Archiwum kategorii ‘male danie’

Dynia pieczona

poniedziałek, 26 Październik 2009

Dziś będzie ‘wytrawnie’, choć właściwie powinien być tort ze świeczką ;) Dokładnie dwa lata temu bowiem napisałam mój pierwszy post na tym blogu  :) I zupełnie nie zastanawiałam się wtedy nad tym, jakie będą ‘konsekwencje’ tegoż czynu ;) Przez te dwa lata poznałam wiele przesympatycznych osób (niektóre osobiście, a inne prawie że osobiście ;) ), dostałam wiele przemiłych maili, spędziłam sporo czasu na wirtualnych, acz jakże miłych rozmowach :) Tak, przyznaję że ten blogowy świat wciągnął mnie na dobre i bardzo ciesze się, że mogę go wraz z Wami dzielić :)

To tyle a propos wspominek, czas jednak przejść do konkretów ;)

Dziś będzie słów kilka o jednej z moich ulubionych przekąsek : o pieczonej dyni.

*

dyniapieczona
*

Zawsze gdy potrzeba mi jej do konkretnego dania, przezornie piekę podwójną ilość, choć i potrójną byłabym chyba w stanie skonsumować ;) Oczywiście nie każda dynia smakuje równie wybornie; moją faworytką jest (jak już kiedyś wspominałam…) dynia Hokkaido i wszelkie inne dynie o podobnym ‘suchym’ miąższu. Pieczenie potęguje ich smak i wydobywa orzechowo-kasztanowe aromaty. To prawdziwa uczta dla podniebienia! A jak ją przyrządzić? Nic prostszego : dynię kroimy na pół, wydrążamy, opcjonalnie obieramy ze skórki (choć dynię Hokkaido np. można konsumować ze skórką), a następnie kroimy na ok. 2 cm plastry, które umieszczamy na naoliwionej (lub wyłożonej papierem) blasze. W wersji podstawowej - każdy plaster smarujemy dobrą oliwą z oliwek i posypujemy odrobiną soli (fleur de sel np.). Tak przygotowaną dynię pieczemy w 200ºC do miękkości, aż lekko się ‘przyrumieni’ (ok. 20 minut). Możemy też przed pieczeniem posmarować plastry dyni oliwą wymieszaną z przyprawami jakie lubimy (np. curry, cumin, etc) i z odrobiną przeciśniętego przez praskę czosnku; otrzymamy wtedy nie tylko aromatyczną przekąskę, lecz również przepyszną bazę na zupy czy sałatki.
(Może pamiętacie też zeszłoroczny wpis Małgosi z użyciem tak przygotowanej dyni? Jeśli nie, to koniecznie zerknijcie ;) )

Dla mnie tak przygotowana dynia to pychota! Bardzo szybko znika z talerzy, przegryzana tak ‘ot’, mimochodem ;) Nie może więc w tym tygodniu zabraknąć przepisów z jej udziałem :)

*

saladecourge
*

Sałatka z dynią i rukolą, ze słodko-kwaśnym vinaigrette

porcja dla 4 osób

500 g dyni (waga po obraniu)*
4 łyżki orzechów włoskich
100-120 g rukoli
ok. 50 g parmezanu
oliwa z oliwek
sól, pieprz

vinaigrette
1 cytryna (skórka + 2 łyżki soku)
2 łyżki oliwy z oliwek
1 łyżka oleju z pestek dyni
¾ łyżki octu balsamicznego
1 łyżka miodu
sól, pieprz

*najlepiej dyni o suchym miąższu, typu Hokkaido

Piekarnik rozgrzewamy do 200ºC.
Dynię oczyszczamy, kroimy w ok. 2 cm grubości plastry, układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia, smarujemy je oliwą, lekko solimy. Pieczemy do miękkości (ok. 20 min).
Składniki sosu starannie mieszamy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem.
Orzechy rumienimy na suchej patelni.
Rukolę myjemy i osuszamy.
Upieczone plastry dyni kroimy na mniejsze kawałki.
Na talerzach układamy dużą garść rukoli, na niej dynię, polewamy przygotowanym sosem, posypujemy wiórkami parmezanu i pokruszonymi orzechami.

Ten przepis to tylko ‘baza’, którą można dowolnie modyfikować :
- zamiast parmezanu można użyć sera pecorino, ostrego sera cheddar czy ‘niebieskiego’;  sałatka świetnie smakuje też z serkiem kozim czy pokruszoną fetą
- orzechy włoskie można zastąpić orzeszkami piniowymi, pestkami dyni czy orzechami laskowymi
- do sałatki można również dodać np. kilka plasterków szynki parmeńskiej

Ważne jest, by sałatkę polać sosem dopiero tuż przed podaniem, rukola bowiem nie najlepiej znosi jego dłuższe towarzystwo i wygląda wtedy zdecydowanie mniej apetycznie ;)

* * *

Druga propozycja, to zupa (znacie mnie już trochę i wiecie, że zupy zabraknąć tu nie może ;) ). Muszę przyznać, że zupa z pieczonej dyni jest chyba naszym faworytem spośród wszystkich do tej pory przetestowanch zup. Uwielbiam wszelakie zupy-krem, z egzotyczną nutą na przykład, często na ostro (niestety nie na słodko i nie na mleku ;) ). Lubię łączyć ją z innymi warzywami, szukać nowych połączeń smakowych. A jednak… a jednak ta z pieczonej dyni jest naprawdę wyjątkowa. Jak z każdego pieczonego warzywa z resztą. Tak jak i w przypadku sałatki – tak i tutaj jest to w pewnym sensie przepis-baza, który można modyfikować do woli : inne przyprawy, zamiast pestek dyni – orzechy, czy też zupełnie inne dodatkowe składniki (świeża kolendra czy mleko kokosowe na przykład).

