie zdjęć (a raczej samo przygotowanie do nich) przemieszczając się o kulach lub skacząc na jednej nodze, do łatwych zadań nie należy. Mam więc nadzieję, że mi wybaczycie, iż zdjęcie takie ‘nieświeże’ ;)

Moje pierwsze spotkanie z guacamole odbyło się naście lat temu u znajomych z Meksyku i Argentyny i od razu przypadło mi do gustu. Jak pięknie napisała to wczoraj Ania, guacamole to : ‘przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste – słone, ostre, kwaskowate.’ Tak właśnie, guacamole musi być wyraziste. Ani za ostre, ani za mdłe. Choć to rzecz jasna jak zwykle bardzo osobista kwestia.

Jak wiele innych dań, tak i guacamole bywa tematem kulinarnych sporów moich międzynarodowych uczniów :) Rodem z Meksyku, guacamole dziś jest coraz bardziej popularne, najbardziej chyba jednak nadal w krajach Ameryki Południowej. Niektórzy nie dopuszczają nawet myśli miksowania składników, zamiast rozcierania avocado widelcem; inni zaś uważają, że nie powinno się dodawać pomidorów czy za dużo soku z cytryny. Dla mnie natomiast to właśnie z tymi dodatkami guacamole nabiera całego uroku. Poza tym ja uwielbiam je z dodatkiem świeżej kolendry, lecz wiem, że ma ona również swoich przeciwników ;) Wychodzę jednak z założenia, że potrawa ma smakować jedzącemu, każdy więc może ją zmodyfikować wedle swojego uznania. Faktem jest jednak, że smak potrawy zależy od jakości użytych składników, dlatego jeśli avocado nie jest dobre, a pomidory nie są dojrzałe i aromatyczne, to i guacamole smakiem nas nie zachwyci.

Samo avocado (czyli smaczliwka lub ‘owoc maślany’ – nazywany tak ze względu na dużą zawartość tłuszczu) jest nader cenne dla naszego zdrowia. Wymieniać można by długo : witaminy, błonnik, dobre – bo nienasycone – kwasy tłuszczowe, potas, magnez i fosfor, białko, oraz duże właściwości przeciwutleniające. Owoce avocado chronią nas przed chorobami serca i układu krążenia, obniżają poziom ‘złego’ cholesterolu. Nie tylko same owoce – proszek z wysuszonej pestki używany jest np. w krajach Ameryki Południowej do leczenia problemów z krążeniem właśnie (ścieramy wysuszoną pestkę na tarce i pijemy ok. łyżeczkę tego proszku w małej szklance wody). Poza tym, dzięki sporej zawartości witamin A i E, i w kuchni i w kosmetologii avocado jest świetnym sprzymierzeńcem dla naszej skóry. Najlepiej oczywiście spożywać je na surowo, gdyż wtedy zapewnimy naszemu organizmowi najwięcej cennych substancji odżywczych. W pastach i wszelakich smarowidłach, w chłodnikach i napojach. Czy to na słono czy na słodko, od przystawki po deser delektować się możemy tym pełnym zdrowia owocem.

guacamole400

Guacamole

2 duże avocado
1 średni, dobrze dojrzały pomidor (niezbyt miękki)
1/2 małej cebuli
swieża kolendra (wedle uznania)
1-2 łyżki soku z limonki
sól do smaku
spora szczypta papryczki z Espelette

Pomidory pozbawić skórki i pestek i pokroić w drobną kostkę. Cebulę drobno poszatkować.
Miąższ avocado dobrze rozetrzeć widelcem (lub… delikatnie zmiksować). Dodać sok z limonki, przyprawy i poszatkowaną kolendrę i dobrze wymieszać. Przykryć i wstawić do lodówki. Serwować dobrze schłodzone.

Smacznego!