*

soupecourge2009
*

Zupa z pieczonej dyni

porcja dla 4 osób

ok. 700 g dyni (waga po obraniu)*
½ łyżeczki zmielonego kminu rzymskiego
½ łyżeczki curcumy
1 i ½ łyżeczki curry
2 łyżki oliwy z oliwek
2 ząbki czosnku
sól
ok. 500-600 ml wywaru warzywnego
śmietana
olej z pestek dyni
4 łyżki pestek z dyni

(przypraw można oczywiście dodać więcej, wedle upodobań)

Piekarnik ozgrzewamy do 200ºC.
Dynię oczyszczamy, kroimy w ok. 2 cm grubości plastry i układamy je na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Przyprawy oraz przeciśnięty przez praskę czosnek mieszamy z oliwą, smarujemy każdy plaster dyni, lekko solimy. Pieczemy do miękkości (ok. 25 min).
Po upieczeniu, przekładamy kawałki dyni do blendera i miksujemy dolewając stopniowo wywaru, do otrzymania odpowiedniej konsystencji.
Pestki dyni prażymy na suchej patelni.
Każdą porcję zupy dekorujemy kleksem śmietany, olejem oraz uprażonymi pestkami.

* * *

Z takiej pieczonej dyni można też przygotować pyszny farsz, do ravioli np. : do 250 g upieczonego i roztartego miąższu dyni dodajemy 2 łyżki ricotty + 2 łyżki startego parmezanu, dobrze mieszamy do połączenia składników i doprawiamy do smaku (pomysł podpatrzony u Annick Jeanmairet). Gotowe ravioli możemy podać np. polane masłem szałwiowym (pychotka!) lub skropione odrobiną dobrej oliwy z oliwek, np. truflowej (kolejna pychotka! :) ). A gdy czasu mało (lub gdy zapału na robienie ravioli brak ;) ), możemy tym oto farszem napełnić np. makaronowe muszle; jest równie smacznie, choć to oczywiście nie do końca to samo ;)

*

courgepatesfarcies22
*

Z podobnych przepisów polecam Wam również :

- pieczoną dynię z warzywnym vinaigrette

- dyniową zupę z Jamajki

- zupę dyniową ze słodkimi ziemniakami

- zupę dyniowo-topinamburową

- zimową zupę rozgrzewającą

*

Na koniec pragnę jeszcze dodać, że niektóre z przepisów, które pojawią się tutaj w tym tygodniu, zobaczyć można będzie również na łamach listopadowego wydania miesięcznika 'Kuchnia'.

*

Pozdrawiam serdecznie!

I raz jeszcze dziękuję za ten kolejny, spędzony z Wami rok :)

*

Bakłażan. Paszteciki. I schyłek lata.

poniedziałek, 7 Wrzesień 2009

legumespanierNawet jeśli nie chcemy jeszcze o tym myśleć, to lato niestety powoli chyli się ku końcowi. I choć dni są jeszcze pełne słonecznego ciepła, to wrzesień przyniósł ze sobą lekki, lecz coraz bardziej już wyczuwalny powiew jesieni : chłodniejsze ranki, chłodne wieczory. Orzeźwiające sałatki coraz częściej ustępują miejsca ciepłym, bardziej sycącym potrawom, a popołudniowo-wieczornym seansom lektury już niebawem towarzyszyć będą aromatyczne, rozgrzewające herbaty.
Póki co jednak staram się intensywnie korzystać z ostatnich warzywnych dobroci lata, których już za niedługo tak bardzo będzie mi brak. Nadal więc króluje przede wszystkim cukinia, bakłażan i pachnące słońcem pomidory.

W lipcu wspominałam Wam o moim nowym książkowym nabytku - ‘Les imprévus de Marine’. Jako pierwsze przetestowałam wtedy ciasto migdałowe z czereśniami i kardamonem, później przyszedł czas na jedno z moich ulubionych warzyw - bakłażana.

Niestety problem niektórych przepisów ‘książkowych’ często polega na tym, że w fazie końcowej danie nie zawsze wygląda tak, jak na zdjęciu w książce. Tak było też niestety i tym razem ;) Kolor upieczonej, gotowej już potrawy zupełnie nie przypominał tej z fotografii (mimo, że - jak nigdy ;) - d o k ł a d n i e trzymałam się przepisu); poza tym, pomidory na zdjęciu miały wspaniały, intensywny kolor, o jaki trudno przecież w przypadku pomidorów po obróbce cieplnej. Dlatego też stwierdziłam, że do zdjęcia pozostawię je jednak w kokilkach ;)

Samo danie jest smaczne. W konsystencji to coś à la flan, suflet czy terrina. Jeśli lubicie smak bakłażana, to i te oto papetons (tradycyjnie jest to danie z kuchni prowansalskiej) powinny Wam posmakować. Przyznam jednak, że mnie czegoś w nich brakowało. Może dlatego, że bakłażana lubię, jednak najczęściej w towarzystwie innych warzyw ;) Dlatego też postanowiłam ten przepis zmodyfikować, dodając do masy startą cukinię i pomidora. I to właśnie w tej wersji ‘paszteciki’ (bo tak je roboczo nazwałam) najbardziej nam zasmakowały, a dodatek tych kolorowych warzyw równie dobrze wpłynął nie tylko na smak, ale i na ich aspekt wizualny ;) Pomidorów – jako dodatek – tym razem już nie gotowałam, za bardzo bowiem cenię sobie smak tych dojrzałych na słońcu i pachnących latem pomidorów, które najchętniej zjadam na surowo. Pokrojone, w ostatniej chwili wymieszałam je z odrobiną oliwy z oliwek i świeżą bazylią. I to w takiej wersji gościć będą odtąd na naszym stole ;)

Oto obydwa przepisy :

*

auberginespapetons

Bakłażanowe ‘papetons’

na 6 porcji

2-3 bakłażany (razem ok. 850 g)
6 jajek
100 ml crème fraiche
2 płaskie łyżki mąki
2 łyżki tapenady (pasta z czarnych oliwek)
2 ząbki czosnku
masło do wysmarowania foremek
sól, pieprz

na ‘sos’ pomidorowy :
800 g pomidorów
1 łyżka oliwy z oliwek
1 ząbek czosnku
bazylia
sól, pieprz

Bakłażany umieścić w naczyniu żaroodpornym i upiec (ok. 30 minut w 250ºC). Wystudzić, wydrążyć miąższ (mamy go otrzymać ok. 500g) i zmiksować z posiekanym czosnkiem i tapenadą. Dodać jajka, mąkę i śmietanę oraz dodać płaską łyżeczkę soli i trochę pieprzu, dobrze wymieszać. Przelać masę do natłuszczonych ramekinów / kokilek (nie napełniać ich zbytnio) i piec je ok. 30 minut w 180ºC.