*

*

*

A lubiącym avocado proponuję również :

- wiosenny koktajl dla dorosłych

- pastę z avocado z kiełkami słonecznika

Zielono mi :)

piątek, 27 Marzec 2009
To już prawie tydzień temu zrobiłam poniższą fotkę, jednak zupełnie nie udało mi się wcześniej jej wstawić… Poza tym, od prawie już dwóch tygodni nie jem ‘normalnie’ więc niewiele miałam ciekawych propozycji dla Was. Kto bowiem by chciał oglądać zupę ryżową lub sucharki z bananem i owczym jogurtem? ? ? ;) Na dodatek w tym tygodniu organizm spłatał mi jeszcze większego, dodatkowego figla, więc moja przymusowa dieta być może jeszcze troszkę się przedłuży.
Za to w miniony piątek, jak co piątek ;) oglądałam jeden z moich ulubionych tutejszych programów kulinarnych. Zaledwie kilkuminutowy. Trochę specyficzny, bardzo sympatyczny, z charakterem; bo taka właśnie jest prowadząca go Annick Jeanmairet :) Tutaj możecie obejrzeć ostatni odcinek, z którego zapożyczyłam dzisiejsze szpinakowe pesto, które wzbogaciłam dodatkiem kiełków rzecz jasna ;)

szpinakowepesto3

Szpinakowe pesto

20 g orzeszków piniowych
100 g listków młodego szpinaku
1-2 ząbki czosnku
garść kiełków (np. rzeżuchy)
3-4 łyżki (kopiaste) startego parmezanu
3-4 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz

Orzeszki piniowe zrumienić na suchej patelni. Listki szpinaku umyć i osuszyć. Następnie wszystkie składniki zmiksować; w razie potrzeby dodać więcej oliwy lub parmezanu tak, by otrzymać konsystencję pesto.

To pesto świetnie się komponuje praktycznie ze wszystkim. W programie wykorzystano je do przygotowania czegoś à la flan, jednak nie zapiekany, a gotowany na parze; u nas zaś skończyło swój żywot na dwa sposoby : w makaronie męża oraz na moich kanapkach :)


Część zakupionego szpinaku zostawiłam do sałatek (te najmłodsze, najdelikatniejsze listki); dobrze smakowały ze skiełkowaną zieloną soczewicą, którą podgotowałam kilka minut na parze. Podałam ją z jogurtowym sosem (który jednak nie zawitał na zdjęciu, gdyż nie należy do zbytnio fotogenicznych ;) ).


‘Resztki’ natomiast (i kiełkowe, i szpinakowe) trafiły do omletu, któremu – wraz z odrobiną ‘colombo’ – nadały nieco ostrości i wyrazistości. Oprócz kiełków soczewicy, dodałam też kilka łyżek skiełkowanej i ugotowanej na parze ciecierzycy.

I jeszcze na koniec jedno zdjęcie kiełków, dla pewnej ich wielbicielki ;) która powiedziała mi kiedyś, że woli kiełki takie już większe, z listkami, ja zaś najbardziej je lubię w tym początkowym stadium ;) Oto więc na pierwszym planie : słonecznik z listkami, na drugim planie – czerwona soczewica i w tle – zielona soczewica :)

kielkidlamalgosi

To tyle na dziś, a w kolejce dla Was czeka jeszcze pasta z kiełków ciecierzycy, którą wstawię niebawem :)

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim udanego weekendu!

foodelek: przepisy tygodnia

Bazylia - ‘królewskie zioło’

poniedziałek, 15 Wrzesień 2008


Zanim zacznę pisać o tytułowej bazylii, muszę Wam najpierw powiedzieć, że po dzisiejszej wirtualnej 'rozmowie' z Małgosią z blogu Pieprz czy Wanilia, stwierdziłyśmy, że to chyba telepatia… Nie dość, że mamy bardzo (ale to barrrdzo! ;) ) podobne gusta, to jeszcze… obydwie zdecydowałyśmy się na wpis z bazylią w roli gównej, rzecz jasna bez uprzedniej konsultacji ;)

Bazylia znana była już ponad 4000 lat temu w Indiach; następnie przewędrowała przez Azję do Egiptu, później do Rzymu i do Europy poludniowej. Z greckiego (Basilikos) zwana jest królewskim ziołem (również po francusku np.), lecz na szczęście dziś dostępna jest nam wszystkim ;)

Pewnie zgodzicie się ze mną, że dodatek choć kilku listków bazylii dodaje charakteru i wyrazistości niejednemu ‘zwykłemu’ daniu. Dobry makaron, dobra oliwa i odrobina świeżej bazylii już same w sobie są prawdziwą ucztą dla naszego podniebienia (no dobrze, by szczęście było pełne, dodam jeszcze trochę czosnku i parmezanu ;) )

Poza jej smakowymi walorami, bazylia polepsza też trawienie i ułatwia przyswajanie pokarmów; działa przeciwskurczowo, przeciwzapalnie i przeciwbakteryjnie. Podobno jest też swoistym naturalnym ‘polepszaczem humoru’, co może nam się przydać podczas zbliżających się jesiennych szarówek ;) Gdy nie mamy świeżej bazylii, możemy też dodać do oliwy 1-2 krople – nie więcej! – olejku z bazylii (uwaga! najlepszej jakości i kupionego w ‘pewnym’ miejscu); to oczywiście nie to samo, ale przynajmniej zapewnimy sobie dobroczynny wpływ bazylii na nasz organizm.

Ja niedawno ‘zakochałam’ się w bazylii purpurowej; jej listki są wyjątkowo dekoracyjne i pięknie wyglądają w towarzystwie i tej zielonej bazylii, i tej dwukolorowej. A najprostszym sposobem wykorzystania dużej ilości świeżej bazylii jest z pewnością pesto, czyli jeden z szybszych do przygotowania, a przy tym jeden z bardziej smakowitych ‘sosów’.

Moje dzisiejsze pesto jest troszkę mniej tradycyjne. ‘Chodziło’ za mna od czerwca, gdy tuż przed wyjazdem na wakacje przeczytałam artykuł o bazylii w jednym z tutejszych czasopism kulinarnych. Nie zapamiętałam dokładnych proporcji proponowanego tam ‘purpurowego’ pesto , ale w pamięci utkwił mi dodatek suszonych pomidorów. Postanowiłam więc przetestować to ‘inne’ pesto i muszę przyznać, że jest bardzo smaczne;  proporcje możecie rzecz jasna zmodyfikować tak, by dopasować je do Waszych kulinarnych upodobań :)
*


Pesto z purpurowej bazylii

1 pęczek purpurowej bazylii
kilka suszonych pomidorów
1 ząbek czosnku (lub więcej)
2-3 łyżki orzeszków piniowych
3-4 łyżki startego parmezanu
kilka łyżek oliwy z oliwek
sól, pieprz

Orzeszki piniowe zrumienić na suchej patelni. Listki bazylii ‘porwać’ na mniejsze kawałki, pomidory pokroić, wymieszać z resztą składników, dodać 4- 5 łyżek oliwy i zmiksować. Jeśli wolicie rzadsze pesto, dodajemy oliwy; jeśli wolimy bardziej gęste, dodajemy jeszcze trochę parmezanu.

Teraz gotujemy porcję dobrego makaronu, skrapiamy go dobrej jakości oliwą z oliwek, dodajemy tyle pesto, ile lubimy, mieszamy i… szybko siadamy do stolu :)

Smacznego!

I na koniec jeszcze duuuże podziękowania dla Małgosi za to, że wciąż ma tyle cierpliwości do moich językowych wątpliwości ;)  :*

Pozdrawiam serdecznie!

*

Kotlety warzywne

czwartek, 6 Marzec 2008

Jako, że wiosna niestety każe nam na siebie czekać (wczoraj padał śnieg…), na naszym stole nadal królują jesienno-zimowe warzywa. Często robię z nich coś à la kotleciki, szczególnie wtedy gdy niektórzy domownicy mają problemy z konsumpcją większej ilości warzyw ;) Podaję je z kilkoma różnymi sosami / dipami oraz z soczewicą i / lub ryżem basmati by jednocześnie dostarczyć organizmowi więcej białka.

kotletykalafior

Kotlety z kalafiora

1 duży kalafior
1-2 jajka
100 g srtartego ostrego żółtego sera
2 łyżki mąki
posiekana natka pietruszki
sól, pieprz, gałka muszkatołowa
bułka tarta
oliwa