Pomidory obrać ze skórki i usunąć pestki, pokroić miąższ w małą kostkę. Rozgrzać olej, dodać pomidory oraz poszatkowany czosnek i dusić do miękkości na wolnym ogniu. Doprawić do smaku.

Serwować ‘papetons’ lekko przestudzone, z pomidorowym ‘sosem’ i poszatkowanymi listkami bazylii.

(możemy też upiec masę w jednej większej foremce, wydłużamy wtedy czas pieczenia o ok. 15 minut)

*

auberginepapetons2

‘Paszteciki’ warzywne

700 g bakłażana
300 g cukinii
2 duże pomidory
2-3 ząbki czosnku
4 jajka
100 ml crème fraiche
papryczka z Espelette
2 łyżki maizeny
2 łyżki tapenady (pasta z czarnych oliwek)

dodatkowo :
3 duże pomidory
oliwa z oliwek
bazylia
sól, pieprz

Bakłażany kroimy na pół, zawijamy w folię aluminiową i pieczemy (ok. 45 minut w 200ºC).
Cukinię ścieramy na tarce, miąższ z pomidorów kroimy w małą kostkę. Upieczone bakłażany wydrążamy, miąższ miksujemy z posiekanym czosnkiem i tapenadą, dodajemy cukinię, pomidory, jajka, maizenę i śmietanę, doprawiamy do smaku i dokładnie mieszamy. Natłuszczone ramekiny napełniamy masą (do 2/3 wysokości) i pieczemy ok. 35 minut w 180ºC.

Pozostałe pomidory kroimy w małą kostkę, doprawiamy do smaku. Przed podaniem dodajemy poszatkowane listki bazylii i odrobinę oliwy z oliwek, mieszamy. Podajemy z lekko przestudzonymi ‘pasztecikami’.

*

Smacznego!

auberginepapetons3

*

Paprykowo

czwartek, 3 Wrzesień 2009

poivrongrillePapryka to kolejne warzywo lata, które regularnie pojawia się na moim stole. Oczywiście nie tak często jak cukinia rzecz jasna ;)

Niestety nie najlepiej znoszę ją w stanie surowym ;) Wprawdzie bardzo lubię sam smak, lecz to mój organizm nie lubi trawić jej na surowo. Dlatego najczęściej wybieram dania, gdzie papryka jest duszona czy pieczona.

To u znajomych (ona z południa Francji, on – z południa Włoch) po raz pierwszy pokochałam paprykę w takiej najprostszej wersji – upieczona / zgrilowana w całości (z dobrze sczerniałą skórką), następnie obrana ze skórki, wydrążna, i podana w najprostszy sposób – odrobina dobrej oliwy z oliwek, kilka kropli balsamico i soku z cytryny oraz szczypta fleur de sel. Ma się wrażenie, że ‘filety’ papryki dosłownie rozpływają się w ustach. Szczególnie przyjemne danie latem, dobrze uprzednio schłodzone. Degustując tego typu potrawy, na myśl przychodzi wciąż to samo stwierdzenie - siła prostoty. Wszak często im mniej składników, tym lepszy efekt smakowy.

Oczywiście do tak przygotowanej papryki można również dodać np. ząbek czosnku czy kilka listków bazylii. Można też paprykę w takiej aromatycznej marynacie pozostawić na kilka godzin w lodówce (a najlepiej na całą noc), bowiem smakowo znacznie na tym zyskuje. Można później użyć jej do sałatki np. z pokruszoną fetą czy pomidorami.

Tym razem zgrilowanej papryki użyłam do pasty. Pasty, która na blogu miała zagościć pod koniec maja, jednak z przyczyn ‘losowych’ pojawia się tutaj niestety dopiero dziś. Pewnie niektórzy z Was już ją gdzieś widzieli ;)

*

patepoivron1

Pasta paprykowa

1 duża czerwona papryka
150 g kremowego białego serka (można użyć koziego)
2 łyżki posiekanej natki pietruszki
1 łyżeczka wędzonej papryki w proszku
1/2 łyżki soku z limonki (lub otarta skórka)
szczypta papryczki z Espelette
sól, pieprz do smaku

Paprykę upiec w całości (ok. 20-25 minut w minimum 200°, najlepiej z rozgrzanym grillem) obracając ją kilka razy w trakcie pieczenia, do czasu gdy na skórce pojawią się czarne plamy. Następnie obrać ją ze skórki*, przeroić i oczyścić z nasionek i jasnych błonek, po czym miąższ zmiksować. Wszystkie składniki pasty dokładnie wymieszać i doprawić do smaku.

* Pewnie i tak większość z Was o tym wie, ale dopiszę jeszcze, że paprykę po upieczeniu można włożyć do woreczka (lub hermetycznego pudełka) i pozostawić ją jak szczelnie zamkniętą do przestygnięcia – wtedy łatwiej można obrać ze skórki.

Pasta ta świetnie smakuje również z kozim kremowym serkiem; idealna do chleba, sprawdza się również jako dip do warzyw.

*

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim udanego (u mnie niestety deszczowego…) tygodnia!

*

La ratatouille i francuskie wspomnienia

poniedziałek, 31 Sierpień 2009

Gdy sezon letni w pełni, na naszym stole nie może zabraknąć słynnej francuskiej ‘ratatouille’ (i rzecz jasna nie chodzi mi o przeuroczego szczurka z filmu pod tym samym tytułem ;) ). Przygotowuję ją średnio raz-dwa razy w tygodniu, jest dla mnie bowiem kwintesencją lata. Wypieszczone promieniami słońca pomidory i cukinie, aromatyczna papryka i jędrne bakłażany, a do tego pachnące latem zioła. I niczego więcej nie potrzeba, by nasze kubki smakowe wprawić w stan kulinarnej ekstazy ;)

Ratatouille nauczyłam się gotować we Francji podczas jednych z piękniejszych wakacji mojego nastoletniego wtedy życia ;) Moja francuska rodzina ze szkolnej wymiany językowej zaprosiła mnie na prawie dwumiesięczne wakacje w ich rodzinne regiony (Dordogne / Lot). Do dziś pamiętam uroczy domek z kamienia, z zielonymi okiennicami, ogród pełen kolorowych kwiatów, przyjazną atmosferę ich rodzinnych spotkań. Wspaniali, ciepli ludzie, dzięki którym czułam się naprawdę jak u siebie. I babcia. Wtedy prawie 70-letnia, której opowieści mogłam słuchać bez końca.

Dni upływały mi na odkrywaniu regionu od turystycznej i kulinarnej strony, zwiedzaniu średniowiecznych miasteczek ‘przyklejonych’ do skał (jak Rocamadour czy Saint-Cirq-Lapopie), zamków, grot, muzeów (np. muzeum Champollion w jego rodzinnym miasteczku). Poznałam mnóstwo niesamowitych miejsc i wspaniałych ludzi i dzięki nim posmakowałam wielu tradycyjnych w ich regionie (i rodzinie) potraw. I to właśnie tam pokochałam ratatouille (choć korzenie potrawy sięgają oczywiście bardziej na południe Francji).

Dziś jednak, zamiast wspomnianej, tytułowej potrawy, mam dla Was dwie ‘wariacje’ na jej temat ;) A zainteresowanych samą ratatouille odsyłam do Tatter, u której znajdziecie przepyszny przepis (przygotowuję ratatouille bardzo podobnie jak Tatter, nie dodaję tylko pomidorowego puree i cukru, a proporcje czasem nieznacznie modyfikuję, w zależności od zawartości lodówki :) )

Zapraszam!

*
crumbleratatouille

Crumble ‘nicejski’

(przepis oryginalny z książki  ‘Crumbles’ Camille Le Foli, u mnie z niewielkimi zmianami)

1 kg pomidorów
1 duży bakłażan
3 cukinie
1 czerwona papryka
1 zielona papryka (u mnie żółta)
1 cebula
1 ząbek czosnku
3 łyżki oliwy z oliwek
tymianek, rozmaryn
sól, pieprz

crumble:
150 g mąki
80 g zimnego masła
80 g startego parmezanu
40 g orzeszków piniowych

Posiekaną cebulę i czosnek poddusić kilka minut na oliwie. Dodać pokrojony w kostkę bakłażan, po kilku minutach dodać pokrojoną paprykę, tymianek i rozmaryn, doprawić solą i pieprzem; po ok. 10-15 minutach dodać pokrojoną w plasterki cukinię i obrane ze skórki pomidory i gotować aż warzywa będą miękkie.
Piekarnik nagrzać do 180°.
Orzeszki piniowe zrumienić na suchej patelni. Mąkę, pokrojone w kostkę masło i parmezan wymieszać, tworząc kruszonkę.
Ugotowane warzywa przełożyć do natłuszczonego, żaroodpornego naczynia, posypać orzeszkami piniowymi i kruszonką i zapiec ok. 20-30 min.

*

crumbleratatouille2

*

Zapiekłam tylko część ratatouille, przede wszystkim dlatego, że po pierwsze – crumble wolę na słodko, a po drugie – ratatouille najbardziej smakuje nam ‘sama’ ;)
(to crumble robiłam też już zamieniając parmezan na kozi ser, co jest równie smacznym połączeniem)

* * *

Drugi przepis pochodzi z niedawno nabytej książki ‘Pure vegetarian’ Paul’a Gayler.

Jest to coś a la ratatouille zapiekana we francuskim cieście, uprzednio posmarowanym tapenadą. W oryginalnym przepisie farsz wykłada się na jeden płat ciasta i przykrywa drugim, ja jednak wolałam upiec mniejsze, jednorazowe porcje (które świetnie spisują się również na pikniku lub lunchu w pracy ;) ). W oryginale podaje się ten śródziemnomorski ‘pie’ z lekko ostrym, pomidorowym sosem, z którego tym razem zrezygnowałam.

*

ratatouillepie

Mediterranean pisto pie

400 g ciasta francuskiego
(dwa płaty o rozmiarach 20 x 25 cm)

4 łyżki oliwy z oliwek
1 bakłażan pokrojony w kostkę
1 czerwona cebula, pokrojona w cienkie plasterki
4 poszatkowane ząbki czosnku
2 cukinie pokrojone w plastry
1 pokrojona czerwona papryka
1 papryczka ‘chilli’, drobno pokrojona
1 łyżka świeżego oregano
3 łyżki tapenady
1 rozkłócone jajko
1 łyżeczka zieren sezamu (u mnie więcej)
sól, pieprz

Na rozgrzaną oliwę wrzucić bakłażana i dusić 2-3 min. Dodać pozostałe warzywa i dusić do miękkości. Doprawić do smaku, dodać oregano i wymieszać. Zostawić do wystygnięcia.
Nagrzać piekarnik do 200°. Jeden płat ciasta położyć na papierze do pieczenia, posmarować tapenadą po czym nałożyć przygotowane warzywa (zostawiając ok. 2,5 cm od brzegu); przykryć drugim płatem ciasta, brzegi smarując wodą lub jajkiem, by dobrze się skleiły. Nożem naznaczyć na cieście linie, posmarować roztrzepanym jajkiem i posypać sezamem.
Piec ok. 30-35 minut.

Smacznego!