Ugotować kalafior (najlepiej na parze). Nastepnie rozgnieść go widelcem, wymieszać z mąką, jajkami, serem, pietruszką i przyprawami. Jeśli masa jest za rzadka, dodać nieco mąki i bułki tartej. Formować średniej wielkości kotleciki, obsypać je bułką tartą i smażyć kilka minut na rozgrzanej patelni na złoty kolor.
Z tego przepisu właśnie zrobiłam moje pierwsze kotlety warzywne baaardzo dawno temu :) Teraz często mieszam warzywa jakie akurat mam i – ‘na oko’ – robię z nich tego typu kotlety.
Oto ich inna wersja :

kotletywarzywa

Kotlety warzywne

1 brokuł
2 marchewki
6 sporych ziemniaków
1-2 jajka
100 g srtartego ostrego żółtego sera
2 łyżki mąki
posiekana natka pietruszki
sol, pieprz
przyprawy (u mnie najczesciej : kolendra, kumin, ostra papryka lub pieprz Cayenne, cząber)
bułka tarta
oliwa

Przygotowanie jak wyżej : warzywa ugotować (ziemniaki gotuję w skórkach i po przestudzeniu obieram je). Ziemniaki i marchew przetrzeć przez praskę, brokuł rozgnieść widelcem, wymieszać z mąką, jajkami, serem, pietruszką i przyprawami. Jeśli masa jest za rzadka, dodać nieco mąki. Formować średniej wielkości kotleciki, obsypać je bułką tartą i smażyć kilka minut na rozgrzanej patelni na złoty kolor.

Najczęściej robię do tych 'kotletów' trzy poniższe dipy, które często  serwuję też  z różnymi daniami warzywnymi :

saucesdips

Dip z czerwonej soczewicy
(na zdjęciu po lewej)

100 g czerwonej soczewicy
1 mała cebula
1 ząbek czosnku
ok. 150 ml przecieru pomidorowego
po ½ łyżeczki kuminu, kolendry i kurkumy
po 2 łyżki posiekanej natki pietruszki i świeżej kolendry
sól do smaku
oliwa

Zeszklić poszatkowaną cebulę w ok. 2 łyżkach oliwy; następnie dodać przyprawy, przetarty ząbek czosnku i przecier pomidorowy. Wszystko dobrze wymieszać i przesmażyć jeszcze chwilę; następnie dodać soczewicę i zalać 200-250 ml gorącej wody. Gotować ok. 15 min (ewentualnie dodać wody jeśli konsystencja jest zbyt ‘stała’. Posolić do smaku. Już po ugotowaniu dodać natkę pietruszki i kolendrę, wymieszać.

Dip pomidorowo – jogurtowy
(na dole)

3-4 łyżki przecieru pomidorowego (lub nieco mniej koncentratu)
kumin, kolendra, pieprz Cayenne
oliwa
sól do smaku
jogurt

Rozgrzać 2 łyżki oliwy, dodać przecier / koncentrat pomidorowy + przyprawy i smażyć przez ok. 5 – 10 minut. Zdjąć z palnika, lekko przestudzić i dodać kilka łyżek jogurtu do uzyskania odpowiadającej nam konsystencji (również smaku i koloru) – ja daję przeważnie 1/2 - 2/3 kubeczka. Posolić do smaku.

Dip jogurtowo - ogórkowy
(na górze)

1 jogurt (180 g)
kawałek zielonego ogórka (6-8 cm)
1 ząbek czosnku (można pominąć)
kumin
sól do smaku

Jogurt wymieszać ze startym ogórkiem i przetartym czosnkiem (to dla wielbicieli tego ostatniego); doprawić do smaku solą i kuminem; odstawić w chłodne miejsce na minimum 30 minut.

Dipy te są szybkie i łatwe, a przy tym bardzo smaczne. Można oczywiście robić je w wersji bardziej lub mniej ostrej, modyfikować dodawane przyprawy, proporcje. Warto eksperymentować by znaleźć ten ‘nasz’ ulubiony.

Smacznego !