*

Cukiniowej historii ciąg dalszy

czwartek, 27 Sierpień 2009

Lato powoli chyli się ku końcowi. Na szczęście bardzo powoli, gdyż temperatury nadal są iście wakacyjne, mimo iż wakacje już się skończyły (tak, tak : tutaj dzieci kończą szkołę pod koniec lipca i wracają do niej już pod koniec sierpnia; choć oczywiście nie można się skarżyć, w Danii bowiem szkoła rozpoczęła sie już 10 sierpnia! ;) ).

Ja niestety w tym roku wakacje spędziłam w większości na balkonie :(
Z powodu przedłużającej się w nieskończoność kontuzji mojej stopy musieliśmy odwołać pobyt w naszym ulubionym alpejskim miasteczku; w gruzach legł też mój tegoroczny wyjazd do Danii. Pod koniec maja zupełnie nie przypuszczałam, że złamany palec może mnie unieruchomić na tyle miesięcy :(

Jako, że jeszcze do niedawna musiałam jak najwięcej siedzieć lub leżeć z uniesioną nogą, leżak i lektura okazały się więc moimi najlepszymi przyjaciółmi tego lata ;) Balkon jest duży (a przede wszystkim długi, ma bowiem prawie 8 metrów długości) i jako, że bardziej przypomina loggię niż balkon, jest dosyć przytulnym miejscem. Ponadto zewnętrzne żaluzje dają miłą ochronę przed palącym słońcem, nawet popołudniową porą. Oczywiście wolałabym ‘leżakować’ sobie nad jeziorem, jednak gdy się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, nieprawdaż? ;)

Na szczęście to jeszcze sierpień, słońce nadal nas rozpieszcza, a temperatury robią się znacznie bardziej przyjazne ;) Wszystko ma więc swoje złe i dobre strony : kończące się lato i nieco niższe temperatury oznaczają bowiem, że częściej będę mogła coś upiec, bez obawy, że wyzionę ducha w nagrzanej do granic możliwości kuchni ;)

Wczoraj na ten przykład zrobiłam jajka w kokilkach, z przepisu który czekał w kolejce od pewnego już czasu ;) A przepis przydał się właśnie teraz, gdyż są to jajka z cukinią. Odrobinę zmieniłam proporcje, a zamiast – jak w przepisie – wstawić kokilki do garnka z wodą, ja upiekłam je w piekarniku, w kąpieli wodnej (tak jak w przypadku jajek z czosnkiem niedźwiedzim, o których pisałam tutaj).

*

oeufcocottecourgettes01

(przepis oryginalny pochodzi z czasopisma ‘Saveurs’ nr 161 - czerwiec 2008)

Jajka w kokilkach z cukinią i pleśniowym serem

porcja na 4 osoby

4 jajka
8 łyżek gęstej śmietany
ok. 80 g sera typu 'bleu'  (w przepisie fourme d’Ambert)
1 cukinia (u mnie żółta i zielona pół na pół)
garść orzechów laskowych
szczypiorek
masło do wsmarowania foremek
sól, pieprz

Cukinię zetrzeć i lekko odcisnąć, delikatnie doprawić solą i pieprzem. Kokilki wysmarować masłem. Na dno każdej z nich wlać łyżkę śmietany, następnie nałożyć ok. 2 łyżek startej cukinii, pokruszyć odrobinę sera i wlać łyżkę śmietany. Na koniec do każdej kokilki delikatnie wbić jajko, pokruszyć na nie resztę sera i posypać posiekanym szczypiorkiem oraz kawałkami zmieżdżonych orzechów.
Piec w kąpieli wodnej około 12 minut w 180° (białko ma być dobrze ścięte, żółtko natomiast nadal płynne).

*

oeufcocottecourgettes3

*

Smacznego!

*

(przepis uczestniczy w akcji 'Cukiniowy sierpień')
*

‘Owoc maślany’ i guacamole

środa, 8 Lipiec 2009

Ten przepis miał się pojawić na blogu już ponad rok temu. Najpierw jednak okazało się, że nie zdążyłam przed wyjazdem na wakacje, a potem… zupełnie zapomniałam o ‘czekajacych’ w zaciszu komputera zdjęciach. Kilka dni temu jednak, cierpiąc na nadmiar wolnego czasu ;) postanowiłam uporządkować nieco zawartość twardego dysku i jakież było moje zdziwienie, gdy ‘odkryłam’ moje zeszłoroczne guacamole! A jako, że ostatnimi czasy ponownie często gości ono na naszym stole (z powodów pogodowo-kontuzjowych ;) ), to doczeka się tegorocznej publikacji :) Tym bardziej, że robienie zdjęć (a raczej samo przygotowanie do nich) przemieszczając się o kulach lub skacząc na jednej nodze, do łatwych zadań nie należy. Mam więc nadzieję, że mi wybaczycie, iż zdjęcie takie ‘nieświeże’ ;)

Moje pierwsze spotkanie z guacamole odbyło się naście lat temu u znajomych z Meksyku i Argentyny i od razu przypadło mi do gustu. Jak pięknie napisała to wczoraj Ania, guacamole to : ‘przenikanie smaków, mieszanie zapachów i konsystencji. Maślane avocado delikatnie oblepia wilgotne pomidory, a chrupka cebula swą twardością przełamuje miękkość tych dwóch pierwszych. Sok z cytryny wyostrza smaki, bo guacamole musi być wyraziste – słone, ostre, kwaskowate.’ Tak właśnie, guacamole musi być wyraziste. Ani za ostre, ani za mdłe. Choć to rzecz jasna jak zwykle bardzo osobista kwestia.

Jak wiele innych dań, tak i guacamole bywa tematem kulinarnych sporów moich międzynarodowych uczniów :) Rodem z Meksyku, guacamole dziś jest coraz bardziej popularne, najbardziej chyba jednak nadal w krajach Ameryki Południowej. Niektórzy nie dopuszczają nawet myśli miksowania składników, zamiast rozcierania avocado widelcem; inni zaś uważają, że nie powinno się dodawać pomidorów czy za dużo soku z cytryny. Dla mnie natomiast to właśnie z tymi dodatkami guacamole nabiera całego uroku. Poza tym ja uwielbiam je z dodatkiem świeżej kolendry, lecz wiem, że ma ona również swoich przeciwników ;) Wychodzę jednak z założenia, że potrawa ma smakować jedzącemu, każdy więc może ją zmodyfikować wedle swojego uznania. Faktem jest jednak, że smak potrawy zależy od jakości użytych składników, dlatego jeśli avocado nie jest dobre, a pomidory nie są dojrzałe i aromatyczne, to i guacamole smakiem nas nie zachwyci.

Samo avocado (czyli smaczliwka lub ‘owoc maślany’ – nazywany tak ze względu na dużą zawartość tłuszczu) jest nader cenne dla naszego zdrowia. Wymieniać można by długo : witaminy, błonnik, dobre – bo nienasycone – kwasy tłuszczowe, potas, magnez i fosfor, białko, oraz duże właściwości przeciwutleniające. Owoce avocado chronią nas przed chorobami serca i układu krążenia, obniżają poziom ‘złego’ cholesterolu. Nie tylko same owoce – proszek z wysuszonej pestki używany jest np. w krajach Ameryki Południowej do leczenia problemów z krążeniem właśnie (ścieramy wysuszoną pestkę na tarce i pijemy ok. łyżeczkę tego proszku w małej szklance wody). Poza tym, dzięki sporej zawartości witamin A i E, i w kuchni i w kosmetologii avocado jest świetnym sprzymierzeńcem dla naszej skóry. Najlepiej oczywiście spożywać je na surowo, gdyż wtedy zapewnimy naszemu organizmowi najwięcej cennych substancji odżywczych. W pastach i wszelakich smarowidłach, w chłodnikach i napojach. Czy to na słono czy na słodko, od przystawki po deser delektować się możemy tym pełnym zdrowia owocem.

guacamole400

Guacamole

2 duże avocado
1 średni, dobrze dojrzały pomidor (niezbyt miękki)
1/2 małej cebuli
swieża kolendra (wedle uznania)
1-2 łyżki soku z limonki
sól do smaku
spora szczypta papryczki z Espelette

Pomidory pozbawić skórki i pestek i pokroić w drobną kostkę. Cebulę drobno poszatkować.
Miąższ avocado dobrze rozetrzeć widelcem (lub… delikatnie zmiksować). Dodać sok z limonki, przyprawy i poszatkowaną kolendrę i dobrze wymieszać. Przykryć i wstawić do lodówki. Serwować dobrze schłodzone.

Smacznego!

*

*

*

A lubiącym avocado proponuję również :

- wiosenny koktajl dla dorosłych

- pastę z avocado z kiełkami słonecznika

Tabbouleh na upalne lato

sobota, 4 Lipiec 2009

herbesplanche2Od ponad tygodnia lato nas rozpieszcza. Trochę aż za bardzo jak na mój gust ;) Lubię gdy jest ciepło i słonecznie, jednak dni, podczas których żar leje się z nieba niestety są nie dla mnie. Dziś upał nareszcie trochę zelżał, choć nadal jest dosyć parno. Od czasu do czasu grzmi, od czasu do czasu kropi, jednak na sporą dawkę deszczu raczej nie ma co liczyć. Dlatego też nie tylko moja stopa, ale i aktualna pogoda dyktuje nasze menu. Ma być szybko i orzeźwiająco. I jak zwykle – nieskomplikowanie.

Dlatego często teraz gości u nas bulgur lub couscous, gdyż ziarno to nie wymaga gotowania : pęcznieje zalane gorącą wodą, co jest szybkie i praktyczne, gdyż nie nagrzewa dodatkowo kuchni ;)

Najbardziej znaną tego typu sałatką jest chyba tabbouleh. Wiele jest na nią przepisów (pewnie tyle, co na polski sernik na ten przykład ;) ) i kilka razy już uczestniczyłam w ‘sprzeczkach’ moich międzynarodowych uczniów na ten temat właśnie : nie zawsze dodaje się te same zioła, inne przyprawy, jedni wolą couscous, inni boulgour; jedni namaczają go w wodzie, inni nie. Jednak podstawa jest jedna : duuużo ziół, orzeźwiający sok z cytryny oraz użyte ziarna jako dodatek (nie jako składnik główny sałatki).

Choć oczywiście tradycyjny tabbouleh nie jest jedyną ‘sałatkową’ formą wykorzystania tych niezwykle zdrowych ziaren. Jak to zwykle bywa, dzięki naszej inwencji twórczej za każdym razem możemy jeść coś innego. Czasami dodaję pokrojony w drobną kostkę ogórek i fetę, sezonowe warzywa, dodaję więcej lub mniej ziół i przypraw oraz sam bulgur i couscous w różnych proporcjach. I mimo, że nie jest tradycyjnie, to nadal jest smacznie, a to przecież najważniejsze ;)

livrecuisinecampagneKilka dni temu, na jednym z moich ulubionych francuskojęzycznych blogów Cuisine Campagne, Lilo również podała swój przepis na tabbouleh. Bardzo spodobał mi się jej pomysł podania sałatki w małych szklaneczkach i nie omieszkałam tego wykorzystać ;)

Przy okazji dodam, że Lilo całkiem niedawno wydała książkę (można o niej przeczytać tutaj), której szczęśliwą posiadaczką stałam się kilka dni temu :)

To bardzo ciepła i smakowita książka, która bardzo podobna jest swoim charakterem do bloga i do jej autorki. Prym wiodą dobrej jakości produkty sezonowe, a całość okraszona jest ślicznymi zdjęciami Lilo i jej tekstami. Jestem pewna, że co jakiś czas niektóre z przetestowanych jej przepisów pojawią się i na moim blogu ;)

A teraz już wracam do tabbouleh. Przepisów przetestowałam już kilka; w niektórych bulgur namacza się w wodzie, w innych nie (tylko i wyłącznie w soku z cytryny). Jako, że ja robię go zawsze ‘na oko’ i za każdym razem nieco inaczej, tym razem zrobiłam dokładnie tak, jak Lilo. No może prawie dokładnie, gdyż mimo wszystko dodałam nieco mniej oliwy i  więcej ziół ;)

Oto szczegóły:

tabouleh2

Tabbouleh wg Lilo

150 g ‘kaszki’ bulgur
200 ml ciepłej wody
ok. 100 ml oliwy z oliwek
sok z 2 cytryn
1 pęczek natki pietruszki (u mnie więcej)
1 pęczek mięty (10 łodyżek w oryginale)
½ pęczka kolendry
1 cebula
3 pomidory
sól
papryczka z Espelette lub pieprz kajeński
1 łyżka zmielonego kuminu

Bulgur dobrze wypłukać w zimnej wodzie.
Wodę, oliwę, sok z cytryn i przyprawy umieścić w misce i dobrze wymieszać. Następnie dodać bulgur.
Pomidory sparzyć, obrać ze skórki, pozbawić pestek i pokroić w drobną kostkę. Dodać je do bulguru, posolić.
Cebulę obrać i drobno poszatkować; dodać do pomidorów.
Zioła umyć, osuszyć i drobno poszatkować (uwaga : jako, że mięta szybko czarnieje, możemy jej listki ‘schować’ pod natką pietruszki i poszatkować je w ostatniej chwili, tuż przed wymieszaniem).
Dodajemy zioła do miski, przykrywamy i wstawiamy do lodówki na około pół godziny. Następnie sałatkę dokładnie mieszamy i odstawiamy na kolejne 30 minut.

Smacznego!

Szparagi, cd.

niedziela, 3 Maj 2009
Dziś kolejny szparagowy przepis, jednak troszkę mniej tradycyjny ;)
Gdy po raz pierwszy zobaczyłam przeróżne pomysły na ‘verrine’ (czyli dania w mini-szklaneczkach), od razu mi się one spodobały. Często więc przygotowuję tego typu małe co nieco, i na słono, i na słodko. Pomyślałam więc, że i ze szparagami pora teraz troszkę poeksperymentować ;) Pomyślałam o szparagowym puree, które staje się w tym daniu esencją smaku. Zaś dla dodania mu ostrości i kontrastu użyłam suszonych pomidorów i koziego białego serka. Odrobina ziół dopełniła smakowej reszty.
Jeśli więc macie ochotę na szparagi w zupełnie innym niż klasyczne wydaniu, zapraszam na wiosenne ‘verrine’.verrinesasperges31

Wiosenne ‘verrine’

500 g szparagów
50 g suszonych pomidorów
50 g kremowego serka koziego
100 g creme fraiche (gęsta, lekko kwaśna śmietana)
1-2 łyżki posiekanej trybuli
kilka listków bazylii (3-4)
sól, pieprz

Szparagi umyć, odłamać zdrewniane końcówki. Ugotować szparagi na parze (ok. 8-10 minnut) po czym natychmiast zanurzyć je na chwilę w bardzo zimnej wodzie (dla zachowania koloru). Odciąć kilka czubków, resztę zmiksować (możemy otrzymane w ten sposób puree zostawić na sitku, by odsączyć ewentualny nadmiar wody). Następnie szparagi posolić do smaku i wymieszać z posiekaną trybulą.
Pomidory zmiksować z listkami bazylii (jeśli używamy pomidorów z oleju, odsączyć jego nadmiar; jeśli ‘suche’, najpierw na kilka minut namoczyć je we wrzątku, później odsączyć). Wymieszać je z serkiem i śmietaną (śmietany możemy dodać mniej / więcej, w zależności od typu użytego serka; otrzymana masa nie powinna być ani zbyt gęsta, ani zbyt rzadka). Ewentualnie doprawiamy do smaku (choć dla mnie słoność koziego serka jest tutaj wystarczająca).
Na dno ‘szklaneczek’ nakładamy szparagowe puree, a następnie ze szprycy wyciskamy część masy serowo-pomidorowej. Dekorujemy odciętymi główkami szparagów.

Smacznego !

foodelek: przepisy tygodnia

Delfiny i tuńczyk

poniedziałek, 20 Kwiecień 2009
Nie nie, nie obawiajcie się, nie będzie tu żadnego przepisu z delfinem w roli głównej! Będzie tuńczyk, to fakt. Ale może od początku…
Tuńczyka nie kupuję od kilku już lat. A przynajmniej nie w takich ilościach jak dawniej. Zdarza mi się to zaledwie kilka (3-4) razy w roku. Po pierwsze dlatego, że tuńczyk błękitnopłetwy jest jednym z kilku gatunków ryb zagrożonych wyginięciem. Jak możemy przeczytać np. na stronie WWF, 120 z 200 gatunków ryb najpopularniejszych w handlu na świecie jest zagrożonych lub znajduje się na granicy wyginięcia. Jak dla mnie, już te dane są lekko przerażające… Ale to nie wszystko niestety. Przy połowie tuńczyka często używa się dryfujących sieci (otaczających całe ławice ryb), przez co ofiarą połowów padają również między innymi delfiny. W 1990 roku trzy największe firmy poławiające tuńczyki przyjęły zobowiązania do używania tylko metod bezpiecznych dla morskich ssaków, takich które np. nie będą już zagrażać delfinom. Na wielu konserwach z tuńczyka znajduje się aktualnie napis: "Dolphin Safe", nie daje on jednak 100% gwarancji, że żadne delfiny nie zginęły w związku z połowem… Na puszkach, które kupuję w pobliskim sklepie ze zdrową żywnością jest na dodatek informacja, że ryby nie zostały złowione za pomocą dryfujących sieci, a jedynie metodą ‘wędkową’. Poza tym, na ile to możliwe, powinniśmy wybierać ryby ‘łowione we wschodniej, tropikalnej części Oceanu Spokojnego, gdyż tam na kutrach rybackich pływają kontrolerzy’ (cytat ze wspomnianej wyżej strony WWF). Prócz tego, zwróćmy uwagę na fakt, czy kupowane przez nas ryby posiadają znak MSC - The Marine Stewardship Council / Rada Certyfikacji Produktów Morza); jest to niezależna organizacją, która nadaje ekologiczne oznakowania produktom z ryb, które pochodzą z łowisk dobrze zarządzanych, gdzie ryby wyławia się z poszanowaniem dla przyrody.
Dodatkowo zachęcam Was do zapoznania się z cytowanym już tekstem WWF i – na ile to możliwe – do zmiany naszych zakupowo-kulinarnych przyzwyczajeń. Wszak to od nas zależy co i na ile zmieni się również wokół nas ;)

Przy okazji tuńczykowo-delfinowego ‘googlowania’ po polsku, trafiłam też na nader sympatyczny tekst pewnej Polki mieszkającej w Szwajcarii, zatytułowany : Jak od 18 lat walczę ze śmieciami w Szwajcarii. Mam nadzieję, że i Wam się ten tekst spodoba i może zachęci do jeszcze bardziej świadomego spojrzenia na to, co wkładamy do naszych koszyków oraz co później wyrzucamy do śmieci. Wszak tylko pozornie nie ma to nic wspónego z kuchnią ;)
Na koniec dodam tylko, że nie piszę tego wszystkiego myśląc, że nikt z czytających o tym nie wie; piszę o tym, bo wydaje mi się, że tego typu tekstów nigdy nie jest za wiele; ‘nadmiar’ takich informacji z pewnością nam nie zaszkodzi, a pomóc przecież może :)

A teraz już (jedzących ryby…) zapraszam na pastę z tuńczyka. Bez śmietany, bez majonezu, będzie idealna na lekką, wiosenną przekąskę czy też piknik ;)

patethon1

Kremowa pasta z tuńczyka

160 – 180 g tuńczyka z puszki
200 g kremowego serka
80-100 g suszonych pomidorów (moje były w oliwie)
ok. 20 czarnych oliwek
spora szczypta papryczki z Espelette (lub pieprzu kajeńskiego)
sól, pieprz do smaku
ewentualnie 2-3 łyżki jogurtu naturalnego

Tuńczyka odsączyć i rozdrobnić widelcem. Pomidory odsączyć z nadmiaru oliwy i pokroić na mniejsze kawałki; oliwki wypestkować i zmiksować z pomidorami, po czym wymieszać je z tuńczykiem i serkiem. Jeśli masa jest zbyt ‘sucha’, dodać kilka łyżek jogurtu. Na koniec doprawić do smaku (wg mnie pasta nie wymaga dodatkowego solenia, wszystko jednak zależy od użytego serka i oliwek).

Smacznego!

pathethon2

‘Resztkowo’…

poniedziałek, 9 Marzec 2009
Dziś wyjątkowo nie będzie o zupach ;) ale i tak wierna pozostanę warzywnym klimatom :) Nie wiem, czy Wy również, ale ja co jakiś czas mam ‘problem’ nadmiaru ugotowanych warzyw. ‘Pozostałości’ ziemniaków, marchewek czy brokuła czy kalafiora to już tradycja ;) I tak jak pisałam o tym tutaj mniej więcej rok temu, najchętniej z takich warzywnych ‘resztek’ robię wszelkiego rodzaju kotleciki warzywne, które serwuję z przeróżnymi sosami i dipami.
Całkiem niedawno trafiłam na przepis Agi z blogu Eksperymentalnie na kotelty ziemniaczano – brokułowe (tu przepis Agi) i jako, że do tej pory eksperymentowałam raczej z kalafiorem, to postanowiłam wypróbować też i brokułową wersję kotlecików. Jako, że bardzo nam posmakowały, to kilka dni temu zrobiłam coś podobnego; ‘resztki’ ugotowanej czerwonej soczewicy, ziemniaki w mundurkach pozostałe z wieczornej raclette, oraz mrożony kalafior cierpliwie czekający w zamrażalniku na swoją kolej ;) jajko, trochę przypraw i… już po kilku minutach, wszystkie te sładniki przeistoczyły się w pyszne, rumiane placuszki :)
Kotleciki nie są z tych zwartych, dlatego trzeba dosyć ostrożnie przewracać je podczas smażenia. Są delikatne, lekkie, a dzięki dodatkowi soczewicy – dosyć syte.

galettesbrocolis

Kotleciki warzywno-soczewicowe

350 g ugotowanych ziemniaków
200 g czerwonej soczewicy (zważona po ugotowaniu)
400 g mrożonych brokułów
1 cebula
1 ząbek czosnku
oliwa
1 małe jajko
sól, pieprz
przyprawy wedle uznania (u mnie : mielona kolendra, gałka muszkatołowa, kumin, papryczka z Espelette)

Poszatkowaną cebulę i czosnek zeszkliłam w odrobinie oliwy. Ziemniaki przecisnęłam przez praskę; ugotowane na parze brokuły starannie odcisnęłam, następnie rozdrobniłam. Wymieszałam warzywa z soczewicą, dodałam jajko i przyprawy, starannie wymieszałam. Formowałam średniej wielkości kotleciki, które lekko obtaczałam w bułce tartej (tylko tyle, by masa nie kleiła się do rąk podczas formowania kotlecików). Smażyłam kilka minut z każdej strony (do zrumienienia) na lekko naoliwionej patelni.

Podałam z sosem pomidorowym na słodko-kwaśną nutę, który robię gdy nic ‘ciekawego’ akurat nie ma w domu ;)

Sos pomidorowy

2 łyżki oliwy
1 cebula
350 ml przecieru pomidorowego
1 łyżka ciemnego cukru trzcinowego
3 łyżki sosu sojowego
0,5 łyżki świeżo startego imbiru
sok z połowy limonki

Cebulę zeszklić na oliwie; dodać przecier pomidorowy oraz pozostałe składniki, wymieszać i ewentualnie dodać więcej któregoś ze składników jeśli chcemy by sos był bardziej ostry / słodki czy kwaśny. Gotować ok. 40 minut aż sos dobrze zgęstnieje. Smakuje i na ciepło, i na zimno.

Smacznego!

Aga, raz jeszcze dziękuję za pomysł :)